Wycieczki osobiste (9.1)

Zgodnie z obietnicą zaczynam cykl wyjaśniający kilka rzeczy odnośnie systemu, w jakim żyjemy. Zacznę od mediów, jednak to się będzie zaplatać, zahaczać i powiązywać; mam nadzieję, że wyjdzie z tego spójny obraz. Zdaję sobie sprawę, że lwia część z tego nie będzie dla większości z was nowością, jednak muszę zacząć od rzeczy oczywistych. Pozwolę sobie nieco zmodyfikować numerację Wycieczek...; jak tylko pojawi się paląca kwestia wymagająca nowej części, takowa powstanie. Teraz zapraszam na subczęści dziewiątych. Na początek powiem wam, że najcięższą rzeczą jest usystematyzowanie wiadomości teoretycznych: zaktualizować, dopasować do rzeczywistości otaczającej i przekazać nie zabijając przy okazji nudą. Aby to zrobić trzeba dobrze rozumieć tezy i założenia, co bywa cholernie trudne. W ogóle jak wam ktoś spróbuje wmówić, że teorii trzeba się nauczyć na pamięć, to możecie go kopnąć... Albo i nie. W kwestii wkuwania są teorie wymagające tego i au contraire. Nie ma znaczenia dziedzina wiedzy, jakiej dotyczą: jeśli macie zamiar czy choćby w kościach zgrzyta wam, że będziecie z danej jeszcze korzystać, nie „klepcie jej”. Starajcie się ją pojąć, to daje o wiele lepsze rezultaty. Osobiście media rozumiem na dwa sposoby: szeroki i wąski. Szeroki jest dziełem szkoły Toronto, konkretnie bodaj Innisa: traktuje on media jako wszelkie metody przesyłania informacji. Wąski z kolei traktuje media jako media masowe, to jest (w kolejności powstania): prasa, kino, radio, telewizja, internet. Media szerokie dotyczą w dużej mierze komunikacji interpersonalnej, o tę tylko zahaczę w tym miejscu. W spotkaniu en face: 55% komunikatu to mowa ciała, 38% to jakość głosu, a 7% to sama treść (Albert Mehrabian). Zwracamy tak wielką uwagę na komunikację niewerbalną, ponieważ jest bezpośrednim wyrażeniem naszych emocji i zamiarów (dlatego tak wielu specjalistów analizuje wystąpienia konferencyjne na przykład polityków). O ile możemy kłamać w samej treści – co robimy podobno około cztery razy dziennie, a często z wielką przyjemnością – o tyle znacznej praktyki wymaga przekłamanie głosu, a już mistrzostwa całkowite dostosowanie swojego ciała. Nawet jeśli nie jesteśmy wyćwiczeni w wykrywaniu kłamstwa na podstawie gestów, mimiki, postury, postawy, oczu, ułożenia stóp i wielu innych, to w obliczu osoby kłamiącej czujemy się nieswojo. Cóż zatem trzeba robić? Ćwiczyć się w kłamaniu i w wykrywaniu kłamstw. Oczywiście kłamałem mówiąc, że warto uczyć się kłamać. Podpowiem wam, że jeśli tylko macie szansę, to każdy fałsz ugnie się przed logicznym rozumowaniem. Nie wiem dlaczego to tak działa, ale drążąc temat na zasadzie 0-1 zawsze go wykrywałem. Drugą deską ratunku jest rozszerzanie swojej wiedzy. Problem w tym, że można być albo dyletantem w większości dziedzin, albo specem w jednej-dwóch (każda sytuacja jest niebezpieczna). Nawet abstrahując od kłamania warto poznać podstawy komunikacji niewerbalnej i znaczenie komunikatów, jakie wysyłamy - to znacznie ułatwia kontakty społeczne. Prasa Krótko o historii mediów masowych, bo to bodaj jeden z nudniejszych aspektów (chyba, że ktoś się tym interesuje). Część teoretyków za pierwociny prasy uznaje wywieszane przy urzędach ogłoszenia, co datuje się na czasy cesarstwa rzymskiego. Jeśli uznać reklamę za komunikację masową, to kolejnym etapem były szyldy przy zakładach i karczmach w średniowieczu – chociaż to teoria dość mocno naciągana. W zasadzie aż do czasów Gutenberga komunikacja odbywała się oralnie, księgi, zwoje i inne źródła materialne były dostepne nielicznej grupie osób. Przełomem był XVI wiek, kiedy to pojawiły się pierwsze tak zwane „druki lotne”, przekładając najprościej na nasze – ulotki. Dopiero wiek XVII to prasa rozumiana tak, jak dzisiaj. Pierwszym polskim periodykiem był Merkuriusz Polski Ordynaryjny, wydawany od 1661 roku. Polska prasa przechodziła zresztą bardzo wiele zawirowań, stąd prężniejszy jej rozwój na Zachodzie. Na prasie zatrzymam się aż do końca tego artykułu; na niej wyjaśnię pewne zjawiska, ponieważ jest to medium mi najbliższe (może poza internetem). Przeskoczę lata 