warto go przeczytać
Lenę pieprznął samochód trzy minuty po piętnastej, pamiętam, bo spojrzałem mimowolnie na zegarek, który dostałem na komunię od dziadka. Matka kiedyś szepnęła, że dziadek bawi się w pedofilię, że ona coś o tym wie, ale ja niestety nigdy nie pobawiłem się z nim w „chowanego” lub „jest miś – nie ma misia”. A, szkoda. I znowu odchodzę od Leny, i nigdy nie dowiecie się jak pięknie potrafią milczeć te sucze, zwane kobietami.
Zabawię się w sprawozdawcę. W ciągu minut trzech przyjechała karetka, która przypominała migającą ciężarówkę "na spalonych Żydów", ale nikogo zbytnio nie zdziwiła, oprócz mnie. I właśnie ona - stojąca, sprawiła, że ruszyłem się z miejsca i podszedłem bliżej, by po-dotykać świateł pani Karetki. Zabawna była, szarobiała. Powiedziałbym... uśmiechnięta popielato. Mało pedantyczna.
Kurwa. Mucha usiadła mi na nosie, czy to jest przypadkiem fair? Czyżby mój nochal był przypadkiem zanieczyszczony i zupełnie przypadkowo stworzył idealne środowisko życia dla wszelkich much? Ale jazda! Byłaby, a jakże.
A więc zafascynowany światłami, czyli oczami brum-bruma, nie zauważyłem, w którym momencie zgarnęli Lenę z jezdni, ale domniemam, że nie musieli jej zeskrobywać. Stuknąć, nie znaczy przejechać, pamiętajcie! Memoria tene, dear Watson! Poszedłem spacerkiem do szpitala i głupio patrzyłem minut z dwadzieścia na tablicę szpitalną. Odrzuciłem zdecydowanie ginekologię i położnictwo. OIOM? Hm... pediatria? Raczej nie. Znając polskie szpitale, izba przyjęć. Z tą dominującą myślą chciałem przedrzeć się niezauważony, ale widać jestem słynniejszy od Wojewódzkiego, bo skapnęli się szybciej niż zdołałem zrobić krok w bok.
- Czy szuka pan kogoś konkretnego? - zapytała kobieta w białym fartuchu pospolitej kucharki. Pewnie myślała, że jest zajebiście miła. Może i była, ale ja nie.
- Ekhm. Do mnie mówisz? - spłoszyłem ją tym pytaniem.
- Nooo, tak. Do PANA.
- Ale jak ty masz na imię? - spytałem lekceważąco, ale po chwili, trzepnięty „młotkiem taktu”, zrozumiałem, że może mi pomóc – ekhm... przepraszam, siostro. Mogłabyś udzielić mi informacji, gdzie leży ta rudowłosa dziewczyna, którą pierdyknął samochód i przed chwilą została zgarnięta przez białą ciężarówkę?
- Lena? A kim pan jest dla niej?
- Jestem księdzem i przyszedłem udzielić jej ostatniego sakramentu.
- Księdzem, tak? Bez sutanny?
- Eee, sutanna... przereklamowane. Jestem protestanckim księdzem – uśmiechnąłem się szelmowsko, mimo że według otoczenia byłem brzydki jak jeż bez kolców i pozbawiony charyzmy.
- A, rozumiem... - co za tępa gazela, pomyślałem.
Później wytłumaczyłem jej delikatnie, że to ironia i że tak naprawdę, chciałbym się z nią zobaczyć, bo jestem jej chłopakiem. Nad wyraz gładko przeszło mi to przez gardło i byłem z siebie dość dumny. Zdziwiła się tylko, że Lena ma dwóch chłopaków, ale bez oporu podała mi numer sali, w której obecnie leżała dziewczyna. Zanim doszedłem tam, gdzie dojść miałem, przespacerowałem się po wszystkich piętrach, obserwując sale jak wystawy w centrach handlowych. Ich widok jakoś mnie przepełniał i doprowadzał do erekcji. No, ok, nieco przedobrzyłem, ale w każdym bądź razie już wiecie, jak te niby-chorujące mordeczki mnie podniecały, ach ach. Nie chciałem krzyczeć, że to wszystko leży w ich posranej psychice, więc olawszy całą kwestię, nuciłem sobie pod nosem „Georgia on my mind”. W rezultacie pierwszej nocy nie udało mi się wejść do Leny, dotknąć jej policzka lub opowiedzieć czegokolwiek. Siedziałem na dupie w korytarzu i nasycałem się zdaniami wymienianymi przez lekarzy i ojca rudej. Matka nie przyszła ani razu, więc albo umarła, albo była słynną aktorką i nie miała czasu, albo miała Alzheimera i szybko zapominała o biedzie, w jaką wpadła córa. Nikt szczególnie nie zwracał na mnie uwagi i raz tylko, zapytany kimże jestem, odpowiedziałem, że kolegą ze szkoły. Nawet boyfriend Leny mnie nie rozpoznał. Dowiedziałem się, że grzebali trochę w czaszce, trochę jelita wkładali na miejsce, trochę nastawiali kość przedramienną. I całkiem trochę nie mogli wybudzić jej ze śpiączki. Czekałem cierpliwie trzy dni. Boy, na którego wołano Tomasz, dosyć szybko przestał przychodzić, a dokładnie drugiego dnia przyszedł z jakąś blondyną i szeptał jej nerwowo „No, nie denerwuj się, muszę się z nią jakoś pożegnać, tak?”. Skazałem go szybko na potępienie, dając zaledwie dwadzieścia lat plugawego życia, niech ma i sobie poużywa.
Trzeciego dnia wszedłem kozacko do pokoju Leny. Było w nim jakoś dziwnie i mrocznie. Za ciemno i za biało. Całą atmosferę pokoju pogłębiała cicha obecność rudej, której blade policzki błyszczały w cieniu wszelkiej aparatury. Podszedłem bliżej i przysiadłem na skraju łózka. To chore, ale nigdy w życiu nie trzymałem dłoni dziewczyny w swojej dłoni. Stwierdziłem, że to kolejna „przereklamowana sprawa” i wszyscy robią wokół niej wielkie halo. Z drugiej strony czułem się tak, jakbym coś Lenie skradł. Długo przyglądałem się jej twarzy. Miała bardzo jasne, krótkie rzęsy i zadarty, szczupły nos. Piegi zabawnie w cieniu tańczyły po jej twarzy. Postanowiłem poczytać jej Tennyson'a, którego zawsze nosiłem w torbie.
Sunset and evening star,
And one clear call for me!
And may there be no moaning of the bar,
When I put out to sea,
But such a tide as moving seems asleep,
Too full for sound and foam,
When that which drew from out the boundless deep
Turns again home.
- Kurwa, nie śpij – poirytowałem się, że jednak była kolejną osobą, która miała mnie w dupie i trzasnąłem tomikiem w jakiś monitorek, który był zdecydowanie „na fali” i to nie na jednej. Jeszcze bardziej wkurzyło mnie to, że tak potraktowałem książkę i że ta miłość może okazać się czystą abstrakcją. Zabrałem wtedy tomik i kiedy miałem wychodzić, nachyliłem się nad uchem Leny, śmierdzącej lekami i wyszeptałem:
- Nikomu tego nie mówiłem, ale wzruszam się, gdy oglądam komedie z Louisem de Funesem.
Ocena: 5
Liczba komentarzy: 3
Data dodania: 01.09.2010r.
Statystyki: Wiersze: 7853 | Artykuły: 264 | Recenzje: 234 | Proza: 1645 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46575 | Użytkownicy: 3566
Online(20): 13 gości i 7 zarejestrowanych:
Salem_de_Lincourt, Dawied, Fał, Pawlak, Wojtex81, Ell003, zawsze