warto go przeczytać
Pseudonim: AnilG
Tego dnia słońce też nie wzeszło.
Jak zwykle podeszła do okna i znów widziała tylko bezmiar ciemności.
Miała szeroko otwarte oczy. Powiększone źrenice i tęczówki w miodowym kolorze, którymi zawsze wszyscy się zachwycali. Kiedy wyszło na jaw, że są tylko bezużytecznym zmysłem, stały się pospolite, niemal porównywalne do wszelkich brązowych, zielonych i niebieskich oczu.
Położyła dłoń na szybie, czuła jej zimno i obcość pod palcami. Dotyk miała niezwykle wyczulony, może Bóg chciał tak zrekompensować jej ślepotę. Ręce były jej oczami, musiała ufać tylko im.
Dziś będzie ten dzień.
Straciła poczucie czasu, słyszała tylko jak biegnie, coraz szybciej, może uciekał, przedostawał się przez jej palce jak piasek, nieubłaganie spadał w otchłań wieczności.
Ogarnęła ją monotonia, objęła swoimi żelaznymi ramionami i nie chciała wypuścić, by poczuła świeży oddech nadziei. Tkwiła w niej, nawet nie próbując się już wyrywać, popadając w coraz większą beznadzieję.
Odeszła od okna i wolno dotarła do drzwi. Dziś jej urodziny. Sprawi sobie prezent, jakiego nikt inny nie potrafiłby jej dać.
Gdyby wiedziała, jak będzie wyglądało jej życie, wolałaby nigdy się nie urodzić. Pod sercem matki było tak niesamowicie bezpiecznie, otaczały ją ciepłe wody, a ona żyła beztrosko, z niedorozwiniętymi jeszcze kończynami, a co najważniejsze, bez pamięci i funkcji myślenia, głupia.
Już dawno stwierdziła, że gdyby miała wybór, wybrałaby ten jeden chromosom więcej. Myśli ludzi z downem płyną wolno, na pewno nie z prędkością 300 kilometrów na godzinę, jak u osób zdrowych.
Znała ślepych, którzy potrafili cieszyć się życiem i wymagać od niego wciąż więcej i więcej, chwytać chwile jak kolorowe motyle i więzić w butelce, sprzeciwiać się losowi i mimo wszystko być szczęśliwym, bez względu na przeciwności.
Ona nie potrafiła.
Była słaba, uginała się jak delikatny kwiat pod choćby lekkim wietrzykiem. Chmury gromadziły się i było jasne, że gdy tylko z nieba posypią się pioruny, złamią ją bez trudu.
Potrzebowała słońca, które wciąż nie wschodziło.
Podeszła do radia i mocno przekręciła gałkę. Kuchnię wypełniła głośna muzyka, która wdzierała się w jej serce i zmuszała je do drżenia. Chciała zagłuszyć swoje myśli.
Nie udało się.
Słowa wciąż pałętały się po jej umyśle, to lekko postukując w jej czaszkę, to gwałtownie uderzając, domagając się uwagi.
Wiedziała, co ma zrobić, ale wciąż nie była pewna, ziarenko nadziei na lepsze jutro mimowolnie zniszczyło jej pewność.
Lepsze jutro było wczoraj.
Uwielbiała słoneczniki.
Dotykała je delikatnie, obejmując główkę, gładząc ostrożnie opuszkami palców płatki i wdychając ich zapach, który zawsze kojarzył się jej tylko z latem.
Wiedziała, że są podobne do słońca.
Nigdy ich nie zrywała. Chciała, by choć im nie została odebrana nadzieja na zobaczenia nieba.
Nie wierzyła w Boga.
Kiedyś matka nauczyła ją pacierza.
- Ojcze nasz - mówiła namaszczonym głosem. - któryś jest w niebie, święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje, bądź wola Twoja…
Nie spodobały się jej te słowa. Czuła do nich niechęć i choć obiecała matce, że codziennie rano i wieczór będzie je odmawiać, od tamtego czasu nie wymówiła ich ani razu.
Chodziła z rodzicami co niedziela do kościoła, poszła do pierwszej komunii, ale religia wydawała jej się nierealna, rzekome cuda Jezusa nieprawdziwe, Bóg odległy i nierzeczywisty.
Wierzyła w to, że w nic nie wierzy.
- Wiesz, wiara jest jak płaszcz, który ochroni cię przed zimnem śmierci - rzekła któregoś razu matka. - Pamiętaj o tym.
Co dziwne, teraz, kiedy matka była daleko za oceanem i pracowała ciężko na kawałek chleba, wciąż pamiętała te słowa. Za każdym razem, gdy otulała się ciepłym, zimowym płaszczem szeptała sama do siebie to zdanie, jakby mantrę.
- Ścisz to radio.
Odwróciła się i gdyby mogła, zobaczyłaby bladego mężczyznę po czterdziestce, który przyczynił się do faktu jej istnienia na tej ziemi.
- Dlaczego? - wydęła wargi. - Mi się tak podoba.
- Ścisz!
Nie uzyskawszy odpowiedzi przeklął szpetnie i sam zmniejszył ilość decybeli. Burknął coś, co chyba można było nazwać pożegnaniem i wyszedł.
Matka i ojciec byli jej chlebodawcami, nie rodzicami.
- Jak to jest być niewidomą? - zapytała kiedyś Tamara.
Majka długo zastanawiała się nad odpowiedzią. Nie udzieliła jej koleżance od razu, dopiero parę dni później, kiedy ponownie spotkały się w szkole.
- Źle - rzekła. - nie widzisz świata obfitującego w kolory, nic, tylko ciemność. Możesz jedynie wyobrażać sobie jak wyglądają kwiaty, drzewa, domy, ludzie - urwała, lecz po chwili dodała. - Ty widzisz słońce w dzień, ja widzę je tylko w nocy.
Przekręciła klucz w zamku i oparła się o drzwi. Powitał ją natarczywy wiosenny wiatr, otulił policzki i wślizgnął się pod kurtkę.
Wahała się.
Wystawiła twarz do słońca i poczuła jego promienie na policzkach. W jej głowie toczyła się walka, można by rzec śmiertelna. Gdy była już prawie pewna decyzji, mózg wysyłał do nóg polecenie o ruchu, nagle napływała masa kontrargumentów i znów zostawała pod drzwiami na kolejne minuty.
Kiedyś wszystko musi się zmienić. Niech to "kiedyś” będzie już dziś.
Niech dziś będzie tym lepszym jutrem.
Popychana przez wiatr znalazła się przy bramce. Otworzyła ją delikatnie i na tym jej pewność się kończyła, złapała białą laskę i ruszyła już wolniej przed siebie.
Powietrze było przepełnione wiosną, zapachem każdego niedojrzałego listka, pączka, zwiastującego narodziny kwiatu, ale Majka czuła tylko nadzieję, która uderzała wiosną ze zdwojoną siłą, nadzieję, która zwiastowała, że po zimie znów wszystko rodzi się na nowo.
Że teraz wszystko się zmieni. Że będzie lepiej. Na pewno.
Ale ten sam scenariusz powtarzał się od jakichś czterech lat.
Była już bliska swojego celu. Pokonała przejście dla pieszych i znalazła się na moście. Położyła stopę na barierce i uniosła się parę centymetrów w górę. Wspięła się jeszcze wyżej, wolno przelazła przez barierkę i teraz zawisła niemalże w powietrzu, utrzymywana tylko przez krótki kawałek betonu i ręce, uporczywie trzymające się metalowych prętów.
Nagle pewność ulotniła się z niej i został tylko strach.
- Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy - wyszeptała nagle, sama do siebie drżącym głosem. - Być może istnieją czasy piękniejsze, ale te są nasze - zacytowała, szybko przypominając sobie sentencję Jeana Paula Sartre.
Wróciła na pewny grunt. Idąc z powrotem do domu wierzyła, że teraz rzeczywiście wszystko zmieni się, na lepsze, że podąża ku lepszemu światu, lepszej rzeczywistości. Że musi nauczyć się cieszyć tym, co ma, znaleźć jakieś hobby, które przerwałoby monotonię, może śpiew, przecież kiedyś lubiła śpiewać…
Weszła pewnym krokiem na przejście, za późno uświadamiając sobie, że przecież teraz zielone światło mają kierowcy aut.
Psycholodzy określają takie sytuacje mianem samosprawdzającej się przepowiedni.
Jej mózg zdążył zarejestrować jeszcze, że nieznana siła unosi ją na ułamki sekund w powietrze, później brutalnie uderza w asfalt, a wszystko okraszone jest bólem tak silnym, że powieki stają się zbyt ciężkie, naprawdę zbyt ciężkie…
Zamknęła oczy. Kiedy je otworzyła, już wiedziała, co się stało.
Zobaczyła słońce.
Ocena: 5.6
Liczba komentarzy: 5
Data dodania: 03.04.2010r.
Statystyki: Wiersze: 7853 | Artykuły: 264 | Recenzje: 234 | Proza: 1645 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46575 | Użytkownicy: 3566
Online(19): 13 gości i 6 zarejestrowanych:
Salem_de_Lincourt, Dawied, Fał, Pawlak, Wojtex81, zawsze