warto go przeczytać
Data Premiery: 1.7.2004r.
Gatunek: Surealistyczny serial grozy
Czas: ok. 5 min.
Reżyser: David Firth
Obsada: David Firth, Marjory Stewart-Baxter, Hubert Cumberdale, Jeremy Fisher, Nettle Carrier i inni
Współczesne filmy grozy przeżywają trudne chwile. Na ekranach kin dominują masochistyczne sitcomy typu „Piła”, które przyciągają przed duże ekrany spore rzesze wiernych fanów. Można powiedzieć, że nadeszła epoka, w której Béla Lugosi, Max Schreck, Werner Krauss oraz twórcy klasycznych horrorów z pewnością przewracają się w grobach. Może za jakiś czas powstaną z miejsc swego wiecznego spoczynku i przywrócą mrożącym krew w żyłach filmom pierwotną formę.
Zanim jednak to nastąpi, drodzy Czytelnicy, nie załamujmy się, gdyż to tu, to tam pojawiają się przebłyski artystycznej mocy twórczej, które dają nadzieję, że zaburzony porządek rzeczy powróci do normalności bez efektownych i krwawych zajść spowodowanych mocami nadprzyrodzonymi.
Powód, dla którego śmiem tak sądzić odnalazłem pewnej nocy buszując po niewidzialnych superautostradach przestrzeni internetowej. Dokładnie pamiętam uczucia grozy i fascynacji, jakie ogarniały mnie na zmianę, przerywane tylko krótkimi chwilami oddechu między buforowaniem się następnych i następnych odcinków. To, co wywołało we mnie te dziwne, naprzemienne stany, nie było wychodzącą z monitora małą dziewczynką, ani zamaskowanym złoczyńcą z nożem, hakiem bądź maczetą. Nie był to też dżentelmen w pasiastym swetrze i kapeluszu, posiadający dziwne rękawiczki. Był nim dość osobliwie wyglądający chłopiec, lekko zgarbiony, o długich, przypominających sałatę palcach, uwielbiający zardzewiałe łyżki.
Najpierw się przedstawił i powiedział o swoich zainteresowaniach na temat jednego z rodzajów sztućców. Jego głos był dość niezwykły. To jeden z tych, które mimo pozornej zwyczajności potrafią postawić na baczność włosy na karku. Towarzyszyłem mu w jego podróżach po okolicy, w której mieszkał, ciesząc się, że sam nie muszę być jednym z jego sąsiadów. Nie zrozumcie mnie źle, polubiłem tego dość ekscentrycznego chłopca, ale już nawet szare, polskie blokowiska, ze swoimi przedstawicielami pokolenia JP wydają się przyjaźniejszym miejscem. Podczas wędrówek poznałem również jego małomównych przyjaciół oraz jednego członka rodziny, którym był weteran wojenny. Następnie... Mój Boże, aż ręce mi drżą, gdy to piszę... Piekarnik!... WYŁĄCZCIE PIEKARNIK!!!!!...
[W tym miejscu recenzja się urywa. Nie wiadomo kto tak naprawdę był jej autorem, ani co się z nim stało. Musiał to być jednak odważny człowiek skoro zdecydował się na opisanie czegoś tak przejmującego, że aż zaczęły mu drżeć ręce. Z powodu jego anonimowości postanowiłem ją dokończyć samodzielnie i umieścić jako własną na tym portalu. Poniższy tekst zatem będzie stanowił mój jakże krótki i skromy dopisek. Pragnę w ten sposób oddać jemu hołd]
W serialu nie dzieje się tak naprawdę nic strasznego. Nikt nie ginie, nikomu nie oberwano kończyn. Tak naprawdę można o nim powiedzieć to samo co o polskich produkcjach: "Nuda". Poszczególne odcinki wiąże ze sobą postać tytułowego bohatera. Ukazują jego zmagania z surrealistyczną rzeczywistością krainy, w której mieszka. Wątki poszczególnych odcinków trudno nazwać przygodowymi, są raczej próbą uchwycenia tego, co dzieje się w życiu Salat Fingersa, obrazują również stworzenia i przestrzeń go otaczającą.
Na uwagę zasługują tu przede wszystkim monologi i słownictwo jakiego używa tytułowy bohater do opisania poszczególnych przedmiotów, postaci i zdarzeń. W tym miejscu pojawia się problem, związany z faktem, że obraz jest po angielsku. Osoby które nie potrafią się nim posługiwać nie będą w stanie dostrzec i zrozumieć tych specyficznych konstrukcji językowych.
Kolejnym wielkim plusem jest muzyka. Składają się na nią dość niepokojące, choć spokojne dźwięki, wyprodukowane przez twórców muzyki elektronicznej, jak Apex Twin czy Clary Rockmore. Ich piosenki zostały zgrabnie przetworzone i są czynnikiem kompatybilnym z obrazem, zagęszczającym atmosferę, pogłębiającym nastrój. Gdyby najbardziej niepokojąca cisza posiadała jakieś dźwięki, to pewnie tak by one brzmiały.
Sama animacja jest zrobiona prosto. Postacie poruszają się dość sztywnie, powolnie, określiłbym to "wręcz melancholijne". Kreska jest prosta, przypominająca malowidła tworzone w MS-systemowym Paint'cie, przez co produkcja może przypominać animowane seriale młodzieżowe jak Southpark i włatcy móch. Jednak w przeciwieństwie do nich nie aspiruje on do statusu "wątpliwie ironiczno-problemowoobrazoburczej", głównie za sprawą braku jakichkolwiek nawiązań do zjawisk kulturowo-społecznych. "Salad Fingers" pozostawia jednak wiele możliwość do snucia refleksji o istnieniu istoty w świecie odseparowanym, jej kondycji oraz tego czym i kogo można nazwać szaleńcem.
Nic w tej animacji nie zachwyca, lecz wszystko jest niezwykle dobrze do siebie dopasowane i tworzy unikatowy wręcz klimat. Trudno określić czy jest to dzieło geniusza, szaleńca, czy może jakiegoś zdeformowanego przez radiacje, trzymanego w piwnicy dziecka-mutanta, o wypaczonej wyobraźni i światopoglądzie. Niby takie "nic strasznego", ale dłonie się pocą, włosy na karku się jeżą, a cisza zastyga jak woskowina w uszach.
Ocena: 4
Liczba komentarzy: 1
Data dodania: 28.07.2011r.
Statystyki: Wiersze: 7853 | Artykuły: 264 | Recenzje: 234 | Proza: 1645 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46577 | Użytkownicy: 3567
Online(36): 30 gości i 6 zarejestrowanych:
Fał, Stefan B., Salem_de_Lincourt, Kamil M. Jaszczak, Yumiko, utopistka