Pseudonim: folk_queen
O sobie: Ekscentryczna, cyniczna, ironiczna i wredna
Napisanych prac:
- wiersze: 1
- proza: 3
- publicystyka: 1

Średnia ocen: 4.4
Użytkownik uzyskał: 31 komentarzy

Najlepiej oceniane prace:
"Zakazana miłość (w mojej..." 08.02.2009
"Dostrzec piękno" 19.02.2009
"Czekolada" 08.02.2009
"Strach" 08.02.2009
"Z wizyta u kolegi, czyli..." 19.02.2009

Inne prace tego autora:
"Czekolada" 08.02.2009
"Strach" 08.02.2009
"Z wizyta u kolegi, czyli..." 19.02.2009
"Dostrzec piękno" 19.02.2009
"Zakazana miłość (w mojej..." 08.02.2009


Najnowsza proza (wszystkie):
"Buntownik" - mistylady
"Uderzyłam go... cz.1" - Pokoras
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"Raz, dwa, trzy - Baćka..." - Edward Horsztyński
"Przygody, dnia jednego,..." - Falcor
"Trójblondowe piwo" - ArcturV
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"O tym, jak powstały..." - nic
"Przed siebie" - Unwritten96
"List do K. cz. III" - Nieważne

Zakazana miłość (w mojej wersji HP)

