warto go przeczytać
Pseudonim: Shalott
Spacerując alejką wyłożoną
szarymi płytkami przeszłości, patrzę
na te kolorowo-szare obrazy
ukryte w tysiącach różnych wspomnień.
Idę tak, by nie zagłuszyć ciszy, idę
w swoją niespełnioną bajkę. To tu
spotkałam swoje nocne koszmary, tu
widziałam wszystkie senne potwory, tu
grałam na harfie wspomnień, kołysałam
do snu lęki, pustkę i niepewność, tu
wzięłam za rękę smutek. Uciekłam. Tu
błądziłam, szukałam, biegłam, traciłam.
Kiedyś bawiłam się ze słońcem, biegłam
roztańczonym krokiem. Widziałam tęczę.
Prowadzona za rękę szłam w słodkiej
niewiedzy i pokonywałam schodki.
Nie, nie były straszne. Ot, zwykłe schodki.
Bajki, czary, sny, kredki, kartka - szczęście.
Lecz nagle przyszedł do mnie świat. Zapukał,
zabrał tęczę. Zamknął stare drzwi. Poszedł.
Zostawił samą w tym bałaganie.
Zagubioną, niepewną, zabłąkaną
Wciąż w nieświadomości świata szłam,
dalej i dalej. Bo cóż pozostało?
Powoli budziłam się z bajek. Tak,
poznawałam strach. Odwiedził mnie kiedyś,
Opowiedział historie zagubionych
i zostawił, bym się uczyła. Chciałam
biec, biec i uciec. Schować się przed życiem,
Ukryć twarz w poduszce i nie patrzeć.
Każdej takiej nocy byłam tak blisko
nicości i jej nieczułych objęć.
Prawie dotknęłam jej ciszy i pustki.
Czułam to jej osamotnienie, bo, choć
pożarła tyle ofiar - wciąż tak pusta,
wciąż tak sama tkwi z życiem i śmiercią.
Ale czy mogłam tak po prostu utonąć?
Złożyć hołd roześmianej samotności,
odejść w świat nocnych potworów, zapomnieć
o uśmiechu i blasku słońca, poczuć
jej zimny oddech i te twarde dłonie
na rozgrzanej gorączką smutku skórze.
Podczas gdy leciałam w dół i patrzyłam
w przepaść nade mną, coś się stało, coś,
coś się zmieniło. Złapałeś i wziąłeś
za rękę - prowadziłeś. A ja głupia
poszłam nie patrząc za siebie. Dotknęłam
płatków czerwonej róży - nagle czar prysł.
Zrozumiałam, że zostałam sama na
wielkiej arenie miłości. Błądziłam
pośród mnóstwa słów i wspomnień, patrzyłam
na swe życie w drobnych kawałeczkach.
Tak wiele zajęło odnalezienie
drogi do wyjścia i klucza do zamka.
Kiedyś znów wzięłam do rąk złotą harfę.
Poraz kolejny kołysałam do snu
Rozbawioną nicość i wyrwałam się
z jej lodowatych objęć. Uciekłam.
Karmiłam się tą słodką chwilą, żyłam
świadomością, że koszmary czasem śpią,
że boją się ludzi. Dotknęłam nawet
promieni słońca o świcie. Śniłam sny.
Czułam ciepło, kolor dnia. Oddech życia.
Zapach róż. Słyszałam melodię graną
na magicznej harfie. Obudziłam się
Nie widzę już więcej sennych koszmarów.
Ocena: 4
Liczba komentarzy: 1
Data dodania: 10.02.2009r.
Statystyki: Wiersze: 7862 | Artykuły: 264 | Recenzje: 234 | Proza: 1645 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46598 | Użytkownicy: 3568
Online(11): 8 gości i 3 zarejestrowanych:
exother, Dawied, Salem_de_Lincourt