Inwersja z pierwszej strofy zmusiła mnie do dłuższego zatrzymania się przy początku, nieźle zapętliłaś sprawę. I tak z jednej strony można by uznać tą gmatwaninę za niepotrzebne uprzykrzanie życia czytelnikom, a z drugiej, którą jestem zwolenniczką gorąco-zimną (temp. w pokoju zaczyna spadać ;p), wymuszasz w ten sposób wręcz kontemplację owej strofy, rozszyfrowywanie słowa po słowie, co prowadzi z każdym nowym podejściem do odkrywania innego piękna, zwłaszcza w stosunku do całości. To fascynujące.
Kolejne strofy, a może raczej strofoidy są już zupełnie inne od początkowej, są prostsze, jaśniejsze, urokliwie lakoniczne, momentami urywane, jednak tworzące kompletną całość. Pierwsza strofa jest (dla mnie) taką autobiografią podmiotu w pigułce, natomiast cała reszta jest jej rozwinięciem, kalendarium, w zasadzie to tak jakbym się obracała w kółko, więc może kalejdoskopem, o! Podmiot (poeta, no powiedz, że nie poeta!) znika, odradza się, tak! koniecznie ze słów, a końcówka, nie mogło jej zabraknąć, tego powiewu.. żalu. Żalu, a gdzie smutek? Bo to nie jest smutne zakończenie, jedynie trochę rozmyte rozczarowaniem. Ale cieszę się, że nie ma w nim tego smutku, tego mojego ulubionego w Twojej poezji, gdyż to zmieniłoby zupełnie wizerunek kreowanej przez Ciebie postaci, poety! Co to, to nie.
Tytuł, tytuł dalej jest poetycki, co prawda gani się te obcojęzyczne obok ojczystej mowy, jednak tutaj nabiera w swym wydźwięku prawdziwej nonszalancji, którą gubi w tłumaczeniu. Ponadto zawiera w sobie brzemię. Brzemię bądź naznaczenie do bycia artystą. Nie zostaje się poetą z wyboru. A Twój poeta "boryka się" od zawsze ze swym powołaniem. Ma się wręcz wrażenie, że bez końca. Czyni go to wręcz wiecznym albo raczej bezkresnym, o tak!
Może tylko jeszcze podziękuję za ciepło miłości, ostatniego słowa, słowa odebranego sobie przez poetę, a może odebranego mu przez życie, a może przez los okrutny, dziękuję. I oby nigdy, nigdy! nie zabrakło nam sił do szeptania o miłości!