najnowsze

najnowsze

prace

29.5 ***(Na zawsze ty i ja)

subtelny demon
18.04.2011r. | Wiersze
autor: subtelny demon
średnia ocen: 6 komentarzy: 5


27.3 Więzień konieczności

jazzu
06.06.2010r. | Wiersze
autor: jazzu
średnia ocen: 6 komentarzy: 3


26.8 Wiersz pisany nocą

subtelny demon
17.12.2011r. | Wiersze
autor: subtelny demon
średnia ocen: 5.667 komentarzy: 6


23.2 Imię Szczęścia

Madlie
07.03.2009r. | Proza
autor: Madlie
średnia ocen: 5 komentarzy: 7


Masz już swoje alibi na szczęście?

okładkaAnna Ficner-Ogonowska Alibi na szczęście Oprawa: miękka Wydanie: pierwsze W sprzedaży od: 2012-05-28 ISBN: 978-83-240-2247-2 Opracowanie graficzne: Magda Kuc Rok wydania: 2012 Format: 144x205 Ilość stron: 672 Wydawnictwo: Znak Cena detaliczna: 34,90 zł Daj się porwać tej pięknej historii o miłości, przed którą nie da się uciec. Przestań się spieszyć i pomyśl o tym, co w życiu najważniejsze. Hania straciła wszystko. Jej życie zatrzymało się pewnego sierpniowego dnia. Przestała marzyć, a jedyne plany to te, które układa dla swoich uczniów. Kiedy na jej drodze staje Mikołaj, Hania boi się zaangażować, ale on walczy o miłość za nich dwoje. Pomaga mu w tym jej przyjaciółka Dominika, której energia i poczucie humoru rozsadziły niejedno męskie serce. Jest też pani Irenka: prawdziwa skarbnica ciepła i mądrości - po prostu anioł stróż. To w jej nadmorskim domu, gdzie na parapecie dojrzewają pomidory, a kuchnia pachnie szarlotką i sokiem malinowym, Hania odnajduje utracony spokój, odzyskuje wiarę w miłość i daje sobie wreszcie prawo do bycia szczęśliwą. To pełna nadziei opowieść o tym, że nic nie zamyka nam drogi do szczęścia. Bo szansa na nowe życie jest zawsze i tylko od nas zależy, czy zechcemy ją wykorzystać. ”Mądra, pięknie napisana, przesiąknięta głębokimi uczuciami historia przyjaźni i niespodziewanej, nieoczekiwanej miłości.” Danuta Stenka ”Alibi na szczęście to suma moich największych wzruszeń.” Anna Ficner-Ogonowska "Jeżeli chcecie poznać opowieść o tym, z jaką determinacją mężczyzna może walczyć o miłość kobiety, która nie potrafi się tej miłości poddać, to z pewno¬ścią jest to lektura dla Was. Chwilami pogodna, chwilami wzruszająca historia rodzącego się uczucia. Love story, którą czyta się jak kryminał." Artur Żmijewski - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Wywiad. Z autorką rozmawia Damian Gajda. okładkaWypowiedziane marzenia mogą się spełnić To nie przypadek, że przyjaźń i miłość to motywy przewodnie powieści. Myślę, że ta książka nie powstałaby nigdy, gdyby nie miłość i przyjaźń, które są obecne w moim życiu, chociaż na prawdziwą przyjaźń to się trochę naczekałam, ale warto było czekać. Jeżeli do miłości i przyjaźni dodamy jeszcze rodzinę to mamy trzy warunki konieczne do tego, by być w życiu szczęśliwym, a co za tym idzie, mieć w sobie życiową siłę i pasję. Damian Gajda: Debiutancka powieść „Alibi na szczęście” inspirowana jest pani własnymi własnymi przeżyciami. Podczas mojego pierwszego spotkania z panią redaktor ze Znaku usłyszałam identyczne stwierdzenie. Odpowiedziałam na nie bardzo szybko i konkretnie. “Alibi na szczęście”, na szczęście, w żadnym, nawet najmniejszym stopniu nie jest moją historią, chociaż nie ukrywam, że powieść jest sumą moich życiowych wzruszeń. Zawarłam w niej mnóstwo przeżyć, które kiedyś mnie dotknęły i po prostu zapisały się na zawsze w mojej pamięci i w moich wspomnieniach. Powieść jest jednak całkowitą fikcją literacką i trzeba mnie bardzo dobrze znać, aby odnaleźć w niej jedynie nieznacznie i bardzo delikatnie zarysowane fragmenty mojego życia. Życie głównej bohaterki, Hanny, pewnego dnia dociera do punktu, z którego – jak się jej wydaje – nie ma wyjścia. pani też się w nim znalazła? Nie, ale znam doskonale ludzi, których życie w momencie się zatrzymało, bo identycznie jak w przypadku mojej bohaterki wystarczyła jedna, zła sekunda i po jej upływie na nic już się nie czeka... a żyć trzeba... „Alibi na szczęście” to opowieść o wielkiej przyjaźni i miłości, która umie przezwyciężyć wszystkie niesprzyjające okoliczności. Co daje pani bohaterom siłę? To samo, co pani wykorzystuje do walki z przeciwnościami losu? To nie przypadek, że przyjaźń i miłość to motywy przewodnie powieści. Myślę, że ta książka nie powstałaby nigdy, gdyby nie miłość i przyjaźń, które są obecne w moim życiu, chociaż na prawdziwą przyjaźń to się trochę naczekałam, ale warto było czekać. Jeżeli do miłości i przyjaźni dodamy jeszcze rodzinę to mamy trzy warunki konieczne do tego, by być w życiu szczęśliwym, a co za tym idzie, mieć w sobie życiową siłę i pasję. Myślę, że największą siłę moim bohaterom dają właśnie uczucia, o których mówimy i wiara w to, że wszystko będzie dobrze, że pomimo wielu życiowych zakrętów i zawirowań wszystko się ułoży. Taką wiarę można czerpać od tych, którzy nas kochają i można dawać tym, których kochamy. Poza tym myślę, że najważniejsze jest to, by skupiać się na tym, co w ludziach jest dobre. Oczywiście nie da się nie zauważać wad, ale skupiać należy się na zaletach. Przyjrzyjmy się na przykład Dominice. Można o niej powiedzieć wiele, ale najważniejsze jest to, że jest po prostu dobrym, pomocnym człowiekiem. Mam w życiu to szczęście, że często spotykam takich ludzi, którzy bezinteresownie mi pomagają, dlatego wierzę w to, że ludzie są przede wszystkim dobrzy. A jak spotykam takich, których w żaden sposób nie mogę zaklasyfikować do mojej ulubionej grupy ludzkiej, to po prostu omijam ich szerokim łukiem, bo po co samemu wystawiać się na przeciwności losu? Szkoda emocji i czasu... Kobiety w pani powieści tworzą całkiem zgrane „siostrzeństwo”, nawzajem się wspierają i pomagają sobie w trudnych dla siebie sytuacjach. Pani też korzysta z rad zaufanych przyjaciółek? Oczywiście! Ba! Ja je nawet nazywam swoimi siostrami. W powieści udało mi się stworzyć tak udane “Siostrzeństwo” z prostej przyczyny, po prostu mam doświadczenie w tej materii. Jeżeli chodzi o moje przyjaciółki, to jak już wspomniałam, troszkę się na nie naczekałam, ale teraz jest mi z nimi cudnie. Poza tym z każdą z nich łączy mnie trochę inna przyjaźń (życiowa, intelektualna i taka najzwyklejsza, że i taniec, i różaniec). W dodatku nie tworzymy żadnego przyjacielskiego stowarzyszenia. Moje najprawdziwsze przyjaciółki od serca, nawzajem prawie się nie znają. Ważnym elementem tej powieści jest też miejsce akcji. Często wraca pani w okolice opisane w „Alibi na szczęście”? Warszawa, nadbałtycka plaża, mała chwilka w Pradze. W Warszawie mieszkam od piętnastu lat. Z urodzenia jestem Lubuszanką. Moja znajomość z tym miastem przechodziła różne fazy. Dziś jest nam ze sobą dobrze. Zdążyłam się tu zadomowić i są chwile, że wydaje mi się, że nie potrafiłabym mieszkać gdzie indziej. Polubiłam to miasto. Jak gdzieś z niego wyjeżdżam, wracając czuję, że wracam do domu. A jeśli już wyjeżdżam, to uwielbiam zdradzać Warszawę właśnie z nadbałtycką plażą. Gdzie leży moja ukochana plaża nie powiem, to tajemnica, ale moja bohaterka przesiedziała na niej mnóstwo czasu, a ja napisałam na niej kilka ważnych scen “Alibi na szczęście”. Odwiedzam, ją rzadko, raz w roku, ale mam dla niej zwykle dużo czasu. A Praga? Dawno tam nie byłam. Bardzo chciałabym przespacerować się Mostem Karola podczas tegorocznych wakacji. Może mi się to uda... Zabawna jest historia powstania tej książki. Podobno pisała ją pani podczas urlopu wychowawczego w zeszytach. Myślała pani wówczas, że książka trafi do rąk czytelników? Zabawna? Nie ujęłabym tego w ten sposób. Urlop wychowawczy w pełnym wymiarze to czas udręki i ekstazy. Z pewnością każda kobieta, która ma za sobą taki urlop, tudzież urlopy, doskonale rozumie moje słowa. Chciałabym tylko nadmienić, że nazwa urlop nijak się ma do tego co kobieta podczas tych trzech lat musi robić. Bardzo mile wspominam ten czas. Moje życie zwolniło tempo. Zaczęłam żyć dokładniej. Nareszcie znalazłam czas na przeczytanie wszystkich książkowych zaległości i nowości, poza tym udało mi się poznać uroki tak zwanego dojrzałego macierzyństwa, czyli w moim przypadku mogę mówić o ekstazie. A gdzie udręka? Już tłumaczę. Podczas takiego “urlopu” dzień musi być podzielony na jednostki czasu, w których przykładna mama powinna wykonywać określone czynności, a każda zmiana sztywnego harmonogramu, nawet najmniejsza, powoduje niezadowolenie u malucha, który zwykle jest wielkim fanem schematu. Trzeba charakteryzować się silną wolą i odpornością na stres, żeby być zadowoloną z życia, gdy ma się mnóstwo obowiązków, które muszą być wykonane o odpowiedniej porze, nie wcześniej i nie później. Mnie podczas tego urlopu, mimo takiej dyscypliny, było po prostu dobrze. Zaczytywałam się książkami. Tak organizowałam sobie dni, żebym, gdy mój syn spał, miała czas dla siebie i książek. Czyli czytałam, czytałam, czytałam... Pewnego dnia wpadła mi w ręce pewna historia wojenna, piękna. Jednak, gdy przeczytałam tę książkę, poczułam pewien niedosyt, ponieważ autorka opisała wszystko, jakby w pośpiechu, wydało mi się, że niedokładnie i pomyślałam, że ja zrobiłabym to całkiem inaczej. Ta myśl obudziła we mnie potrzebę opisania pewnych scen i przeżyć, o których myślałam od dawna. Dlatego któregoś dnia podczas zwyczajowych zakupów w moim koszyku obok włoszczyzny, proszku do prania i wielu innych potrzebnych w domu sprawunków znalazły się bruliony w szeroką linię i czarne cienkopisy. Tak to się zaczęło... Na początku nikomu się nie przyznałam do tego, co robię. Kiedy zapisałam dwa pierwsze zeszyty, opowiedziałam o wszystkim mojej przyjaciółce i usłyszałam od niej tylko jedno, podekscytowane, pełne wiary w powodzenie słowo: “świetnie”. Ono mnie doprowadziło do końca pracy. Wciąż było przy mnie. Latem, gdy pisałam przed domem, jesienią w altance, a zimą w wiatrołapie mojego domu i sprawdzałam przez małą szybkę czy mój synek jeszcze śpi. To “świetnie” jest ze mną również teraz, a kiedy nawiedzały mnie chwile zwątpienia, było najlepszym lekiem. Czy myślałam, że książka trafi do rąk czytelników? Chyba nie myślałam, chyba tylko o tym marzyłam, ale bojąc się, że wypowiedziane marzenia mogą się nie spełnić siedziałam cichutko i zapisywałam kolejne zeszyty, a jeszcze później zaczęłam współpracę z laptopem. Książkę przysłał do Znaku pani mąż. Jak pani na to zareagowała? Pamiętam pewien sobotni poranek w naszym domu. Siedzieliśmy przy śniadaniu i mąż zapytał mnie, oczywiście od niechcenia, w jakim wydawnictwie chciałabym wydać swoją książkę, uśmiechnęłam się tylko i pomyślałam “po pierwsze: pomarzyć zawsze można, po drugie: jak spadać to z wysoka” i odparłam, że w Znaku. Odparłam wcale nie od niechcenia. Nasza córka powiedziała wtedy, pamiętam to dokładnie “oni są super, wydają Mikołajka”. Uśmiechnęłam się tylko i uznałam temat za zamknięty zwłaszcza, że wciąż jeszcze pracowałam nad tekstem i tak naprawdę nie dojrzałam do decyzji co dalej? Czy w ogóle coś dalej? Po jakimś czasie mój mąż, oczywiście znów jakby od niechcenia, pokazał mi maila od Pani redaktor ze Znaku, która po przeczytaniu pierwszych trzydziestu stron powieści wyraziła zainteresowanie resztą tekstu oceniając, że mam sprawne pióro. Co tu dużo mówić? Nie mogłam w to uwierzyć, nogi się pode mną ugięły, ale ucieszyłam się bardzo z tego, że tekst się spodobał, ale bardziej chyba z tego, że mam przy sobie człowieka, który wierzy, że to co robię ma jakąś wartość, jakiś sens. Nie wiem, jak potoczyłyby się losy “Alibi na szczęście”, gdyby mąż nie wziął sprawy w swoje ręce. Nie wiem, czy znalazłabym w sobie odwagę by wysłać fragment tekstu do wydawnictwa, którego książki bardzo sobie cenię... Nie mam pojęcia... A wracając do książki... Po pierwszej radości oczywiście pojawiła się niepewność. Nie czułam się jeszcze gotowa na to żeby wysłać do wydawnictwa cały tekst, chciałam choć trochę jeszcze nad nim popracować. Poprosiłam Panią redaktor o czas, dokładnie dwa tygodnie. To były dwa bardzo pracowite i dość trudne tygodnie. Miałam świadomość, że praca, której poświęciłam mnóstwo czasu, emocji i uczuć zostanie poddana bardzo rzeczowej ocenie. Dopieszczałam tekst, cieszyłam się i obawiałam jednocześnie, a na męża zaczęłam żartobliwie mówić: mój Menago bo to przecież dzięki jego działaniu moja powieść już wkrótce trafi w ręce czytelników. A ja znowu cieszę się i obawiam jednocześnie... Niebawem do rąk czytelników trafi kontynuacja „Alibi...”. Będzie pani trzymała się tej samej konwencji, a może tym razem dostaniemy coś zupełnie innego? Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Pisząc “Krok do szczęścia”, miałam już świadomość, że to co robię, robię nie tylko dla siebie, ale również dla innych. “Alibi...” tak naprawdę zaczęłam pisać dla samej siebie. Po prostu tworzyłam historię, jaką sama chciałabym przeczytać. Może trudno w to uwierzyć, ale ja tą historią żyłam z dnia na dzień. W przypadku “Kroku do szczęścia” pracowałam trochę inaczej, to znaczy znów to co robiłam pochłonęło mnie bez reszty, ale czasami bardziej ważyłam słowa, zastanawiałam się czy to o czym piszę na przykład kogoś nie urazi, albo czy wszystkie me myśli i skojarzenia będą, aby na pewno, zrozumiałe dla czytelników. Pisząc “Krok...” na każdym kroku miałam świadomość, że to co robię ma wymiar służebny i powinnam myśleć o tych, którzy będą poruszać się po świecie przeze mnie stworzonym. Przyznam się, że pisząc kontynuację “Alibi...” miałam ambicję, żeby była ona trochę inna ale jednocześnie żeby czytelnicy odnajdywali w niej klimat “Alibi...”. Wydaje mi się, że osiągnęłam swój cel, ale może nie ma się czemu dziwić. W książkach jest przecież jak w życiu. Inaczej jest wtedy gdy kogoś poznajemy i jesteśmy oczarowani a inaczej gdy znamy się już dość dobrze, a oczarowanie wciąż nam towarzyszy choć ma często całkiem inną barwę i smak. Podsumowując, w “Kroku do szczęścia” można odnaleźć atmosferę “Alibi...”, ale oprócz niej jest też coś zupełnie innego. materiały prasowe wyd. Znak//kmj

Data dodania: 18.05.2012r.

    

Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9701 | Proza: 2330 | Publicystyka: 721 | Komentarze: 68314 | Użytkownicy: 12452
Online(15): 15 gości i 0 zarejestrowanych: