Kyoto Animation - przekrój twórczości

Są twórcy, którzy mają na swoim koncie stosunkowo niewiele dzieł, z których prawie każde jednak staje się niemal od razu czymś wielkim. Na przykład w świecie gier komputerowych taką pozycję zajmuje Blizzard Entertainment, które potrafi utrzymać się i praktycznie królować na rynku, wypuszczając nowe pozycje w kilkuletnich odstępach czasowych. Zaś znana brytyjska pisarka, J. K. Rowling, czerpiąca ogromne zyski ze swojej twórczości literackiej, napisała tak naprawdę zaledwie kilkanaście książek, z których i tak większość stanowią te z serii o Harrym Potterze i z nią związane. Podobne zjawisko można zaobserwować praktycznie w przypadku każdej innej sfery twórczości. Wyjątkiem nie jest tu anime, które w istocie jest odrębnym rodzajem twórczości, gdyż wyraźnie wyodrębnia się na tle zachodnich filmów i seriali animowanych i stanowi zupełnie odrębną odeń dziedzinę sztuki, mającą własnych mistrzów oraz partaczy. Wśród nich szczególnie wyróżnia się kilka studiów animacyjnych, na tle których wybija się z kolei jedno szczególne studio, będące potwierdzeniem sformułowanej przeze mnie wyżej reguły. Nosi ono nazwę Kyoto Animation. KyoAni (jak w skrócie powszechnie się ich nazywa) to grupa ludzi działająca w branży japońskiej animacji od 1981 roku. Znamiennym jest fakt, że chociaż studio to istnieje już ponad trzydzieści lat, do tej pory stworzyło zaledwie około dwudziestu pozycji, a ponadto ich najwybitniejsze dzieła powstały dopiero w XXI wieku. To właśnie te nieliczne pozycje, zdobywające pierwsze miejsca na japońskich listach najlepiej sprzedających się animacji, zapewniły KyoAni renomę i sławę – tak dobrą, jak i złą. Bo choć nie ulega wątpliwości, że od kilku lat każde ich nowe anime staje się hitem, zawsze też towarzyszą im głośne narzekania antyfanów, których zbierają sobie w ilościach hurtowych znacznie szybciej, niż produkcje tworzone przez inne studia. Należy wspomnieć przy okazji o pewnej bardzo istotnej rzeczy. Kluczem do sukcesu KyoAni jest wybieranie wyjątkowych materiałów do tworzenia kolejnych seriali. Nie zajmują się tworzeniem serii, w których wszystko trzeba wymyślać od podstaw, celują za to w genialnych adaptacjach dzieł już istniejących. Mangi, nowelki, nawet visual novels – to główne źródła ich inspiracji. Co jeszcze ważniejsze: zawsze są to tytuły wyjątkowe. Muszą się więc wybijać pod jakimś względem – a to klimatem, a to epicką fabułą, a to kreacją postaci... Pierwowzory każdego z ich projektów już same w sobie są rozpoznawalne w środowisku ludzi interesujących się japońską popkulturą, a przedstawiane w formie animowanej okazują się być dla wielu jeszcze bardziej nawet pociągające. To wszystko sprawia, że nawet tworząc jedno anime na rok są w stanie dokonać tego, czego nie może uzyskać większość ich konkurentów: zyskać za każdym razem ogromny rozgłos i oddźwięk ze strony zachwyconych nowymi seriami (bądź kinówkami) fanów. Warto przy tym omówić kilka z nich. Tytuły, które tu przytaczam, to najwybitniejsze osiągnięcia studia Kyoto Animation i jednocześnie jedne z najbardziej rozpoznawalnych pozycji anime XXI wieku. Choć wiele z nich na pierwszy rzut oka z pewnością nie wydają się dziełami sztuki, to jednak potencjał w nich drzemiący jest na tyle ogromny, by za każdym razem, gdy były publikowane, mogły przyciągnąć mrowie widzów i przebić się szybko na szczyty rankingów sprzedaży w Japonii. Łączy je również pewna ciekawa kwestia: we wszystkich przypadkach bohaterowie są uczniami szkół średnich, a akcja rozgrywa się w liceum. Najnowsza produkcja KyoAni, Hyouka, nadal jest w trakcie emisji, a mimo to już teraz płyty DVD z jej pierwszymi odcinkami idą jak woda. Anime to opowiada historię licealisty o imieniu Houtarou, będącym na pierwszy rzut oka patentowanym leniem, z drugiej strony zaś – inteligentnym i wyjątkowo bystrym człowiekiem obdarzonym nieprzeciętnym talentem do kojarzenia faktów i rozwiązywania zagadek. Na prośbę swojej siostry dołącza on do klubu, który – z powodu braku członków – zostałby w przeciwnym razie rozwiązany. Chcąc uczynić zadość siostrzanemu sentymentowi, zapisuje się tam w nadziei, że pozostanie jedynym jego członkiem. Na jego (nie)szczęście dołącza tam również dziewczyna lubująca się w zagadkach i tajemnicach... Tym, co wyróżnia tą produkcję chociażby spośród innych tytułów z zeszłego sezonu, to nieprzeciętne projekty postaci, świetna animacja i – co najważniejsze – bardzo świeży i oryginalny koncept. Ukazując jednocześnie codzienne życie Houtarou i jego przyjaciół, dostarcza widzowi również przyjemnego dreszczyku emocji związanego z kolejnymi, rozwiązywanymi przez protagonistę zagadkami. Niestety, póki co kolejne odcinki są dość nierówne. Po kilku naprawdę wciągających i zasługujących na szóstkę z plusem epizodach zaczęły się coraz częściej pojawiać dość nudne i średnio logiczne historyjki, tworzone niejako na siłę. Nie zmienia to jednak faktu, że seria jest wyjątkowo obiecująca, i nawet jeśli nie skończy jako kasowy hit, to i tak z pewnością zostanie zapamiętane jako porządny kawał japońskiej animacji. Mówiąc o KyoAni nie sposób nie wspomnieć o jednym z ich nowszych dzieł – genialnej komedii na podstawie mangi pod tytułem Nichijou. Po ichniemu tłumaczy się to jako „codzienne życie” i istotnie pokazuje codzienne ży... wróć. Wcale nie pokazuje codziennego życia. Wszystko, co jest przedstawione w tym anime, kompletnie odbiega od normalności i w żadnym stopniu nie odpowiada znaczeniu tytułu. Mamy tu bowiem do czynienia z dziewczynką-robotem stworzoną przez pięcioletnią panią profesor, których przygody poprzeplatane są z losami kilku uczennic pewnego liceum, gdzie dyrektor szkoły siłuje się czasem z jeleniem, a jeden z najbardziej dystyngowanych uczniów dojeżdża z i do domu na kozie. Jednak tak naprawdę nie sposób opisać słowami geniuszu komediowego Nichijou, którego każdy kolejny odcinek jest istną kopalnią gagów i świetnych żartów sytuacyjnych. Ogromną zaletą serii jest też bardzo oryginalna kreska. Animacja tego serialu stoi na najwyższym poziomie i stanowi świeży powiem w dość mocno „zestandaryzowanym” już sposobie animowania, uskutecznianym przez lwią część działających w branży producentów. Nie rezygnując bowiem ze ślicznych dziewczynek o wielkich oczach, KyoAni udowodniło, że na tym polu nadal można prowadzić naprawdę udane eksperymenty. Chociaż i tak najważniejszym elementem tej serii jest jej komediowy potencjał, skryty w na pozór bezsensownych i głupawych zagrywkach, będących w istocie wysoce wysublimowanymi, humorystycznymi zagrywkami stanowiącymi o sile i oryginalności tego anime. Najlepiej chyba oddaje to komentarz jednego z użytkowników 4chana, który skomentował je następująco: „W normalnym anime, kiedy dziewczyna wpada na chłopaka, oboje upadają na plecy, a dziewczynie widać majtki. W Nichijou, kiedy dziewczyna wpada na chłopaka, wyzwalana jest eksplozja nuklearna”. Mimo wszystko jest to równocześnie jedna z najgorzej sprzedających się serii autorstwa Kyoto Animation, ponadto znacznie lepiej odebrana została na Zachodzie, w Kraju Kwitnącej Wiśni zostając uznaną za nudnego gniota. Humor przedstawiony w tym anime nie jest bowiem dla każdego – bardzo inteligentne (choć zdające się być głupkowatymi) zagrania humorystyczne nie do każdego przemawiają, do widza z Europy nie dotrze również wiele żartów językowych, które są jedną z głównych sił budujących komediowy nastrój w tym serialu. Są jednak i takie produkcje, w których wszystko, choć technicznie dopracowane w najdrobniejszych szczegółach, wydaje się po prostu „przeciętne” i niezbyt atrakcyjne, a przynajmniej nie na tyle, by obejrzeć dwa sezony takiego anime. Czymś takim jest K-ON!, czyli serial przedstawiający historię kilku nastolatek zrzeszonych w klubie muzycznym, w którym ćwiczą grę na instrumentach (rzadziej) oraz popijają herbatkę, zagryzając ją ciasteczkami (częściej). Wielu ludzi narzeka na praktycznie zerową ilość fabuły, inni na to, że za mało w nim wstawek związanych z muzyką, jej tworzeniem oraz wykonywaniem, a jeszcze innych denerwuje przesłodzona (ich zdaniem) kreska. Nie zmienia to jednak faktu, że anime odniosło niewyobrażalny sukces w Japonii i poza nią, zrzeszając wielu fanów i drugie tyle antyfanów. Samo w sobie nie będąc w żadnym stopniu kontrowersyjnym wzbudza wiele kontrowersji na temat tego, jak historia o dziewczynkach jedzących ciastka i pijących herbatkę, grających na instrumentach tylko okazjonalnie (podczas gdy, logicznie rozpatrując tło fabularne anime, powinny spędzać na to większość wolnego czasu) stała się przebojem obejmującym dwa sezony serialu anime, kilka odcinków dodatkowych oraz pełnometrażowy film. Być może siła tej serii leży w jej niezwyklej skłonności do wprowadzania widza w stan całkowitego rozluźnienia. W istocie bowiem obserwowanie codziennego życia głównej bohaterki o imieniu Yui oraz jej koleżanek z klubu jest naprawdę relaksująca. Nie ma to jak półgodzinny seans wesołych historyjek o klubie muzycznym, oprawionych w dodatku świetną animacją i takąż ścieżką dźwiękową, by człowiek popadł momentalnie w stan błogiego odprężenia. K-ON! podbił serca wielu, w tym i moje, zyskując przy tym jednocześnie miana jednej z najlepszych i najgorszych serii typu okruchy życia w historii anime. Serią o podobnej koncepcji, za to jeszcze bardziej przez nią kontrowersyjną, jest anime pod tytułem Lucky Star. Opowiada ono o przygodach zwykłych, japońskich licealistek (znamy to skądś?), a przede wszystkim Konaty – dziewczyny będącej otaku, czyli fanką mang, anime oraz gier. Choć definicja otaku nie jest ujednolicona i może oznaczać zarówno fana japońskiej popkultury, jak również fanatyka poświęcającego całe swoje życie temu, co oferuje szaremu Kowalskiemu Kraj Kwitnącej Wiśni, to w kontekście tego anime oznacza raczej osobę o wysokim zainteresowaniu japońskim komiksem oraz animacją, jak również graniu na komputerze tudzież na konsoli. Konata i jej przyjaciółki wiodą naprawdę, no... normalne życie, a anime właśnie o nim opowiada. Przez to dla większości widzów (w tym dla mnie) okazuje się bardzo nudne i bardzo płaskie. Jednak każdy kij ma dwa końce. Po pierwsze, po emisji kilku pierwszych odcinków KyoAni zmieniło reżysera, co w pewnym stopniu podniosło jakość minifabuł kolejnych odcinków (a przynajmniej nie poświęcały się już w całości zagadnieniom typu „z której strony powinno się jeść rogalik?”). Po drugie, znacząca ich część skupia się właśnie na japońskiej popkulturze, stąd też multum nawiązań do różnych popularnych w Japonii tytułów, które dla ludzi obytych w temacie naprawdę mogą być ciekawe i zabawne. Ci, którzy swoją przygodę z anime dopiero zaczynają (albo planują zacząć) powinni omijać Lucky Star szerokim łukiem, ponieważ w pełni doceni je tylko ten, kto jest naprawdę szeroko obeznany w świecie otaku takich jak Konata. Kyoto Animation czerpie inspiracje również z... gier randkowych. Przykładem tego jest Clannad, zanimizowany w serialu anime, kilku OAVkach (pojedynczych, niezwiązanych z główną serią odcinkach) oraz pełnometrażowym filmie. Osobiście niewiele mogę powiedzieć na temat tego tytułu, gdyż nie miałem jeszcze przyjemności go obejrzeć. Zresztą chyba i tak sobie daruję, bowiem powszechnie znanym faktem jest, że Clannad: Afterstory (czyli wspomniana wyżej kinówka) jest jedną z najsmutniejszych rzeczy, jaką człowiek kiedykolwiek przedstawił na ekranie. Kierując się setkami pozytywnych opinii mogę więc jedynie ostrożnie polecić tą pozycję fanom romansów, którzy z pewnością wyczują podczas oglądania charakterystyczny styl KyoAni, polegający na trudnym do wyrażenia podniesieniu przezeń przedstawiania fabuły do rangi sztuki. Daje się to wyczuć w każdej innej ich produkcji, dlatego jestem zupełnie przekonany, że i w tej wrażenie jest przynajmniej bardzo podobne do tego, które towarzyszy widzowi przy oglądaniu innych dzieł tego studia. Ich najbardziej bodaj rozpoznawalną i najlepszą serię specjalnie zostawiłem na koniec. Odcinki obu sezonów serialu anime, jak również historia z powstałego po nich filmu jest przedstawiona bez porządku chronologicznego, co powoduje, że – by w pełni wszystko zrozumieć – należy najpierw wszystko obejrzeć raz według porządku ustalonego przez twórców, następnie obejrzeć to wszystko raz jeszcze, a i tak najlepiej by było, gdyby potem proces znowu powtórzyć, tym razem mieszając odcinki z obu serii oraz film tak, by zachować chronologię wydarzeń. Warto to zrobić nawet pomimo faktu, że historia nie należy tak naprawdę do bardzo skomplikowanych, jest natomiast świetnie przemyślana, a po adaptacji przez Kyoto Animation stała się osią jednego z najlepszych anime w historii. Tak genialnym i głośnym, że nawet część ludzi, którym japońska popkultura jest zupełnie obca, kojarzy tytuł Suzumiya Haruhi no Yuuutsu, czyli Melancholia Haruhi Suzumiyi. Rzecz jasna, nie jest to pozycja pozbawiona wad i kontrowersji. Osobista niechęć do głównej bohaterki zdecydowanie zaniża moją ocenę Melancholii, ponadto ów słynny brak uporządkowania odcinków według kolejności rozgrywających się wydarzeń początkowo silnie zniechęcał mnie do obejrzenia tej serii. Tym bardziej, że w drugim sezonie KyoAni zastosowało jeden z najdziwniejszych chwytów, jaki można było sobie wyobrazić – stworzyło osiem niemal identycznych odcinków pod rząd. Ten ewenement, znany jako „Endless Eight”, stał się jedną z najgłośniejszych kontrowersji, które piętrzą się wokół historii o Haruhi. Nie mniej jednak kreacja postaci (nawet włączając beznadziejną główną bohaterkę) oraz fabuła obu sezonów anime jest na najwyższym poziomie. Choć i tak według mnie stanowią one raczej wstęp czy też rozgrzewkę przed kinówką, w której przedstawiono jedną z najbardziej niesamowitych historii związanych z tą serią. Krótko rzecz ujmując: najlepszy film, jaki kiedykolwiek widziałem, uczta dla duszy, wzruszający, poruszający, dający do myślenia. I nawet główna bohaterka tak bardzo nie denerwuje, co ma sens, jeśli się wie, że tytuł filmu brzmi Suzumiya Haruhi no Shōshitsu, to jest Zniknięcie Haruhi Suzumiyi. KyoAni odwaliło kawał dobrej roboty, wybierając do animowania bardzo popularną w Japonii nowelkę, której fabuła stała się świetnym materiałem do stworzenia na jej bazie genialnego anime. To z kolei w ciągu kilku zaledwie lat stało się rozpoznawalnym niemalże wszędzie symbolem epickości. Aha, i specjalnie unikam choćby zarysowania fabuły, by skłonić do samodzielnego odszukania informacji na temat Melancholii, jak również do jej obejrzenia i docenienia. Bo jest co doceniać. Kyoto Animation prawdopodobnie już nigdy nie stworzy niczego choćby dorównującego poziomem temu tytułowi... chyba że wyda jego kolejny, trzeci sezon, co wcale nie jest wykluczone. Tak przedstawia się zarys największych dzieł najbardziej oryginalnego w swej twórczości giganta na rynku anime. Każde z nich ma w sobie coś unikalnego, każde wzbudza spore emocje – tak pozytywne, jak i negatywne. Każde w końcu ukazuje, jak świeże schematy można zastosować albo jak wykorzystać te już oklepane, by stworzyć murowany przebój. I to, że jest ich tak niewiele, nie zmienia faktu, że studio, które je tworzy, to grupa geniuszy. Bo chyba tylko geniusze potrafią stworzyć jakby od niechcenia coś od czasu do czasu w taki sposób, by poziomem przewyższało setki innych produkcji odmiennych twórców. Takie właśnie jest KyoAni – największy troll w dziejach japońskiej animacji. -------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------- Kilka openingów i endingów z omawianych serii: Hyouka (opening): http://www.youtube.com/watch?v=jWNIYQf2pVk Nichijou (pierwszy opening): http://www.youtube.com/watch?v=YfF7HqZm_vA K-ON! (pierwszy opening drugiego sezonu): http://www.youtube.com/watch?v=1D5sn8_NRrk Lucky Star (opening): http://www.youtube.com/watch?v=I3dOmMMNjGA Clannad (opening): http://www.youtube.com/watch?v=ExNdDlrwmCM Suzumiya Haruhi no Yuuutsu (ending pierwszego sezonu): http://www.youtube.com/watch?v=B5PAkntjs5M



