warto go przeczytać
\"I have kissed honey lips
Felt the healing in her fingertips
It burned like fire
This burning desire...\"
Lubiłam poranki. Szczególnie takie, kiedy mogłam od kogoś uciec. To był ten rodzaj adrenaliny, który kochałam ponad wszystko – na tyle niebezpieczny, żeby mnie podkręcić, ale nie na tyle, żebym dostawała zawału z powodu byle szmeru. Otwarłam oczy z radosnymi myślami i planami, chciałam odwiedzić ulubiony antykwariat i knajpkę na przedmieściach, gdzie kiedyś przesiadywałam z uroczym afroamerykaninem. Jednak kiedy rozejrzałam się po pokoju, cały mój entuzjazm minął. Nie spał. Co gorsza – nie było go nawet w pokoju. Nastawiłam uszu w nadziei, że gdzieś wyszedł. Wtedy mogłabym cichutko wymknąć się tylnymi drzwiami. Niestety odgłosy krzątania dochodziły z pokoju obok. Jęknęłam w poduszkę. Ktoś zapukał do drzwi. Asekuracyjnie zakryłam co ważniejsze kołdrą, choć nie było szans, żeby ktokolwiek zobaczył mnie z progu. Usłyszałam jak wymienił krótkie „dziękuję” z nieznajomym dla mnie człowiekiem. Po chwili wszedł do pokoju z tacą pełną jedzenia. Widząc, że się obudziłam, uśmiechnął się połową ust. Zamrugałam zaskoczona. Nie poznawałam człowieka, którego widziałam przed sobą. „Czyżby ten wyjazd do Argentyny go zmienił?” Podkuliłam nogi, żeby mógł postawić srebro na łóżku. Pocałował mnie w czoło i usiadł naprzeciw. Dwa talerze z omletami, tostami i ciastkiem, obok stały szklanki z różnokolorowymi sokami.
- Dzień dobry. Nie wiedziałem, który sok najbardziej lubisz, więc zamówiłem wszystkie – gdy się postarał, potrafił być słodki. Przeszła mi ochota na wyjście bez pożegnania. Wrodzony instynkt jednak krzyczał wniebogłosy, ostrzegając przed pułapką. Dobrze wiedziałam, że coś knuje, inaczej by się tak nie wysilał. Popatrzył na mnie z oczekiwaniem – jego oczy płonęły niebieskim światłem. Wzięłam jeden tost i odgryzłam kawałeczek. Moje ciało było rozleniwione i odprężone, nie potrzebowało jeszcze jedzenia.
\"I have spoke with the tongue of angels
I have held the hand of a devil
It was warm in the night
I was cold as a stone
But I still haven\'t found
what I\'m looking for...\"
- Dziękuję. To miło z twojej strony. Wyrzucisz mnie przed czy po deserze? – zapytałam mimochodem, zerkając na niego. Roześmiał się i upił łyk kawy.
- Przecież cie znam, nie robisz niczego miłego bez własnych korzyści. To wbrew twojej naturze – sięgnęłam po szklankę z czerwoną zawartością. Liczyłam na coś grejpfrutowego, ewentualnie malinowego. Zmarszczyłam nos, czując smak truskawek.
- Przestań. Po prostu ciesz się porankiem – zbył mnie, ale nie zamierzałam odstąpić. Wiedziałam, że coś jest nie tak. Rozejrzałam się za moją torbą, gdzie schowany był rewolwer z tłumikiem. Obliczałam, jakie mam szansę, żeby tam dobiec, założyć wytłumiacz i strzelić mu w głowę. Moje szansę nie prezentowały się świetlanie, ale wszystko było do zrobienia. Jednak szkoda byłoby stracić taki nabytek. Był naprawdę niezły w łóżkowe klocki.
- Nie myśl tyle, kochanie, bo jeszcze dojdę do wniosku, że chcesz mnie zabić – pocałował mnie. Widząc moje zdziwienie znów się roześmiał. Był o krok do przodu i nie zawaha się tego wykorzystać, żeby mnie ośmieszyć. Miałam dosyć jego gierek. Rzuciłam niedojedzony tost na jeden z talerzy. Nie miałam ochoty na konwenanse, mogłam obrazić najgroźniejszego człowieka na świecie, ale miałam to w nosie. Wstałam, zaczynając zbierać swoje rzeczy. Ubrałam się w kilka chwil. Obserwował mnie z rozbawieniem, kończąc pić kawę. Obcisłe lateksowe spodnie nieznośnie się ubrudziły, kiedy wczoraj uciekałam. Kurtka podarła się na plecach. Znowu musiałam zahaczyć o jakiś druciany płot. Podeszłam do drzwi, ale nie chciały drgnąć. Szarpnęłam mocniej, ale nadal nie zamierzały mi ulec. Zobaczyłam szyfrowy zamek i miałam ochotę jęknąć. Cholerny sukinsyn…
- Wypuść mnie natychmiast! – krzyknęłam. Podszedł leniwym krokiem. Oparł się o framugę z rozbawionym uśmiechem.
- Mówiłaś coś kochanie? – ironiczny ton jego głosu zaczął mnie doprowadzać do szału.
- Czego chcesz? – wyzywająco skrzyżowałam ramiona. Może i byłam na przegranej pozycji, ale nie miałam zamiaru pokazywać mu, że ma nade mną władzę.
- Twojej reputacji, oczywiście. Miałem nadzieję załatwić to delikatnie i spokojnie, ale jeśli chcesz być okrutna proszę bardzo. A zapowiadał się taki uroczy romans – patrzył mi prosto w oczy. Nie było w nim krzty wstydu czy subtelności. A więc to tak – potrzebował mnie, żeby zdobyć zaufanie klientów. W końcu znałam większość osób z tego interesu. Ktoś musiał po mnie wypełnić lukę i liczył, że kilkoma upojnymi nocami zapewni sobie wygrzane miejsce, które po sobie zostawiłam. Pierdolony skurczybyk…
- Nie ma mowy. Przeceniasz się, kochanie – aż mnie świerzbiło, żeby zagrać mu na nerwach. Musiałam ironicznie powiedzieć ostatnie słowo, inaczej trafiłby mnie szlag jasny. Był na to przygotowany i ani myślał kapitulować.
\"Purple haze all in my brain
Lately things just don\'t seem the same
Actin\' funny, but I don\'t know why
\'Scuse me while I kiss the sky...\"
- Cóż, jeśli nie chcesz po dobroci to możemy to załatwić inaczej. Wciąż jednak liczę, że zmienisz zdanie i spędzimy ten czas miło. Zaryzykuję nawet i powiem, że upojnie – ostatnie zdanie niemal wyszeptał do mojego ucha. Nienawidziłam, w jaki sposób oddziaływała na mnie jego bliskość. Przez te lata wypracowałam sobie obojętność wobec płci przeciwnej, ale nadal czułam mrowienie na karku. Miałam ochotę go ugryźć. Boleśnie i bez przyjemności. Wiedziałam, że mnie nie wypuści, a miał dużo czasu w przeciwieństwie do mnie. Wiedziałam, żeby nie pakować się w jego szambo. Teraz zapadłam się po szyję w gównie. „Brawo, mała...” Niemal słyszałam głos Marii, która z satysfakcją skwitowałaby moje poczynania pobłażliwym uśmiechem. Wieki temu była moją najbliższą przyjaciółką. Potem związała się z pewnym Kubańczykiem i teraz uprawia haszysz na wyspach. Tęskniłam za nią…
- Co mam zrobić? – chciałam mieć to jak najszybciej za sobą. Po drodze będę zapewne wypatrywała dróg ucieczki, ale nie mam zamiaru tracić siły na jego gierki. Przecież i tak się wycofałam…
- Wiedziałem, że jesteś grzeczną dziewczynką – pocałował zagłębienie mojego obojczyka, chciwie rysując dłonią linię mojego biodra.
- Wystarczy, że pokręcisz się ze mną na kilku najbliższych imprezach. Niektórzy zobaczą nas razem. Będzie nam słodko. Wyjedziemy do kilku naszych wspólnych znajomych. Może ewentualnie kiedyś za mnie wyjdziesz – odskoczyłam od niego. Pozwalał sobie na zbyt wiele. Roześmiał się, zadowolony ze swojego żartu.
- Byłaby z nas cudowna para, nie sądzisz? Dwójka najskuteczniejszych morderców pochłonięta namiętnością do siebie. Rozkoszny widok, a jakiż demoniczny – przyciągnął mnie do siebie. Z trudem powstrzymałam się, żeby go nie spoliczkować. Miał na mnie olbrzymiego haka. Znał wszystkie moje kryjówki i ludzi, którzy mnie kryli. Mój notes zniknął, chociaż wczoraj był na swoim miejscu. Przeklinałam się w duchu, że lepiej go nie schowałam. Jestem naiwną i nieostrożną idiotką…
- Zapomnij – warknęłam. Jego usta wędrowały leniwie po mojej szyi. Był bezwstydny.
- Może zmienisz zdanie, tak jak przed chwilą. Bardzo na to liczę – czy ja usłyszałam prawdziwe westchnienie? Świat się jednak kończy… Przez chwilę zapomniałam, żeby nie wierzyć w żadne jego słowo. Nienawidziłam go z całego serca, choć jeszcze kilka chwil temu mogłabym powiedzieć o nim parę dobrych słów. Przyparł mnie do muru. Zwabił i okradł. „Mnie!” Większej ironii losu nie słyszałam…
- Zgoda. A teraz pozwolisz, że pójdę po moje rzeczy osobiste – zatrzymało mnie jego ramię. Na jego ustach błąkał się bezczelny uśmiech. Przyglądał mi się, jakbym była towarem, który właśnie kupił i upewniał się, że dobrze ulokował pieniądze.
\"Didn’t I make you feel like you were the only man —yeah!
Didn’t I give you nearly everything that a woman possibly can ?
Honey, you know I did!
And each time I tell myself that I, well I think I’ve had enough,
But I’m gonna show you, baby, that a woman can be tough...\"
- Czy dobry morderca nie nosi domu przy sobie? Pojedziemy razem – zadrwił. Ciekawe jak zamierzał mnie zatrzymać…. Planowałam już brawurową ucieczkę, ale przypomniałam sobie o jednej rzeczy. Dotrze do wszystkich z notesu, zanim zdążę dojechać do pierwszego. I zrobi to równocześnie dla wszystkich. Przeklęłam go w duchu na wieki.
- Mam nadzieję, że nie będę musiał tego użyć. Wszak narzeczeni powinni się kochać – pomachał mi przed nosem kajdankami. Schował je zręcznym ruchem do kieszeni, z której wyciągnął małe pudełko. Klęknął.
- Wyjdziesz za mnie? – zatkało mnie. „Czy on sobie ze mnie żartuje?!” Miałam ochotę go uderzyć prosto w tę arystokratyczną buźkę, ale byłam sparaliżowana. Wywoływał u mnie wiele negatywnych emocji, a przecież byłam bardzo spokojnym człowiekiem. Zazwyczaj… Uśmiechnął się połową ust.
- Jasne, że tak – odpowiedział za mnie. Chciałam zaprotestować, ale zamknął mi usta pocałunkiem. Ugryzłam go, ale tylko się uśmiechnął. Zapomniałam, że kręciły go takie rzeczy – sama sobie kopię grób… Wcisnął mi na palec jakiś ociekający złotem pierścionek z rubinem.
- Przebierz się kochanie. Nie możesz cały czas wyglądać jak drwal – aż otwarłam usta. Skąd on wiedział… Lekko popchnął mnie do pokoju i zamknął za mną drzwi. Szczęknął zamek. Z wrażenie aż usiadłam na łóżku. „Cholerny sukinsyn w czepku urodzony!” Musiałam mu się w pełni podporządkować, skoro wiedział takie rzeczy. Przynajmniej do chwili, aż znajdę i zabiorę mu dziennik. Było tam wszystko – od informatorów, przez klientów, aż po nocnych towarzyszy. Z nim nie potrzebował mnie do niczego. Bawił się… Jęknęłam. Ze zrezygnowaniem otworzyłam pudełko leżące na pościeli. Na wieku było logo markowej firmy produkującej we Włoszech. Uniosłam brew. Skórzane spodnie, bluzka z kosmicznie głębokim dekoltem i obcasy. Bardzo wysokie obcasy. Przez moment delektowałam się wizją wbijającej się szpili w jego śródstopie… Trzeba było zostać tej nocy na ulicy. Zagryzłam zęby, przebierając się. Wcisnęłam moje ciuchy do torby i załomotałam w drzwi. Po chwili otworzył uśmiechnięty od ucha do ucha.
- Teraz mogę pokazać się z to… - wymierzyłam mu celny cios w wątrobę. Nikt nie zauważy sińców, a będzie bolało jakiś czas. Jęknął. W pełni mu się należało – krzyczała moja kobieca duma. Nie stracił jednak fasonu.
- Ostra… - zamruczał, kiedy niecierpliwie stałam przy wyjściu. Zabrał swoją kurtkę i wpisał kod. Na wszelki wypadek go zapamiętałam. Wiedziałam, że jutro będzie już nieaktualny. Może będzie otwierał inne drzwi, kto wie…
\"You’re out on the streets looking good,
And baby deep down in your heart I guess you know that it ain’t right,
Never, never, never, never, never, never hear me when I cry at night...\"
- Podaj mi dłoń, moje serce. Musimy dbać o pozory – niemal siłą splótł moje palce ze swoimi. Twarda skóra pasowała do niego nijak, a jednak. Czułam siłę drzemiącą w jego mięśniach. Napiął szczękę poirytowany. „Tu cię boli, kochanie!” Przechodząca obok nas pokojówka posłała nam zaciekawione spojrzenie. Zmusiłam się, żeby go przytulić. Pachniał egzotycznymi owocami i czymś piżmowym. „Czy to są jakieś jaja? Wczoraj miał znacznie lepsze perfumy…” Gdy tylko kobieta zniknęła za rogiem, odskoczyłam od niego. Niebieskie spojrzenie przecięło mnie na wskroś. Ruszyliśmy korytarzem – dłoń w dłoni…
\"Loneliness is your only friend.
A broken heart that just won\'t mend
Is the price you pay.
It\'s hard to take when love grows old.
The days are long and the nights turn cold
When it fades away...\"
Ocena: 5
Liczba komentarzy: 1
Data dodania: 23.08.2011r.
Statystyki: Wiersze: 7853 | Artykuły: 264 | Recenzje: 234 | Proza: 1645 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46575 | Użytkownicy: 3566
Online(17): 11 gości i 6 zarejestrowanych:
Salem_de_Lincourt, Dawied, Fał, Pawlak, Wojtex81, Ell003