To, co oni teraz wyprawiają przechodzi ludzkie pojęcie. Nawet profesor Trelawney w przypływie dobrego humoru nie przewidziałaby dla mnie takiego pecha. Wczoraj wreszcie znalazłam sobie partnera na bal bożonarodzeniowy. Ernie Macmillan, tak, ten starszy, wyższy i niesamowicie przystojny Ernie Macmillan podszedł do mnie dzisiaj po zaklęciach i zaprosił na bal. Powiedział, że tyle z tym zwlekał, bo, bo był przekonany, że idę z … Harrym. Nie mam pojęcia skąd mu się to wzięło. Ale nieważne. Wszystko byłoby cudowne gdyby nie Fred i George. Przez ostatnie tygodnie opracowywali nowe smaki cukierków z Bombonierek Lesera. I testują je na innych uczniach. Co gorsza ostatnim naiwnym okazał się właśnie "mój" Ernie. Dał się wciągnąć w sprawdzianie skuteczności Wysypki Waniliowej. Naprawdę, nie wiem, co mu odbiło, żeby dać się w to wciągnąć… Grunt, że leży właśnie w skrzydle szpitalnym cały w jakiejś dziwnej maści. I poleży tak jeszcze do stycznia. Bo bliźniacy nie wynaleźli jeszcze antidotum. Żebyście słyszeli ich tłumaczenie! Kiedy z przerażoną Padmą Patil prowadziłyśmy go do skrzydła, chłopaki wołali za nim, żeby pamiętał, że w przyszłości to wszystko zaowocuje i że to dla dobra wszystkich uczniów. Mają tupet, nie ma co. Super. W sobotę Fred, George i Lee będą mięli świetny temat do żartów. Ginny na balu bez partnera! Ha, ha, ha. No, chyba, że ktoś mnie jeszcze zaprosi… No cóż- szczerze w to wątpię. Jejku, żeby chociaż Lee się nie śmiał! Fred i George… co mi tam, do ich drwin już dawno przywykłam. Ale Lee… to Lee. Cóż, szczerze mówiąc, miałam złudną nadzieję, że to on mnie zaprosi. Czasami, kiedy rozmawiałam z nim zdarzało mu się nagle milknąć. Otwierał wtedy usta, jak gdyby chciał coś powiedzieć, ale nigdy nic nie mówił i zazwyczaj wracał wtedy do poprzedniego tematu. Myślałam, że może chce mnie zaprosić… Ech, szkoda gadać. Mam syndrom zakochanej dziewczyny… Przecież ja nie mam u niego żadnych szans. Wszyscy wiedzą o jego odwiecznej sympatii do Angeliny Johnson. Poza tym, to najlepszy przyjaciel moich braci. Oni by mnie chyba zabili gdyby wiedzieli, że w ogóle myślę o nim w tych kategoriach. Kiedy jakieś pół godziny później opowiedziałam o wszystkim Hermionie, ta od razu zaczęła mnie pocieszać. - Nie przejmuj się Fredem i Georgem. Co oni mogą wiedzieć? Sami zaprosili Parvati i Padmę Patil – zaśmiała się. - Są dwa razy wyżsi od swoich partnerek, które też są bliźniaczkami. Wyobrażasz ich sobie razem? – uśmiechnęła się pokrzepiająco. – Poza tym jest duża szansa, że ktoś cię jeszcze zaprosi. Bal dopiero za dwa dni. - A … Lee? – spytałam tak cicho, że sama praktycznie nie słyszałam swojego głosu. - Co Lee? – Hermiona najwyraźniej nic z tego nie rozumiała. - No czy on ma jakąś… partnerkę? – słowo "dziewczyna" nie chciało mi przejść przez gardło. Hermioną od razu zrozumiała, w czym rzecz, ale minę miała nietęgą. - Wiesz, ja słyszałam, ale to nie musi być prawda, że zaprosił Alicję Spinnet. – wydawała się tym faktem naprawdę zasmucona. - Aha – siliłam się na obojętny ton, ale, prawdę mówiąc, chciało mi się płakać. Hermiona wyczuła to i czym prędzej zmieniła temat. - A wiesz może, z kim idzie Ron? – zagaiła z tajemniczym uśmiechem na twarzy. - Nie mam pojęcia, ale chętnie się dowiem. - Zaprosił Hannę Abott, ale była już zajęta, ona idzie z Deanem. Teraz wybiera się z Lavender Brown. Żebyś widziała, jak ona się do niego klei! Nie no, to był już szczyt głupoty. Przecież Lavender będzie się kleiła do każdego, kto da jej ku temu sposobność! Kiedy się już wyśmiałyśmy, zapytałam: - Kiedy przyjeżdża Wiktor? Ale Hermiona nic nie odpowiedziała, bo usłyszałyśmy głos profesor McGonagall i po chwili opiekunka Gryffindoru wprowadziła zza portretu nikogo innego, jak taszczącego torbę podróżną Bułgara. Trzeba powiedzieć, że Wiktor wyprzystojniał przez wakacje. Hermiona z szerokim uśmiechem na twarzy rzuciła mu się w ramiona, a ja speszona wróciłam do dormitorium. To wszystko przez Freda i Georga. Gdyby nie ich żarty, życie byłoby takie piękne. A oni stale muszą mnie ośmieszać! Nikt się teraz mną nie interesuje, praktycznie rzecz biorąc. No, poza Erniem, ale jego historia, to seria niefortunnych zdarzeń. Widocznie nie jest mi pisany. No, i poza Michaelem. Ale on i Dean się nie liczą, z wiadomych powodów. Po odrobieniu pracy domowej na eliksiry i historię magii, postanowiłam wyjść na błonia, nad jezioro. Miałam nadzieję, że spotkam tam kogoś znajomego, bo przez szaleństwo balu czułam się ostatnio dość samotna. Ubrałam się ciepło, zabrałam nieprzemakalny koc i ruszyłam ku wyjściu z zamku. Na dworze było pięknie. Chociaż słońce kryło się za zasłoną chmur było dość ciepło. Wszędzie było pełno śniegu, jeszcze świeżego, który miło skrzypiał pod stopami. Poza mną na dworze nie było nikogo, każdy wolał siedzieć w przytulnym pokoju wspólnym, gdzie docierało ciepło kominka. Powoli doszłam do brzegu jeziora i przez chwilę napawałam się widokiem jego skutej lodem tafli. Zdawało się, że jest martwe, a przecież pod powierzchnią pływało zapewne tysiące ryb i innych morskich stworzeń. Po chwili rozłożyłam koc i rozsiadłam się na nim. Było mi tak przyjemnie… Pogrążona czymś pomiędzy snem a normalnym funkcjonowaniem, myślałam sobie o wszystkim i o niczym, gdy z otchłani wyobraźni wyrwał mnie znajomy głos, który tak bardzo chciałam usłyszeć. - Cześć! – odwróciłam się i zobaczyłam uśmiechniętego od ucha do ucha Lee, idącego w moim kierunku. Poczułam znajome ukłucie w okolicach żołądka. - Hej – odpowiedziałam również się uśmiechając. - Mogę? – spytał, wskazując na wolny brzeg koca. - Jasne – odsunęłam się trochę, żeby miał więcej miejsca. I, żeby nie prowokować niezręcznych sytuacji. Siedzieliśmy chwilę w peszącym milczeniu. - Ginny… idziesz na bal? – na te słowa zalała mnie fala gorąca, a serce przyspieszyło co najmniej dwa razy. Jednak chwilę potem wszystko wróciło do normy, ponieważ doszłam do wniosku, że to jest zbyt piękne, by mogło być prawdziwe. - Idę, a czemu pytasz? – wyraźnie zawstydziłam go swoim pytaniem. - A nic, tak sobie… - A ty? - Co… - wyraźnie wyrwałam go z zamyślenia – Tak, tak, idę… Znowu zapadła niezręczna cisza. - Słyszałem, że Wiktor przyjeżdża do Hermiony. – widocznie Lee również nie potrafił znieść tej niezręczności, która nagle zapanowała. - Już przyjechał. Będzie spał w dormitorium Harrego. Podobno. - Aha. Fajnie. – zdawało się, że chce coś dodać, ale widocznie skapitulował. Siedzieliśmy tak, nie mam pojęcia ile czasu upłynęło, od kiedy Lee przyszedł. Nie odzywaliśmy się do siebie, nie ruszaliśmy się, po prostu siedzieliśmy wsłuchani w dźwięki zamku i natury. I wpatrzeni w piękny krajobraz. Z nerwów nawet nie było mi zimno, a przecież taki ze mnie zmarzluch… Przerwał nam dopiero tupot nóg za plecami i czyjeś śmiechy. Odwróciliśmy się, jak na komendę, przez co zderzyliśmy się głowami. Uśmiechnęłam się niepewnie i potarłam czoło. To był najprzyjemniejszy siniak w moim życiu. - No, stary, tu jesteś, wszędzie cię szukaliśmy. – zaczął zadyszany George. Błagam, nie komentuj, błagam, nie komentuj, błagam nie komen… - Czemu marnotrawisz cenny czas z naszą siostrą? – dodało Fred. Wszystko się we mnie zagotowało. Nienawidzę takich sytuacji. Kiedyś się na nich za to zemszczę. Choćby na balu. - Ja bym tego nie nazwał marnotrawieniem – odpowiedział, spoglądając na mnie przelotnie. - Całkiem pomieszało ci się w głowie. – stwierdził George. - Nie wydaje mi się. – moja wdzięczność, a tym samym zauroczenie rosło w zabójczym tempie. On mnie broni! W pewnym sensie. Fred i George spojrzeli po sobie, wyraźnie powstrzymując śmiech. - Nieważne. Chodź, stary, mamy Opuchliznę Bakaliową. Trzeba ją przetestować. Nie mówcie nic o Erniem, nie mówcie nic o Erniem, nie mówcie nic o Ern… - Może ktoś skończy tak, jak były- dobrze mówię Ginny?- partner naszej siostry na bal. Podobno pani Pomfrey była tak zdesperowana, że musiała deportować się do Świętego Munga po jakąś maść… Zrobiłam się cała czerwona i miałam ochotę zamordować ich obu, i Freda i Georga. - Znowu nie macie antidotum? – spytał Lee. Najwyraźniej nie był to pierwszy przypadek. - Cóż, najpierw musimy być pewni, czy to działa, po co wynajdywać antidotum do niedziałającego "Dowcipu"? Westchnęłam. To cali bliźniacy. - Ginny, pozwolisz, że już pójdę? - Nie no, jeszcze pyta się o pozwolenie, odbiło mu całkiem, jak mamę kocham… - Raczej, jak się mamy boisz, George. Do zobaczenia, Lee. - Cześć! Posiedziałam jeszcze chwilę nad jeziorem, ale bez Lee było nudno i, no cóż, zimno, więc złożyłam koc i ruszyłam z powrotem do zamku. Było już ciemno. Szłam najszybciej, jak mogłam, bo zmarzłam na kość. Kiedy już znalazłam się w ciepłym zamku, zrobiło mi się lepiej. Pokój wspólny był już opustoszały, poza kilkoma osobami, które usiłowały się zmusić do nauki oraz Fredem, Georgem i Lee, którzy próbowali zachęcić pierwszaków do spróbowania najnowszego cukierka. Oni chyba nigdy się nie zmienią. Chociaż zachowanie Lee w żadnym stopniu mi nie przeszkadza. Lee spojrzał na mnie, uśmiechnęłam się do niego, od odwzajemnił uśmiech, po czym odwrócił się do chłopaków, a ja położyłam się spać. Następnego dnia nie było lekcji, ponieważ cały dzień opierał się na przygotowaniach do balu, który miał się odbyć nazajutrz. Dlatego też spałam wyjątkowo długo, a gdy się obudziłam dormitorium było już puste. Szykowałam się powoli, śniadanie w Wielkiej Sali miało się odbyć o 10:00. Kiedy już właściwie gotowa do wyjścia szczotkowałam po raz setny włosy, do mojego dormitorium wbiegła Hermiona. Była czerwona na twarzy, ale bynajmniej nie ze zmęczenia. - Ginny, on jest cudowny! – powiedziała, siadając na brzegu mojego łóżka. – Żałuj, że nie widziałaś miny Pansy Parkinson, kiedy zobaczyła nas razem. Od razu czepiła się ramienia Malfoya, który z miną pokutnika doholował ją do stołu Ślizgonów, po czym zwiał, ile sił w nogach. Roześmiałam się, ponieważ wizja Malfoya uciekającego przed Pansy naprawdę mnie ubawiła. - Chodźmy na śniadanie. – zaproponowała Hermiona, a ja posłusznie wstałam, poprawiłam szatę i wyszłam za nią do pokoju wspólnego, w którym kilku maruderów zwlekało z wyjściem na śniadanie. Kiedy już doszłyśmy do Wielkiej Sali, Hermiona zauważyła Wiktora i przywołała go do nas ruchem ręki. Ten chętnie wyrwał się ze szponów Luny Lovegood i wyprostowany podszedł do nas. - Wiktor, pamiętasz Ginny? Przedstawiałam ci ją dwa lata temu, na balu. - Tak, pamiętam. To siostra twojego przyjaciela, prawda? - Tak. – spojrzałam na Bułgara i uśmiechnęłam się do niego. - Cześć! Co słychać w Bułgarii? - Nic ciekawego. Trener ogranicza nas, jak się da. Cieszę się, że mogłem tu przyjechać. Nie dość, że swoboda, to jeszcze Hermiona u boku. – powiedział, przyciągając moją przyjaciółkę do siebie. - No nic, zostawiam was samych. Jestem strasznie głodna. Miło było znowu cię zobaczyć, Wiktor. – rzuciłam na odchodnym i puściłam oczko do Hermiony. Dosiadłam się do Luny i Nevilla, którzy całkowicie zajęci byli rozmową. Postanowiłam, że nie będę im przerywać i zajęłam się swoimi naleśnikami. Z dżemem, pycha. Siedziałam tak i jadłam, aż obok mnie usiedli Fred, George i Lee. Oczywiście ze skrępowania musiałam ubrudzić się nadzieniem, ale to już mnie nie dziwi. - Ginny, do czego cię przydzielili?- spytał Fred. Każdy miał robić co innego, w taki, czy inny sposób przygotowując szkołę do jutrzejszego balu. - Jeszcze nie wiem. A was? - My też jeszcze się nie pytaliśmy. Rozmowa się urwała, bo chłopaki nakładali sobie na talerze tyle jedzenia, ile ja zjadłabym przy pomyślnych wiatrach w cały dzień. Przyglądałam się im przez chwilę, jednak zaraz mi się to znudziło i wstałam od stołu. Oni, pochłonięci jedzeniem, nawet nie zwrócili na to uwagi. No, może Lee zwrócił, bo spojrzał mi krótko w oczy i wrócił do posiłku. Poszłam do profesor McGonagall w sprawie dekoracji. Okazało się, że podobierali nas w piątki, każda grupa miała przydzielone określone zadanie. Ja, razem z Colinem Creeveyem, Katie Bell, Lavender Brown i Lee miałam zająć się dekoracją pokoju wspólnego. Fred I George mięli zająć się Salą Wejściową razem z kilkoma Krukonami. Nawet ucieszył mnie taki obrót spraw. Czym prędzej wróciłam do pokoju wspólnego, wspólnego którym nie było już nikogo i czekałam na resztę grupy. Po chwili pojawił się Colin, później Katie, Lavender i wreszcie Lee. Ustaliliśmy, co, gdzie i jak ma być dekorowane i wszyscy zabraliśmy się do pracy. Ja i Lee dziwnym trafem pracowaliśmy razem nad ścianami, Lavender kombinowała coś z sufitem, Katie ozdabiała kominek i fotele, a Colin upiększał podłogę i kominek. Chcieliśmy się jak najszybciej z tym uwinąć, żeby było więcej wolnego czasu, więc pracowaliśmy bardzo szybko. - Co myślisz o tym gobelinie? – spytał nagle Lee, wskazując na skończoną przed chwilą ozdobę. Przedstawiała renifera, w tle był śnieżny krajobraz. - Mnie się podoba. - A jak tam przygotowania do balu? – zagaił pomiędzy zaklęciami. - Tak samo jak wczoraj. Mój "partner" nadal leży w skrzydle szpitalnym. - Byliśmy o niego dopiero co z Fredem i Georgem. Czuje się lepiej. - Cieszę się, ale do jutra na pewno go nie wypuszczą. - W takim razie, przepraszam w imieniu twoich braci. Będziesz tak łaskawa i wybaczysz mi? – żartował. - No nie wiem. – udawałam zastanowienie. – Skoro tak prosisz… Wymieniliśmy spojrzenia i uśmiechy. Dalsza część pracy była jeszcze przyjemniejsza, bo ciągle rozmawialiśmy. O domu, szkole, nauczycielach, książkach… wszystkim. I naprawdę dobrze nam się gadało. Kiedy już wszystko było skończone, a pokój wspólny lśnił barwami Gryffindoru, postanowiłam odwiedzić Erniego w szpitalu. Powiedziałam o tym Lee, a on, chociaż nie wydawał się być zachwycony, powiedział, że poszuka bliźniaków. Kiedy weszłam do skrzydła szpitalnego uderzył mnie zapach maści Erniego. Wcześniej nie był tak intensywny. Sam Ernie siedział na łóżku i studiował jakąś książkę. - Hej! – przywitał się – Miałem nadzieję, że przyjdziesz. - Cześć. Lepiej się czujesz? - Tak, dużo lepiej, dzięki tej maści. - To dobrze. Ginny, przepraszam, że przeze mnie nie masz partnera na bal… Mam nadzieję, nie zrozum mnie źle, że jeszcze ktoś cię zaprosi. - Tak. Grunt, żebyś wyzdrowiał. Rozmowa jakoś nam się nie kleiła, więc wyszłam stamtąd i poszłam na obiad. Była już piętnasta. Po zjedzeniu posiłku okazało się, że skoro już skończyłam pracę nad pokojem wspólnym, mam jeszcze pomóc w Wielkiej Sali Niechętnie, ale zabrałam się do pracy. W pewnym momencie podszedł do mnie Terry Boot. - Cześć. - Hej. Co tam? - Bo wiesz, ja tak się zastanawiałem… Może poszłabyś ze mną na bal jutro? – przeczesał palcami lśniącą czuprynę. - Chętnie. – uśmiechnęłam się do niego. - Super. To będę na ciebie czekał o 17:30 przy wejściu do Wielkiej Sali, dobrze? - Jasne. Nie mogę się już doczekać… - … spotkania z Lee – dokończyłam w myślach. Gdy wreszcie wszystko było udekorowane i zjedliśmy kolację, powlokłam się do dormitorium. Zastanawiałam się, gdzie jest Hermiona. Okazało się, że czeka na mnie w Pokoju Wspólnym. Była rozpromieniona. - Zgadnij, co się stało. - Nie mam pojęcia. Jestem wykończona, Hermi. - Wiktor zaprosił mnie do Włoch, mamy tam jechać w wakacje. Super, no nie? - Naprawdę? To świetnie. - Ginny, masz już partnera…? - Tak. Terry Boot mnie dopiero co zaprosił. - Super! Jest teraz taki przystojny! - Nie zapominaj o tym, że masz chłopaka! Po tej krótkiej wymianie zdań wymówiłam się zmęczeniem i poszłam spać. Nie miałam na nic siły. W dzień balu wszystko działo się dwa razy szybciej. Nawet nie zauważyłam, kiedy była trzynasta i trzeba było się szykować na bal. Razem z Hermioną zabrałyśmy nasze rzeczy, włącznie z mugolskimi kosmetykami, do jej dormitorium i rozpoczęłyśmy upiększanie. Hermiona włożyła zieloną suknię do połowy łydki z rozkloszowaną spódnicą. Włosy rozpuściła i wpięła w nie kwiat orchidei. W połączeniu z makijażem dawało to powalający efekt. Ja ubrałam się w czarną, powłóczystą sukienkę z białymi koronkowymi wstawkami. Włożyłam też czarne rzymianki na szpilce. Włosy upięłam w kok, który ozdobiłam spinką. Pomalowałam się (no dobra, Hermiona mnie pomalowała) bardzo naturalnie. Tym sposobem na samych przygotowaniach zeszło nam do siedemnastej, trzeba było więc zaraz wychodzić. Po drodze do Wielkiej Sali spotkałyśmy kilka znajomych dziewczyn z innych domów, z którymi trochę poplotkowałyśmy, po czym razem udałyśmy się na bal. Nasi partnerzy już na nas czekali. Wiktor oczywiście prezentował się spośród nich najlepiej w ciemnogranatowym garniturze. Wyglądał niesamowicie. Terry prezentował się niewiele gorzej w czarnym smokingu. Przywitałyśmy się z naszymi partnerami i ruszyliśmy do Wielkiej Sali, gdzie zabrało się już sporo uczniów. Pansy uczepiła się jak zwykle Malfoya, Fred i George stali niezadowoleni z równie niezadowolonymi Parvati i Padmą Patil. Hanna Abott rozmawiała o czymś z Deanem Thomasem, a Angelina Johnson siedziała przy stoliku z Rowerem Daviesem. Lavender kleiła się do Rona, Harry dyskutował z Katie Bell, która była jego partnerką, a Lee… cóż, Lee śmiał się z czegoś, co powiedziała Alice Spinett. Super. Kilkanaście minut później, gdy zebrali się już wszyscy, muzyka zaczęła grać i na parkiet wkroczyły wszystkie pary. Trzeba przyznać, że Terry jest znakomitym tancerzem. Naprawdę dobrze mi się z nim tańczyło. Zwłaszcza, że Lee, nie ukrywajmy, nie spuszczał z nas wzroku. Kilka razy wymieniałyśmy się z Hermioną partnerami. Wiktor również świetnie prowadził. Terry i Wiktor w pewnym momencie zaproponowali odpoczynek i poszli razem po coś do picia. Razem z Hermioną zamierzałyśmy siąść przy którymś z wolnych stolików, ale nim do któregoś doszłyśmy, dogonił nas Lee. - Ginny, mogę cię prosić…? Hermiona dała mi kuksańca w bok i puściła do mnie oczko. Jak zwykle w jego obecności poczułam w brzuchu dziwne uczucie, ale tym razem czułam też szczęście. - Jasne. Lee chwycił moją rękę i poprowadził na parkiet. Gdy położył rękę na mojej talii, a drugą nadal trzymał mają dłoń, zalała mnie fala gorąca. Jak to się działo, że on tak na mnie działał? Kiedy zaczęliśmy tańczyć, czułam, jakbym znalazła się w innym świecie, innej rzeczywistości. Jakby nasze splecione ręce odgradzały nas od reszty świata. Nie wiem, jak długo tańczyliśmy, grunt, że Terry wirował po parkiecie z Alice Spinett i za nic miał to, że jej partnerem był Lee. Po kilku, a może kilkunastu piosenkach Lee zaproponował, żebyśmy wyszli na dwór. Chętnie się zgodziłam. Opuściliśmy Wielką Salę odprowadzani kilkoma spojrzeniami, spojrzeniami tym Freda i Georga, ale teraz już nic się nie liczyło. Lee wyprowadził mnie na błonia, siedliśmy na ławce. Było pewnie z minus dziesięć stopni, więc zadrżałam z zimna. Lee zauważył to i dał mi swoją marynarkę, czy jak to się tam nazywa w smokingu. Siedzieliśmy tak chwilę i Lee chwycił mnie za dłoń. - Ginny… - Hmm? – spytałam. Już wiem, na czym polega pełnia szczęścia, myślałam. - Wiesz, ja… ja chciałem zaprosić cię na ten bal… ale wiesz, Fred i George… - chyba czekał na moją odpowiedź, ale zawzięcie milczałam, więc kontynuował. - Ale dzisiaj zrozumiałem, no wiesz, na balu, że oni nie mają nic do tego. I dlatego w końcu zdecydowałem się poprosić cię do tańca. – uśmiechnął się, ja również, aczkolwiek słabo. - Ginny… Nie wiem, jak to powiedzieć… Raczej romantyk ze mnie żaden, więc nie miej mi za złe użycie nieodpowiednich słów, jeżeli takich użyję… Ginny… Ja chciałabym budzić się i kłaść się spać z myślą, że żaden Ernie Macmillan ani inny Terry Boot tego świata, nie będzie dla mnie konkurencją w walce o twoje względy. Chciałbym, żebyś myślała tylko o mnie. Chciałbym… chciałbym być tylko twój. – pogładził moją dłoń i po plecach przebiegły mi ciarki. Przyjemne ciarki. – Zależy mi na tobie. Może nie umiem tego wyrazić, ale tak jest. Słowami się nie da tego wyrazić. - A… - zaczęłam nieśmiało - … a Angelina? I Alice? - A co one mają do tego? - No… zawsze mówiłeś, że tak podoba ci się Angelina, a Alice zaprosiłeś na bal… - Głuptasie, Alice zaprosiłem tylko dlatego, że nie potrafiłem się zdobyć na zaproszenie ciebie, a to był jedyny sposób na bycie na balu. Mieć partnera. A Angelina to zamierzchła przeszłość. Naprawdę. Zdobyłam się na akt odwagi i pogłaskałam go po policzku. Spojrzeliśmy sobie w oczy. Więcej słów nie było trzeba. Zobaczyłam jedynie błysk w jego oku, gdy ujął moją głowę w dłonie i pocałował namiętnie, wysyłając do krainy zapomnienia.



        Dedykacja: Dla Leslie Stone, byłej dyrektorki wirtualnej szkoły magii - Akademii Magii Avalon, która odmieniła moje życie.

Płeć: nieznana
Ocena: 5
Liczba komentarzy: 3    
Data dodania: 08.02.2009r.

1     

Astralka Użytkownik wpmt 19 10 2009 (23:25:03)

Użytkownik ocenił pracę na 5

Przypominają mi się właśnie czasy, kiedy bawiłam się w uczęszczanie do szkoły magii hpschool...:) wtedy jeszcze na wszystko miałam czas;) No ale nie o tym chciałam. Opowiadanie naprawdę w porządku, a że ja dosyć dawno nie czytałam nic z nawiązaniem do 'tamtego' świata Hogwartu, to odbieram to jeszcze pozytywniej. No i przecież tak pięknie, pozytywnie się kończy..to podstawa;)

ana13 Użytkownik 08 02 2009 (19:20:13)

Użytkownik ocenił pracę na 5

Bardzo mi się podoba. Dialog jak najbardziej naturalny. Bohaterowie są ciekawie przedstawieni. Daję ci spokojnie 5.

skandalistka Użytkownik WPMT 08 02 2009 (19:05:28)

Użytkownik ocenił pracę na 5

W pewnych momentach dialogi kuleją, a treść staje się nuda i strasznie się ciągnie. Parę drobnych literówek, ale ogólnie forma poprawna. Treść jest ciekawa, dobry pomysł. ;) Troszkę naciągane 5, bo włożyłaś w to masę pracy. ;)


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9701 | Proza: 2330 | Publicystyka: 721 | Komentarze: 68314 | Użytkownicy: 12452
Online(6): 6 gości i 0 zarejestrowanych: