warto go przeczytać
Pseudonim: Agent
Wykonawca: Wilki
Gatunek: Rock
Cena: 34,99 zł
Rok wydania: 1992
Wytwórnia: MJM Music Pl
Sztuka jest pojęciem abstrakcyjnym, a jej kontemplacja odbywa się na wielu płaszczyznach. Przenosząc się dwadzieścia lat wstecz, chciałbym uruchomić wyobraźnię czytelnika. Debiutancki album Wilków zabiera myśli daleko poza przestrzeń życiową. Muzyka przepełniona jest bogactwem doznań i emocji, które tak rzadko spotykamy w dzisiejszych kompozycjach.
Już pierwsze dźwięki albumu pokazują, że mamy do czynienia z nietuzinkowym przedsięwzięciem. Eroll, czyli „cień" w indiańskim narzeczu, jest podróżą po meandrach ojczyzny czerwonoskórych szamanów. Bębny, tworzące swoiste intro, rozrysowują obraz tańczących wokół ogniska Indian. Wrażenie to podtrzymane jest kilkukrotnym pojawieniem się samego szamana w tekście. Skupiony odbiorca zapragnie wstać i zacząć pląsać w rytm kompozycji. Także kolejny, bardziej gitarowy utwór, Nic zamieszkują demony, podtrzymuje klimat mistycyzmu. Skojarzenia ze światem pozaziemskim wywołuje zawodzący śpiew wokalisty połączony z szaleńczą solówką gitarową. Nie jest ona ani szybka, ani skomplikowana, lecz przenosi słuchacza w wyodrębnioną przestrzeń. Kontemplując pieśń w ciemnym pomieszczeniu można niemal poczuć na karku oddech rzeczonych demonów.
Trzecia piosenka na płycie przyniosła debiutującemu zespołowi popularność trwającą do dziś. Okazało się, że piosenka zaśpiewana po angielsku także może zdobyć serca polskich słuchaczy. Biją z niej tak silne emocje, że nawet nieznający języka laik nie pozostanie obojętny wobec Son of the blue sky. Jeśli wierzyć informacjom, jakoby napisana została z myślą o nieżyjącym przyjacielu zespołu, to powstaje nam całkiem gęsta mgiełka metafor, unosząca się nad kompozycją niczym umarli nad błękitnym niebem.
Następny track, Amiranda, to zdecydowanie najostrzejszy numer albumu. Jest tu zadziorna gitara i wściekły, pełen intensywności śpiew, wyrażający być może walkę między kochankami. Pojawiają się tu motywy cygańskie, więc wachlarz inspiracji rozpościera nam się już od czerwonoskórych Indian po kolorowe suknie i wozy cyrkowe.
Po takiej eksplozji gniewu oczekuje się przerwy... Nic z tego. Utrzymana w spokojnym tonie Rachela dręczy swoją tajemniczością i podszytą melancholią agresywnością, atmosferą niezaspokojenia. Podmiot ukryty w tekście jest wyraźnie zniecierpliwiony i zdesperowany, przepełniony namiętnością i podnieceniem. Nie wiadomo, czy doszukiwać się inspiracji Gawlińskiego w Biblii, czy w Weselu Wyspiańskiego. A może stworzył zupełnie nową postać literacką, kobietę, której nie można posiąść, tajemniczy głos towarzyszący przejściu spokojnej ballady w krzyk nienasycenia?
W końcu przychodzi czas na pierwszą naprawdę spokojną piosenkę, na Beniamina. Jest to historia wiecznej wędrówki, która nabiera sensu dopiero, gdy znajduje się kogoś, z kim warto iść przez świat. To alegoria życia, przywołująca na myśl antyczny topos homo viator.
Po chwili refleksji z głośnika wydobywa się apel do powstania i bliżej nieokreślonej walki. Być może jest to nawoływanie do batalii o ideały, dziedzictwo, zachowanie czystej formy sztuki. Słowa VIVE L'A ARTE, występujące w tekście Gloryii, zdają się być manifestem wolności, domaganiem się swobody wyrazu i spełnienia artystycznego.
W opozycji do walki stoi hymn o pokoju - pieśń poświęcona Aborygenowi. Jest ona modlitwą, wezwaniem do porzucenia negatywnych emocji i wsłuchania się w naturę:
Niech słowa pięści zamienią w szum wody
Niech przyjdą noce szalonej miłości
Niech to co wzięte zostanie oddane
Niech to co inne zostanie pokochane.