20. oraz komunistyczną polaryzację prasy (Oficjalne organy naprzeciw „drugiemu obiegowi”. Swoją drogą dość zabawną sytuacją było, jak swojego czasu środowiska prawicowe – Gazeta Polska oraz Nowy Ekran – zaczęły określać się jako „drugi obieg”. Jakby ubecy wyważali drzwi ich mieszkań i wtrącali na wiele lat do więzienia...), zacznę od lat prawie 90. oraz pierwszego wolnego dziennika – Gazety Wyborczej. Założenie jej przypisuje się w zasadzie Adamowi Michnikowi, miała być od początku do końca tubą środowisk solidarnościowych. Los był dla niej łaskawy aż do 2008 roku, kiedy nakład wynosił prawie 400 tysięcy. W tej chwili pikuje w dół, jak zresztą wszystkie dzienniki. Często też jest obiektem kpin w sieci – która stała się bodaj pierwszą siłą opiniotwórczą, wyprzedzając tygodniki opinii (Dlaczego dokładnie tak się stało – w części 9.3.). Przeskoczę na moment do tychże. Wśród nich polaryzacja jest widoczna jeszcze bardziej, niż w przypadku prasy codziennej. Publicyści kąsają się, plują na siebie i spotykają w sądzie z regularnością szwajcarskiego zegarka. Jest to oczywiście efektem silnego zaangażowania politycznego, powiedziałbym wręcz: bycia aktywną stroną polityki. Idąc od lewa, wymienię najpopularniejsze: Nie, Polityka, Wprost, Newsweek, Uważam Rze, Do Rzeczy, #Sieci, Gazeta Polska, Gość Niedzielny. Osobiście mam pewien sentyment do Nie; abstrahując od tego, że są komunistami i często pieprzą trzy po trzy, to przynajmniej plują równo po wszystkich. Przynajmniej pluli, niedawno Palikot zaprosił Urbana na salony i to chyba początek bratania się legendarnego tygodnika z establishmentem. Dużym szacunkiem darzyłem Uważam Rze i Rzeczpospolitą; nie mam pojęcia, dlaczego wiele osób uważało ją za ciemnogród i oszołomstwo i Smoleńsk. O wiele bardziej na prawo jest Gazeta Polska i GPC. Darzyłem, ponieważ Hajdarowicz wypieprzył Lisickiego (a wcześniej Gmyza, Wróblewskiego, Staniszewskiego i Marczuka), czyniąc z tych dwóch tytułów kolejne miałkie gówno. Przepraszam za słownictwo. To i tak lżejsze określenia niż te, które pojawiały się na przykład na Niezależnej: „Dzisiaj podjęto najbardziej skandaliczną w historii prasy III RP decyzję. Zwolniono dyscyplinarnie z „Rzeczpospolitej” jednego z najzdolniejszych polskich dziennikarzy śledczych Cezarego Gmyza. Taką decyzję podjęła rada nadzorcza oraz wydawca „Rzeczpospolitej” i „Uważam Rze”.” I dalej: - To coś niesamowitego. Bardzo współczuję Cezaremu Gmyzowi i uważam, że – w granicach dostępnych dla nas informacji, dokonał dziennikarskiej staranności. Poza tym tekst ukazał się za przyzwoleniem redaktora naczelnego, który nawet spotkał się z prokuratorem generalnym. W tej sytuacji decyzja o zwolnieniu Gmyza jest niezrozumiała. Można to odebrać jako sygnał dla dziennikarzy publikujących informacje niewygodne dla władzy - mówi Niezaleznej.pl Teresa Bochwic. Muzyk i publicysta Jan Pospieszalski, autor programu „Bliżej”, nie ma wątpliwości, że zwolnienie Cezarego Gmyza ma być przestrogą dla innych dziennikarzy. - To można nazwać „zasadą prewencyjną”. Cezarego Gmyza zwolniono dyscyplinarnie, aby to dotkliwiej odczuł. I równocześnie dano sygnał innym dziennikarzom: „zobaczcie co może was spotkać, jeśli będziecie drążyć temat Smoleńska”. Kiedyś takimi sygnałami było wysyłanie zdechłej ryby, czy znajdywano łeb konia. Zwolnienie Gmyza przypomina mi tamte mafijne praktyki – tłumaczy Jan Pospieszalski. (Wystarczy zacytować odpowiednie osoby, aby stworzyć taki, a nie inny klimat dookoła wydarzenia. To praktyka tak stara, jak prasa; najprostszy sposób manipulowania informacją tak, aby nikt nie wiedział, że została zmanipulowana. Dlatego uważajcie na cytaty.) Wulgaryzmy bowiem mają to do siebie, że jedynie brzydko brzmią. Na przykładzie Rzepy i URze wielu publicystów udowadniało zbratanie gazet z rządem i establishmentem. Należy się cofnąć do najbardziej zamglonego momentu całej historii, to znaczy: jakim cudem Hajdarowicz nabył te prestiżowe tytuły (przypominam, że w chwili zakupu obie gazety zwyżkowały, tygodnik wręcz święcił triumfy...)? Postawiono pytanie: skąd spłukany biznesmen miał miliony złotych na zakup? Oczywiście padały sugestie, które uznaję za nieuczciwe, ale jasnej odpowiedzi bodaj nie spotkałem. Następnie nowy właściciel podjął decyzję o tym, że należy zdjąć Lisickiego. Na tę wieść larum podnieśli niemalże wszyscy cenieni autorzy tygodnika. Chyba zresztą wówczas tygodnik nieco spuścił z tonu, chciano jak najdłużej zachować wypracowany status quo – Lisickiego na stanowisku, dopóki nie znajdzie się nikt lepszy. Co zresztą trwało dość długo. Z kolei zwolnienie czterech redaktorów Rzepy jest owiane jeszcze większą tajemnicą: sugeruje się, że treść została zatwierdzona przez prokuratora generalnego, a następnie były spotkania z przedstawicielami rządu i to oni czynili naciski, aby tekst się nie ukazał a później, żeby zwolnić odpowiedzialnych. W każdym razie nie wierzę, że odbyło się to bez nacisków zewnętrznych, ponieważ tekst przyniósł gazecie zbyt duży rozgłos, przez co sprzedaż i zyski z reklam. Wydawnictwa, kasa, naciski, cenzura W Polsce mamy kilku gigantów: Bauer, Axel Springer, Polskapresse, Agora, Presspublica, jeszcze może ze dwa wydawnictwa można do tego doczepić. Każde z nich jest zapewne częścią większego, często międzynarodowego konsorcjum. To ich właściciele pociągają za sznurki i decydują o tym, co ukaże się w prasie. Osoby zaniepokojone ilością niemieckiego kapitału pocieszę tym, że prasa lokalna, specjalistyczna i segmentowa wciąż trzyma się dobrze. Zaniepokoję tym, że nie istnieje prawne narzędzie, które wymuszałoby podawanie udziału zagranicznego kapitału w polskim rynku. Jeszcze gorsze jest to, że piekielnie trudno uzyskać informacje, czy dany wydawca faktycznie jest częścią jeszcze większego koncernu, albo kto tenże trzyma w garści. Jeśli chcecie to wszystko śledzić na bieżąco, polecam Mediarun.pl oraz Wirtualnemedia.pl – strony te regularnie publikują wyniki sprzedaży, rankingi i tym podobne. Aktualnie wśród dzienników prowadzą Fakt i Gazeta Wyborcza (TUTAJ), a tygodników Gość Niedzielny i Wprost (TUTAJ). Kapitał jest istotny. Naciski na treści publikowane w prasie nie są bezpośrednie, ale idą od góry. Zazwyczaj działa to na zasadzie „coś się komuś nie spodobało, wyrzucimy autora” – i w ten sposób polecieli wspominani dziennikarze Rzepy. Z jednej strony mogą to być naciski reklamodawców, zazwyczaj pośrednie. Najczęściej kontrowersyjne teksty (takie jak Trotyl we wraku, a nie jakieś pierdoły) sprawiają, że umieszczenie reklamy w magazynie jest niebezpieczne od strony wizerunkowej - nikt przecież nie strzeli sobie w stopę. Ponadto kiedyś można było się jeszcze zastanawiać nad powiązaniami reklama-gazeta. Teraz w Kurierze Lubelskim obok tekstów o cenach mieszkań umieszczane są bezczelnie oferty developerów. To jaskrawy przykład synergii. Jeśli, nie daj Boże, tekst dziennikarza godzi w interesy reklamodawcy, to się nie ukaże, albo po fakcie biedny reporter zostanie sklnięty i odsądzony od czci i wiary. Często powstają artykuły produkowane specjalnie po to, żeby umieścić koło nich ogłoszenia. Z drugiej strony jest oczywiście zarząd spółek wydawniczych. Można powiedzieć, że od pustego widzimisię tych ludzi dziennikarze wylatują na zbity pysk lub zgarniają laury. Za każdym jednak razem kiedy logika ich postępowania kłóci się z logiką trzepania grubej mamony, powinniśmy podejrzewać naciski innego rodzaju: polityczne. Te dwa źródła cenzury są związane z finansowo-korporacyjnym charakterem mediów. Z jednej strony reklamodawcy finansują media – które dzięki nim się utrzymują. W Stanach udział reklam w przychodzie prasy dochodzi do 90%. Dlatego też zresztą branżunia – jak określają autorzy z Junior Brand Manager – rozwija się tak prężnie. Kolejne dwa artykuły, które dobrze nakreślają własność kapitału w mediach: obiektywny Rzepy oraz naładowany ideowością Nasz Dziennik. Finansjerę i establishment da się jak nie przeskoczyć, to obejść. Pokazują to bardzo dobre produkcje dziennikarstwa śledczego ostatnich lat, prowokacje (ostatnio rozśmieszyła mnie przeprowadzona bodaj przez dziennikarzy Rzepy. Przedstawili posłance PO obietnice tej partii z 2007 roku, a biedna kobieta wyśmiała program własnego ugrupowania.), dziennikarstwo interwencyjne (piekielnie często wiażące się z walką z urzędami, holdingami, koncernami – na przykład Uwaga! z Jeronimo Martins w roli głównej). Gorzej jest, kiedy do głosu dochodzi ostatni rodzaj cenzury, na którym zakończę ten tekst. Mimo, że dziennikarz ma w dłoni granat, boi się wyciągnąć zawleczkę Nie mam pojęcia jak to jest, że dziennikarz nie chce czegoś publikować, tak sam z siebie; mimo, że ma w dłoni granat, boi się wyciągnąć zawleczkę. Zjawisko autocenzury jest, wbrew pozorom, dość powszechne. W tym kontekście media zazębiają się z opinią publiczną (OP), czyli tym dziwnym potworem o wielu definicjach i głowach. Dwa najważniejsze ujęcia mówią o tworzeniu jej oddolnym i odgórnym. Z jednej strony więc mamy ludzi, którzy są główną mocą sprawczą, którzy decydują o tym, co publika myśli. Według mnie aktualniejsze jest drugie ujęcie: czyli to koncerny, urzędy, rząd i media formują opinię publiczną. Jest to o tyle logiczne, że te organy mają w swoich dłoniach wszelkie narzędzia, żeby OP kreować: to one udzielają informacji (teoria dwustopniowego przepływu informacji, to znaczy: urzędnicy, rzecznicy prasowi udzielają informacji dziennikarzom, ci z kolei muszą je przekazywać dalej. I, powiązana, teoria gatekeepingu: osoby posiadające informacje decydują, które z nich opublikować. Gatekeeperzy istnieją na obu poziomach przepływu informacji.), to one mogą kreować grupy naciskające na media lub są nimi same w sobie, to wreszcie one mogą lobbować za ustawami niekorzystnymi dla dziennikarzy i twórców (przypuszczam, że stary temat zniesienia ulg podatkowych dla twórców był takim prztyczkiem w nos przywracającym porządek...). Dziennikarze tworzą opinię, a mimo to OP ma podwójną władzę nad nimi w każdym ujęciu. Odgórnie patrz wyżej, w skrócie: kwestia udzielania informacji dziennikarzom. Z kolei oddolnie: rynek czytelniczy wymusza pisanie w taki a nie inny sposób o takich a nie innych rzeczach. Dalej: powstaje spirala milczenia – pewne tematy są przemilczane, ponieważ nie miały żadnego odzewu w społeczeństwie. Ludzie boją się rozmawiać o „zakazanych” rzeczach, ponieważ są stworzeniami stadnymi – odrzucenie oznacza śmierć. Media nie dostarczają argumentów na obronę przemilczanego stanowiska nie pisząc o nim, ludzie mówią w danym temacie coraz mniej i pętla się zamyka. Jakaś kwestia przestaje istnieć w przestrzeni publicznej. Inną sytuację przedstawia teoria agenda setting Shawa i McCombsa. Według nich to media mówią, o czym mamy myśleć. Zgadzam się, ale tylko w pewnym stopniu. Na chwile obecną media są konglomeratem establishmentu, finansjery, reklamodawców i redakcji. Nie miejmy złudzeń: to właśnie ten potwór mówi nam, co mamy myśleć – redakcja jest jego czwartą częścią (Biedny dziennikarz i tak jest w czarnej dupie. Sprzeda się wszystkim tym, którzy są nad nim, albo będzie biedował w redakcji podobnej Sakiewiczowej. Sam naczelny Gazety Polskiej pisał, że z finansami to u nich często krucho było.) Zdaje mi się osobiście, że to własnie OP jest główną przyczyną, dla której dziennikarz nie wyciąga zawleczki. Autocenzura jest najgorszym możliwym typem, ponieważ, jak wspominałem, odgórną da się obejść. Blokady istniejącej w piszącym złamać się nie da, nawet mimo najszczerszych chęci. Oczywiście wiele osób piekli się, że w mediach łamane są kolejne tabu – i mają, kurwa, rację. Postępująca tabloidyzacja jest zatrważająca. Jeśli nawet Newsweek czepia się golizny na okładce, to coś jest nie tak. Coś jest bardzo, bardzo nie tak. Przecież to była domena Faktu! Zobaczcie ten rozstrzał: pozorujący już tylko w tej chwili powagę tygodnik stosuje ten sam chwyt, co tabloid! Łamane są kolejne tabu dotyczące seksualności, światopoglądu, oczerniania, opluwania i tak dalej. Są to granice narzucane przez społeczeństwo, tradycję, kulturę, które niszczy się z lubieżną lubością. Nikt z kolei nie przekracza granic narzucanych nam przez wielkie konsorcja (nadzieją na to – chyba płonną – jest internet). Całe to przekraczanie granic wpływa bardzo silnie na społeczeństwo – ten temat, wraz z kilkoma innymi, poruszę jednak następnym razem.



Płeć: nieznana
Ocena: 5.5
Liczba komentarzy: 9    
Data dodania: 07.07.2013r.

1     

Pawlak Właściciel 13 07 2013 (16:29:11)

Wspominasz o wycieczkach 9.3 - ile planujesz dziewiątych części? Bo wygląda na to, że masz już wszystko zaplanowane ;) No chyba, że wcześniej zeżre nas cenzura.

MGryglicki Użytkownik wpmt 13 07 2013 (18:26:46)
Obawiam się, że jeśli się nie wyrobię za dobrze, to może wyjść około 5-6. Ale aż tak dalekich planów nie robię. :) W każdym razie zostaniecie jeszcze nieco pomęczeni - Twój komentarz podpowiada mi takie małe "dość, cholera" ^^

Fereba Użytkownik 10 07 2013 (16:46:56)

Użytkownik ocenił pracę na 6

Muszę przyznać, że miałam problem z zabraniem się do tego tekstu. Wczoraj dotarłam tylko do pierwszego nagłówka i nie byłam w stanie przebrnąć dalej. Ale dzisiaj się przemogłam.

Po raz kolejny nie zawiodłam się na poziomie merytorycznym Twoich Wycieczek. Jest według mnie świetny i trzymaj tak dalej :) Dzięki takiemu stylowi czuje się ciągle, jakby te teksty były artykułami żywcem wyciągniętymi z gazet. Dzięki, że piszesz o polityce "naszym" językiem, bo dzięki temu staje się ona dla mnie bardziej przystępna i mniej zagmatwana.

Dobrze, że podajesz odnośniki do źródeł, one pomogły mi lepiej zrozumieć tekst. I chociaż poruszony temat mnie niezbyt interesuje, to jednak muszę przyznać, że Twój sposób opisania historii prasy skłonił mnie do kontynuowania i nie odkładania tego po raz kolejny "na jutro".

Dawied Użytkownik wpmt 08 07 2013 (17:38:06)

Zbliżają się wybory i od razu przychodzi na myśl PISowska retoryka... Czyżby przyszła pora na V RP?

MGryglicki Użytkownik wpmt 08 07 2013 (18:43:25)
Raczej nie. 3obieg.pl funkcjonuje odkąd wyszedł jakiś przekręt z właścicielem Nowego Ekranu - tj. od ponad roku bodaj (albo lepiej, akurat tego portalu nie monitorowałem, odkąd pojawił się wPolityce.pl).

Ja bym to raczej odniósł do karykaturyzowanego odnoszenia się do etosu "Solidarności" i prasy drugiego obiegu. Paradoksalnie redaktorzy tych portali, pod płaszczykiem walczenia o wolność, polaryzują społeczeństwo polskie w jeszcze gorszy sposób niż to do tej pory występowało. Z jednej strony odnoszą się do walki o demokrację z lat 70. i 80., z drugiej ukazują media mainstreamu jako źródło opresji intelektualnej. Czasami zastanawiam się, co oni chcą uzyskać działając w ten sposób i - szczerze powiedziawszy - nie mam zielonego pojęcia.
Ta retoryka jest jeszcze głupsza niż to, co czasami pieprzą PiSowcy :D

MGryglicki Użytkownik wpmt 08 07 2013 (17:30:21)

Dodam tylko jedną rzecz co do "drugiego obiegu", to jest coś, co odkryłem dzisiaj, kilka dni po napisaniu artykułu. Portal pod adresem nowyekran.pl (tytularnie więc dawny Nowy Ekran, o którym wspominałem w tekście) zmienił nazwę na 3Obieg.pl. Nie wystarczają więc dwa obiegi informacji - mainstreamowy i prawicowy. Konserwatywne media powoli osiągają szczyt hipsterstwa...

Fał Użytkownik 11 07 2013 (21:34:28)
Z tymi szczytami bym uważał - 4obieg.pl jest już zarejestrowana (od października 2012), dopiero 5obieg.pl jest wolna :D

MGryglicki Użytkownik wpmt 12 07 2013 (17:58:27)
Fał, może nie będzie aż takiego przegięcia i portal 4Obieg nie wystartuje :D
Poza tym kto wie, może taki adres to koło ratunkowe dla "lewackiego mainstreamu" po tym, jak "prawdziwe, wolne media" dojdą do władzy? :D

Dawied Użytkownik wpmt 08 07 2013 (13:23:12)

Użytkownik ocenił pracę na 5

I o to chodziło. Jest osobiście, są wycieczki, ale próbujesz zagłębić się w problem i na przykładach oraz teorii opisać mechanizmy. Wyszło Ci to ciekawie i płynnie, może w kilku miejscach coś mi lekko zgrzytało jak chodzi o jasność i precyzję wypowiedzi, ale miało to dla mnie marginalne znaczenie np:
(Wystarczy zacytować odpowiednie osoby, aby stworzyć taki, a nie inny klimat dookoła wydarzenia. To praktyka tak stara, jak prasa; najprostszy sposób manipulowania informacją tak, aby nikt nie wiedział, że została zmanipulowana. Dlatego uważajcie na cytaty.) Wulgaryzmy bowiem mają to do siebie, że jedynie brzydko brzmią.
- zbędny nawias. Niby to jest wtrącenie, ale dość luźno wiąże się z samym cytatem, a jest na tyle ciekawe, że można było je normalnie wprowadzić.
Podpowiem wam, że jeśli tylko macie szansę, to każdy fałsz ugnie się przed logicznym rozumowaniem. Nie wiem dlaczego to tak działa, ale drążąc temat na zasadzie 0-1 zawsze go wykrywałem. Drugą deską ratunku jest rozszerzanie swojej wiedzy.
- to jest dość mętne i razi fakt, że każdy fałsz się ugnie, a z drugiej, że Ty wykrywasz. Tutaj nadmierny subiektywizm nie podparty tak naprawdę żadnym uzasadnieniem poza pojedynczym Twoim "wrażeniem" - trudno zweryfikować czy wykryłeś wszystkie fałsze ;p.
Nie ma znaczenia dziedzina wiedzy, jakiej dotyczą: jeśli macie zamiar czy choćby w kościach zgrzyta wam, że będziecie z danej jeszcze korzystać, nie „klepcie jej”. Starajcie się ją pojąć, to daje o wiele lepsze rezultaty.
- nadmiernie dydaktyczne. Nie pasuje ani do cyklu, ani do tego fragmentu.
Mimo tych uwag czytało się dobrze i jest naprawdę interesująco. To lubię. Pozdrawiam


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9701 | Proza: 2330 | Publicystyka: 721 | Komentarze: 68305 | Użytkownicy: 12452
Online(16): 16 gości i 0 zarejestrowanych: