warto go przeczytać
– … ale, jak słyszysz, chyba nic z moich sobotnich planów. – Rozkaszlałam się na dobre, krztusząc własną śliną, a raczej– wydzieliną. – Rose, ty to masz pecha. – Louise najwyraźniej się zmartwiła. Ktoś zadzwonił do drzwi. Pobiegłam, aby otworzyć, na chwilkę przerywając rozmowę. W drzwiach stanął Alex, trzymając na lewej ręce Damiena, przyciskając do siebie Erykę… Wyglądało to tak, jakby miał ich ktoś zaraz zabić. Alexander rozglądał się panicznie, aż wreszcie wszedł do środka. Przeprosiłam Louise i zamknęłam klapkę telefonu, patrząc na przerażonego mężczyznę.
– Zostawiam ich tutaj. – To nie było grzecznościowe pytanie, tylko stwierdzenie.
– Co się stało?! – Wzięłam Damiena na ręce, które zresztą do mnie wyciągnął. Czuł, że coś jest nie tak. Pogłaskałam go po głowie.
– Paul się tu zjawił. Może być… niebezpiecznie. – Spojrzałam za siebie; mama zaraz miała wyjść do pracy. – Nie zostawię Cię ot tak! – mój jęk najwyraźniej był niczym; nawet nie zwrócił na niego uwagi. – Nie! – Mój krzyk zatonął w ciszy. – Opuścisz mnie?! – Bardziej chodziło o niego, oczywiście, ale poskutkowało.
– Rose, wszystko w porządku? – Mama wychyliła głowę i uśmiechnęła się, nieznacznie kiwając głową z szacunkiem w stronę Alexa. – Witam, panie Lo… – Przerwał jej.
– Wystarczy Alexander, pani Rebecco. – Ukłonił się jej, podszedł i pocałował w dłoń. Mama zawstydziła się lekko a ja, cała czerwona i zaniepokojona, trzęsłam się ze strachu. – Mogę porozmawiać przez chwilkę z pańską córką? Nie mam gdzie zostawić dzieci, a mam pewną sprawę do załatwienia…– tak, dobrze wiedział, co robi– mama spojrzała na mnie znacząco. Nie mogłam odmówić…
– Ależ oczywiście. – Uśmiechnęła się i zostawiła nas samych.
– Masz rację, Rose. – Wyciągnął telefon i szybko przetrzepał kontakty. Miałam przypuszczenia, co ma zamiar zrobić. – Dennis? Potrzebuję cię tu… Musisz przypilnować pewnej pani, bo ma zamiar ze mną jechać… Tak, podjadę po ciebie. – Alex bez słowa wyszedł i wsiadł szybko do samochodu, zostawiając mnie z dziećmi. Pełna strachu usiadłam na schodach, a Eryka usiadła przy mnie. Wzięłam rodzeństwo na górę, tuląc chłopca do siebie. Włożył główkę w moje włosy i rozejrzał się. Otworzyłam drzwi do pokoju.
Wiedziałam, że tu się dzieciom nie spodoba. Mój pokój od dwóch lat urządzony był nienagannie. Białe ściany i półki, w większości puste, na niektórych tylko kwiaty i po dwie czy trzy książki. Czysty chaos, jak go nazywałam. Na południowej ścianie kwitł czarny kwiatek, puszczając swe pąki i rośla na boki. Czarna sofa, tak delikatna, ułożona była pod ścianą, w kącie szklane biurko a na nim– laptop. Było tak czysto. Na dywanie miękki, biały dywan z frędzlami, na którym posadziłam Damiena. Oczywiście wstał i rozejrzał się, po czym dopadł szafę, otwierając jej wnętrze. Podeszłam do niego i wyciągnęłam kolorowy papier i długopisy, oraz plastelinę, którą mu podałam. Sama zaś rozłożyłam arkusze na ziemi i zawołałam Erykę, wiedząc, że ona, jak zwykle będzie miała głowę pełną pomysłów. Musiałam zabić strach.
***
Zasiadłem za kierownicą i dodałem gazu. Szybkość dodawała mi adrenaliny. Odwagi. Mogłem nie zobaczyć dzieci. Mogłem nie zobaczyć ukochanych mi osób. Ale nie myślałem o tym, to nie był czas na myślenie o tym. Zahamowałem pod blokiem Dennisa. Nigdy nie cackaliśmy się ze sobą. Wsiadł i pierwsze, co rzucił, było:
– O co chodzi?
– O Paula.
– Jadę z tobą.
To mi się nie spodobało; Dennis był, patrząc wiekowo, dzieckiem i chociaż brałem go na poważnie, nie chciałem go brać. Pokiwałem przecząco głowo. – Nie. Będziesz potrzebny Rose.
– Myślisz, że nie da sobie rady z dziećmi?
– Myślę, że nie da sobie rady psychicznie.
– Myślę, że wolałaby, żebym był z tobą. Może tego nie widzisz, ale ona się o ciebie boi.
Bez słowa więc wcisnąłem gaz. Może, jak załatwimy to szybko, nawet nie zauważy. Skręciłem w piękną aleję. Drzewa, młode, liściaste (gatunku nie rozpoznałem; nie zwróciłem na to nawet uwagi) posadzone w odległości około półtora metra, tworzyły niesamowitą atmosferę i zagęściły się z czasem. Wjechaliśmy do lasu i stanęliśmy pod dworkiem pewnego barona. Skręciliśmy powoli w las, trochę dalej, parking… Samochodu jeszcze nie było. Dlaczego? Ach, tak. Stali? Nie, nie stali! To nie był Paul! Moja wściekłość sięgała granic. Wszystko się we mnie gotowało; Dennis to zauważył. Ale oni nie. Wysiadłem, trzymając broń w kieszeni.
– Gdzie Paul?
– Zaraz przyjedzie… od tyłu.
Wsiadłem do samochodu i wybrałem numer Rose. Nie odbierała… co się tam, u licha, działo?! Przeklinałem się w duchu. Czemu nie zostawiłem Dennisa u niej..?
Ocena: 5
Liczba komentarzy: 1
Data dodania: 03.11.2009r.
Statystyki: Wiersze: 7853 | Artykuły: 264 | Recenzje: 234 | Proza: 1645 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46575 | Użytkownicy: 3566
Online(19): 13 gości i 6 zarejestrowanych:
Salem_de_Lincourt, Dawied, Fał, Pawlak, Wojtex81, zawsze