Skojarzenia z protest songiem są jak najbardziej poprawne, choć nieco ryzykowne. Każda kompozycja znajdująca się na albumie zgrabnie wymyka się poza wszelkie ramy, mieszając stylistyki, standardy i koncepty.
Trzy utwory kończące płytę utrzymane są w spokojnej, łagodnej tonacji. Eli Lama Sabachtani to ostatni, rozpaczliwy lament przebitego serca. Z utworu emanuje głęboki ból, a sam tytuł, zaczerpnięty prosto z Biblii, pozostaje przejawem zatracenia wszelkiej nadziei, ostatecznej rezygnacji. Jest więcej niż pewne, że pieśń wycisnęła niejedną powstałą na skutek rozstania łzę. Z ulicy kamiennej i Uayo zamykają płytę w aurze tajemnicy. Znów pojawiają się elementy zahaczające o mistycyzm, zmieszany jednak z większą dawką osobistych odczuć podmiotu. Jeden z wersów ostatniego utworu na płycie zdaje się być dobrym podsumowaniem albumu:
Wyśpiewajmy miłość i łzy.
Podróż przez sensy naddane Wilków czas zakończyć, nadeszła pora na pozostałe elementy albumu. Dotychczas wspominałem tylko o liderze, a przecież zespół składa się także z instrumentalistów. Muzyków, którzy bunt zawarty w słowach dopełniają, a nawet uwydatniają dźwiękami, melodiami stanowiącymi o klimacie całości. Dzięki nim przejście z agresywnego apelu do pacyfistycznego manifestu wypada bardzo naturalnie. Różnorodność instrumentów, balansowanie na granicy tempa spokojnego i szaleńczego, a także niebywały talent ponad dziesięciu artystów - to wszystko sprawiło, że album rozszedł się w niemal milionie egzemplarzy, co na początek demokratycznej Polski było osiągnięciem nietuzinkowym. Wspomniany urodzaj sprzętu grającego momentami prowadzi niestety do przerostu formy nad treścią. Są fragmenty, kiedy zbyt wiele rzeczy nachodzi na siebie, tworząc nieprzyjemny zgrzyt (np. końcówka Beniamina).
Warstwa tekstowa jest bardzo mocną stroną tego wydawnictwa. Słowa napisane przez Gawlińskiego traktują o rozmaitych rzeczach, zdają się być podszyte naturalizmem. Można oczywiście zarzucić autorowi monotematyczność, album otacza szeroka smuga miłości, nie jest ona jednak wciskana odbiorcy pompatycznie i na siłę. Źródeł inspiracji kolejnych wersów jest tak wiele, że gdyby pokusić się o ich skompletowanie, powstałaby całkiem spora praca licencjacka.
Osobny fragment należy się frontmanowi zespołu, Robertowi Gawlińskiemu, którego obecność wyczuwalna jest w każdej sekundzie nagranego materiału. Autor kompozycji i tekstów, wokalista, gitarzysta i dobry duch czuwający nad całością albumu, wyprowadzający okręt zwany Wilkami na spokojne wody legend polskiej sceny rockowej. To między innymi jego wokal sprawia, że płyta jest tak genialna, że wraca się do niej z największą przyjemnością: momentami spokojny, często potrafiący wykrzyczeć swoje racje, napiętnowany emocjami, które pozwalają utożsamić się z bohaterem. Dla zachowania rzetelności trzeba przyznać, że nie jest idealnie czysty, zdarza się nawet fałsz, który może przeszkadzać.
Wilkom udało się stworzyć niepowtarzalny, surowy klimat, choć album z pewnością jest dziełem skończonym i oszlifowanym. Świadczyć o tym może chociażby klamrowe zamknięcie indiańskimi motywami. Niezależnie od tego, w jakim kierunku Wilki poszły w późniejszych latach, ich debiut wypadł znakomicie i dzięki niemu trafili do płytoteki niejednego melomana. Płyta zmusza do refleksji, a każdy utwór ma ukryte znaczenie, którego się szuka z przyjemnością. Sztuka przez wielkie S.
Zalety:
- niepowtarzalny klimat
- teksty
- zaangażowany wokal
Wady:
- teksty
- nieczysty wokal
Ocena: 5
Liczba komentarzy: 2
Data dodania: 29.09.2011r.
Statystyki: Wiersze: 7853 | Artykuły: 264 | Recenzje: 234 | Proza: 1645 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46578 | Użytkownicy: 3567
Online(36): 27 gości i 9 zarejestrowanych:
Stefan B., Wojtex81, Salem_de_Lincourt, Yumiko, .moniaa., Dawied, Ell003, Janek Freund, Mii