Płeć: mężczyzna
Ocena: 5
Liczba komentarzy: 4    
Data dodania: 08.07.2012r.

1     

Pawlak Właściciel 11 07 2012 (16:06:09)

Użytkownik ocenił pracę na 5

Tekst jest bardzo dopracowany. Mam tu do czynienia z bardzo dokładną analizą twórczości studia Kyoto Animation. Czyta się to dosyć dobrze, ale z uwagi na długość pracy osoba, która nie jest fanem anime zaczyna od połowy powoli myśleć o jej zakończeniu. Najciekawszy był dla mnie początek, gdzie autor bardziej skupiał się na fenomenie studia oraz próbował porównać realia anime do innych przestrzeni rzeczywistości. Wydaje mi się, że jednak nieco rozpędził się przy stwierdzeniu

J. K. Rowling, czerpiąca ogromne zyski ze swojej twórczości literackiej, napisała tak naprawdę zaledwie kilkanaście książek


bo aż tylu nie napisała, ale to drobnostka.

Kamil M. Jaszczak Specjalista ds. marketingu 11 07 2012 (17:11:05)
13 napisała ;)

Pawlak Właściciel 11 07 2012 (17:16:26)
Jeśli tyle napisała ksiażęk to zwracam honor.

Faktycznie, angielska Wikipedia podaje informacje o 11 książkach.

Kamil M. Jaszczak Specjalista ds. marketingu 11 07 2012 (17:19:16)
Polska Wiki wymiata :)


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9701 | Proza: 2330 | Publicystyka: 721 | Komentarze: 68306 | Użytkownicy: 12452
Online(62): 62 gości i 0 zarejestrowanych: