Użytkownik ocenił pracę na 6
Twój wiersz plus My Love Sia'i rozłożył mnie, rozkleił, rozczłonkował. I sama nie wiem, czyja to sprawka. Może zrzućmy tym razem winę na karb poezji. Poezji, tak niewyobrażalnie lekkiej, że tylko muska wydychane powietrze i ulatuje dalej niczym dmuchawce. Wprowadzasz czytelnika w chłód lipcowego wieczoru, samo to już kreuje "miejsce akcji", wpływa na wyobraźnię, zatracam się w tym zmierzchu upychanym w sercu - piękna metafora; dalej parkowa ławka i absolutne wyobcowanie, życie toczące się gdzieś obok, niemające najmniejszego wpływu na spokój chwili; jak cisza na morzu. Mamy więc już scenografię wraz z pierwszym aktorem, a raczej aktorką, kobietą wyczekującą nieuniknionego. Lecz naraz pojawia się ktoś jeszcze, burzy porządek, nie zaburzając jednak rytmu wiersza, życia, które zaraz się skończy, lecz jaki to koniec! Koniec, który powinno się odsunąć w czasie, oddalić, bo nagle znikąd pojawił się On, zdążył pojawić się w jej życiu i to w ostatniej chwili, by odprowadzić ją na rękach przeznaczeniu, lecz wcześniej podarować jej coś jeszcze, na co może nie zgadzała się/czekała całe życie. Wszystko toczy się nieprawdopodobnie szybko, wiruje w uczepionym życia tańcu. Śmierć jest lekka, życie dopełnione, dokończone, zamknięte. Trzy ostatnie strofoidy nie tyle zapierają dech, co wysysają powietrze z płuc. Muzyka do spółki z tym wierszem odurza, zamyka w spowitym zmierzchem parku dwojga ludzi, obezwładnia. Czuję mrok, który otula pracę, namiastkę smutku, może bardziej nostalgii, ale też radość, nie radosną, lecz spokojną oraz zachłanność i nagłość namiętności, to szczególnie. Czyż muszę dodawać, że środki zabijają, pisać o budowie, języku, interpunkcji? To jedna z tych prac, które nie mieszczą się w sześciostopniowej skali. Dziękuję i przepraszam, że jedynie 6.