Pseudonim: Falcor
O sobie: Scio me nihil scire. Więcej na: http://bambararowo.blogspot.com
Napisanych prac:
- proza: 10

Średnia ocen: 3.5
Użytkownik uzyskał: 31 komentarzy

Najlepiej oceniane prace:
"Przed siebie - część 4" 06.10.2014
"Połączenie" 17.05.2015
"Zagubiony Kangur" 20.10.2014
"Była sobie Mewa" 01.06.2014
"Kapsuła" 05.07.2014

Inne prace tego autora:
"Była sobie Mewa" 01.06.2014
"Kapsuła" 05.07.2014
"Przed siebie - część 1" 07.08.2014
"Zagubiony Kangur" 20.10.2014
"Przed siebie - część 4" 06.10.2014


Najnowsza proza (wszystkie):
"Buntownik" - mistylady
"Uderzyłam go... cz.1" - Pokoras
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"Raz, dwa, trzy - Baćka..." - Edward Horsztyński
"Przygody, dnia jednego,..." - Falcor
"Trójblondowe piwo" - ArcturV
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"O tym, jak powstały..." - nic
"Przed siebie" - Unwritten96
"List do K. cz. III" - Nieważne

Zagubiony Kangur

Był sobie raz Kangur, który przemierzał dżunglę. Pewnie zastanawiasz się, skąd tak szedł i dokąd? Cóż, skąd - tego ci nie zdradzę, ale jego celem było znalezienie czegoś do picia. Błąkał się bowiem w tej gęstwinie już sześć dni, zupełnie opróżniając torbę z zapasów. Zapomniał całkiem o odnalezieniu pewnej rzeczy, po którą tu przybył, a najchętniej zapomniałby o całej tej wyprawie i wrócił do domu. Łatwo powiedzieć. Nie miał pojęcia, gdzie się znajduje. Ledwo skakał, możliwe że w kółko, rozpaczliwie wypatrując jakiegoś ratunku i powtarzając jak mantrę: - Pić, pić, pić... Tak, z naszym Kangurem było już bardzo niewesoło. Po raz setny zajrzał do torby, czy aby faktycznie nic w niej nie zostało i po raz setny przekonał się, że istotnie jest pusta. Było mu straszliwie gorąco, zupełnie jakby siedział w saunie, a mimo to nie pocił się. Nie miał już czym. Wtem coś jakby mignęło w oddali! Jakieś światło. Kangur przystanął i majaczącym wzrokiem zaczął wpatrywać się w to coś. - „Może to złudzenie” – pomyślał, ale im dłużej się przypatrywał, tym bardziej wydawało mu się ono realne. Skoczył do przodu! - Tam coś jest – mamrotał do siebie. Było coraz jaśniej i jaśniej, niewątpliwie zbliżał się do... tak znalazł wyjście z dżungli. Już uśmiech pojawił się na jego pysku, a zdyszany głos zaczął bezwiednie wymawiać: - Koniec, koniec... Gdy wtem otoczyło go światło. Stanął jak osłupiały. Gdyby nie miał sierści można by zobaczyć, że jego pysk stał się blady, jak świeżo pomalowana ściana. Dolna szczęka zaczęła nerwowo drżeć, oczy złożyły się do płaczu, ale nie miały skąd wziąć łez. Kangur zwalił się na kolana. Siedział tak jakiś czas, w końcu podniósł łeb i ledwo słyszalnym głosem wymamrotał: - Pustynia. Faktycznie, dżungla się co prawda skończyła, ale zamiast jakiegokolwiek ratunku, widać było tylko piasek sięgający po horyzont. My moglibyśmy kpiarsko pomyśleć – „Zamienił stryjek siekierkę na kijek” – ale naszemu Kangurowi wcale nie w głowie były jakiegokolwiek tego typu dowcipne powiedzonka. Jeśli w ogóle jakieś powiedzonka przychodziły mu aktualnie na myśl, to raczej takie, których nie wypada tutaj zacytować. Klęczał tak ze spuszczoną głową i zwisającą torbą, nie wiedząc co czynić dalej. Dżungla dawała przynajmniej schronienie przed słońcem, a tutaj... . I co miał teraz zrobić? Zawrócić tam skąd przybył i gdzie wiedział, że niczego nie znajdzie? Czy też zaryzykować beznadziejną przeprawę przez gorący, niekończący się piach? Dumał tak już jakiś czas, nie potrafiąc podjąć decyzji, bo i faktycznie żaden to był wybór, kiedy zdawało mu się, że usłyszał: - Ej kolego, żyjesz? Dziwne, ale dźwięk ten przeleciał jakby obok niego, zupełnie doń nie trafiając. Nadal rozpaczliwie klęczał na piasku. - Myślisz, że żyje? – odezwał się drugi, jakby mocno znudzony głos - Nie wiem – odparł pierwszy, równie znudzonym tonem. – Niby klęczy, ale nic nie mówi. Hm, jak by tu tak...hm... Halo! Kolego żyjesz! – wrzasnął nagle pierwszy. Kangur podskoczył jak oparzony i spojrzał na mordę przed sobą. Była to dziwna, niekangurza morda, z wlepionymi w niego, anemicznymi oczami. - Tak, zdaje się, że żyje – z wolna potwierdził pierwszy głos. - Wy... wy jesteście prawdziwi? – zapytał z niedowierzaniem Kangur. Obaj osobnicy spojrzeli po sobie, po czym jeden z nich odparł: - Tak, zdaje się, że tak. - Zdaje się? - Zdefiniuj prawdziwość – zażądał pierwszy głos. - Czy gdybyśmy byli twoją fatamorganą, to czy nie moglibyśmy powiedzieć, że jesteśmy prawdziwi i czy nie mógłbyś nam uwierzyć? - Daj mu spokój Dromi. Widzisz, że biedak ledwo zipie – zlitował się drugi. Kangur patrzył to na jedną, to na druga mordę, jakby nadal nie mogąc uwierzyć w to, co widzi. Tymczasem obie mordy spokojnie spoglądały to na niego to po sobie i chyba czekały na jakąś reakcję lub dalsze pytania z jego strony. I faktycznie pytania nastąpiły. - Kim jesteście? Skąd się tu wzięliście? Macie wodę? - A jak ci się wydaje kim możemy być? – spokojnie spytał pierwszy. Tego typu gierki sprawiały mu przyjemność, zwłaszcza po monotonnej wędrówce po pustyni. – Podpowiem ci, że wskazówki możesz szukać na naszych grzbietach – i nachylił ku Kangurowi swój garb. W normalnych okolicznościach Kangur już dawno dostrzegłby kim są jego rozmówcy, ale okoliczności bynajmniej do normalnych nie należały. Patrzył się więc nadal, niewiele tylko mniej tępym wzrokiem, na oba psyki. I znów z pomocą przyszedł mu drugi. - Jesteśmy wielbłądami. To jest Dromader – Dromader opuścił łeb tak gwałtownie, jakby nagle stracił wszystkie mięśnie w szyi, po czym równie gwałtownie podniósł go z powrotem, w dość oryginalnym ukłonie. – A ja jestem Baktrian, dla znajomych Bakti. Do Kangura dopiero po tej przemowie coś zaczęło wyraźniej docierać. Faktycznie naprzeciwko niego stały dwa wielbłądy. Jedno i dwugarbny. - Macie coś do picia? – powtórzył wcześniejsze pytanie. Wielbłądy popatrzyły po sobie z łobuzerskimi minami, pełnymi pewności siebie. - Nie na darmo nosimy ze sobą te garby – odparł Baktrian. – Wystarczy odkręcić kurek na górze i można pić. Niestety nie mamy żadnej szklanki (nam są w sumie zbędne), więc będziesz musiał trochę zasierścić język, pijąc z naszych garbów. - Ja mam szklankę – oznajmił Kangur i zaczął szperać w torbie. – O jest! Wyjął szklankę z torby i podskoczył do najbliższego garbu. Była to własność Dromadera, który przyklęknął na przednich łapach, aby Kangur mógł dosięgnąć do korka na jego grzbiecie. - Plastikowy?! – zdziwił się - I to z odpowietrznikiem – odparł nieco wyniośle wielbłąd. – A czego się spodziewałeś? Zwykłego korka z... korkowca? Może i żyjemy nieco na uboczu, ale staramy się iść z duchem czasu. Kangur już jednak nie zważał na te słowa, wypił jedną szklankę, potem drugą i gdy chciał wypić trzecią, wielbłąd nagle wstał. - Hola panie kangur! Jesteśmy na pustyni. Tu się liczy każda kropelka – ostro upomniał go Dromader. - Idziemy z daleka, a mamy przed sobą jeszcze cztery dni drogi, więc musimy oszczędzać zapasy – dużo spokojniej wytłumaczył Baktrian. Te oświadczenia przybiły na moment Kangura, ale po chwili zapytał. - To znaczy, że cztery dni drogi stąd jest jakaś oaza...? - Miasto – wtrącił Dromader. - ...no to miasto. Możecie mnie zabrać ze sobą? Wielbłądy kolejny raz popatrzyły po sobie. Ta propozycja ich nie zachwyciła, co było aż nazbyt widoczne. - Musicie mnie zabrać! – krzyknął błagalnie Kangur. – Nie mam już żadnych zapasów od... sam nie wiem jak dawna. Wykorkuję tu! Kopnę w kalendarz! Odwalę kitę! - Twoje położenie jest faktycznie nie do pozazdroszczenia – spokojnie podsumował Dromader. Baktrian natomiast starał się wytłumaczyć. - Wiesz, jeżeli chodzi o szklankę czy dwie, to nie ma sprawy, ale dodatkowa gęba to na pustyni co najmniej półtora litra wody dziennie, a nasze zapasy są na wyczerpaniu. - Więc pozwolicie mi tu zginąć! – zaskrzeczał przeraźliwie Kangur i oczy wyszły mu na wierzch. - Pozwolimy mu Dromi? – Baktrian był mocno zakłopotany. - Bo ja wiem. Trudna sprawa. Zostawimy go, to biedak padnie. Zabierzmy, to wszyscy możemy paść. Sytuacja zrobiła się patowa. Kangur stał naprzeciwko wielbłądów i patrzył się na nie błagalnie, natomiast wielbłądy stały naprzeciwko Kangura, spoglądając nań z politowaniem. Nikomu nic mądrego nie przychodziło do głowy, chociaż każde ze zwierzaków intensywnie myślało, co by tu zrobić. W końcu Kangur, jakby czymś natchniony, spytał: - A na ile dni starczyło by waszej wody dla nas trzech? Wielbłądy coś tam skalkulowały i zaczęły nieskładnie odpowiadać. - Może trzy? - Raczej dwa... - Chyba więcej niż dwa. - Ale na pewno nie trzy. - Myślę, że jednak trzy. - Upieram się przy dwóch. - Dwa to zbyt konserwatywne założenie... - To może dwa i pół! – przerwał im zirytowany Kangur. W końcu rozmawiali o jego być albo nie być, a tym czasem ci dwaj zdawali się licytować, jakby chodziło o cenę cebuli. Wielbłądy, już tradycyjnie, spojrzały po sobie, następnie odezwał się Dromader. - Dobrze, może być dwa i pół. Jak sam widzisz, jest to i tak o półtora dnia za krótko – podsumował z nauczycielskim tonem. - Może jednak nie – oznajmił Kangur, wywołując lekkie zdziwienie wielbłądów. – Myślę, że mi pokonanie tego dystansu zajęłoby dużo krócej niż wam. A gdybym tak nauczył was poruszać się szybciej? Tym razem zdziwienie wielbłądów było już dużo bardziej widoczne. Pojawiła się także ciekawość. - Jak? – po chwili przerwy zapytał Bakti. - A tak! Po kangurzemu – i zaczął skakać dookoła nich. - I myślisz, że my też możemy się tak poruszać? – Dromader patrzył nań z niedowierzaniem. - Nie przekonasz się, jeśli nie spróbujesz. Obu wielbłądom niezbyt chciało się próbować, jednak po naleganiach Kangura w końcu uległy. Pierwsze próby wyglądały żałośnie. Zaczął Baktrian, starając się wybić ze wszystkich czterech kopyt. Nie poleciał jednak zbyt daleko, a lądowanie, w związku z zaczepieniem kopytem o muldę, odbyło się głównie na jego głowie. Dromader wcale nie zamierzał powtarzać ów wyczynu, ale Kangur pozostawał nieugięty w swych namowach i ten w końcu się zgodził. Nie poleciał dużo dalej od Bakitiego, ale przynajmniej nie hamował łbem. Takie były początki. Potem było już coraz lepiej. Kangur nie przestawał udzielać rad na temat techniki wybicia i lądowania (wielbłądom zalecał telemark). W końcu po kilku godzinach prób obaj uczniowie skakali już na odległość kilkunastu metrów bez większego wysiłku. Nadszedł czas, aby sprawdzić ten sposób podróży w praktyce. - Myślę, że przy takich skokach podróż nie zajmie nam nawet dwóch dni - z zadowoleniem stwierdził Kangur. - W każdym razie warto spróbować. Co myślisz Dromi? – spytał Baktrian. - Myślę, że to zupełnie niepoważne. Mam nadzieję, że nikt nas nie zobaczy – oznajmił wyniośle Dromader, choć skrycie już polubił to skakanie. Uwielbiał wzbijać się w górę. Czuł się wtedy lekko, jak nigdy przedtem. Myślał nawet, żeby odtąd zawsze tak podróżować, jeśli tylko nikt nie będzie patrzył. Zawsze miał się bowiem za poważnego przedstawiciela swojego gatunku i chciał aby tak pozostało. - Więc ruszajmy! – zawołał Kangur i skoczył do przodu. Wielbłądy przez chwilę wahały się, po czym Baktrian ruszył, skacząc za Kangurem. Dromader rozejrzał się jeszcze po okolicy, czy aby na pewno nie ma tu postronnych zwierząt, wobec których mógłby się skompromitować, ale nikogo takiego nie ujrzał. Skoczył więc za resztą. I tak w podskokach przemierzali pustynię: dwa wielbłądy i kangur, zostawiając za sobą skraj dżungli oraz wzbijając tumany kurzu. Było to widowisko dość niezwykłe, któż bowiem widział co podobnego? Zresztą nic dziwnego, żeś nie widział drogi czytelniku – w końcu wielbłądy wstydzą się skakać przy obcych. Jednak od tamtego czasu, skaczą prawie zawsze, gdy samotnie przemierzają pustynię. Chwilę po zachodzie słońca, kiedy jego łuna dawała jeszcze sporo światła, nasza grupa przystanęła i postanowiła rozbić obóz na noc. Z początku rozbicie obozu miało ograniczyć się do położenia na piasku i zdrzemnięciu, ale Kangur szybko wydobył ze swojej torby czteroosobowy namiot, trochę drewna i zapalniczkę. - Niesamowite, ile rzeczy ci się tam mieści. – Bakti był faktycznie pod sporym wrażeniem. - Eee, to jeszcze nic, mój wuj Leon, ten to dopiero ma torbę. Dromader był równie zdziwiony, ale starał się nie dawać tego po sobie poznać. - Muszę przyznać, że zrobiliśmy dziś kawał drogi – powiedział wreszcie. Z jego ust brzmiało to prawie jak pochwała. – Chociaż ten rodzaj poruszania się jest dużo bardziej męczący. Nie pamiętam kiedy ostatnim razem tak bolały mnie kopyta. Zmęczona była zresztą cała trójka. Dwójka z tej trójki z powodu nieprzyzwyczajenia do skoków, a ostatni członek ekipy z uwagi na nieprzystosowanie do takiej spiekoty. - Myślę, że należy nam się porządny łyk wody. Zwłaszcza, że jutro powinniśmy dojść... to znaczy doskakać do celu. – Na słowa Baktriana o łyku wody Kangur wyraźnie się ożywił. Od kilku godzin nie robili postoju i strasznie męczyło go pragnienie. Dromader dostrzegł to od razu. - Jeśli chcesz to weź szklankę i napij się z mojego garba – zaproponował. Kangur skwapliwie skorzystał z propozycji. – Dawno nie spaliśmy w namiocie. Zwykle staramy się nie mieć ze sobą zbyt wielkiego bagażu. - Dobrze czasem kogoś ze sobą zabrać – dodał z uśmiechem Bakti. Dromader pominął tą uwagę milczeniem. Kangur tym czasem wychylał już trzecią szklankę. Miał ochotę na przynajmniej pięć razy tyle, ale wiedział, że to nie spodoba się właścicielowi garba. Zakręcił więc korek i usiadł przy ognisku, które Baktrian kończył układać. Po chwili zapłonął ogień. To dziwne, jak diametralnie zmieniła się jego sytuacja w ciągu kilkunastu godzin. Jeszcze niedawno przedzierał się przez dżunglę, nie widząc większych szans na ratunek, a teraz siedział przy ognisku w towarzystwie dwóch sympatycznych wielbłądów i spoglądał w niebo. Było przepiękne. Tyle gwiazd i taki spokój, przerywany jedynie skwierczeniem kawałków drewna. I ten zapach żywicy... Teraz był w raju. Wolny i naprawdę szczęśliwy. Wyciągnął się na piasku i patrzył na drogę mleczną. Czuł, że mógłby to robić już zawsze. - „Jednak było warto. Choćby dla tej chwili”- myślał sobie. – „Jak to jednak nigdy nic nie wiadomo.” Leżeli tak wszyscy, prawie nic nie mówiąc, pochłonięci widokiem, jaki rozciągał się nad ich głowami. W końcu Dromader wstał, oznajmił, że jest nieco zmęczony, pożegnał się i zniknął w namiocie. Do Baktriana i Kangura sen tak łatwo jednak nie przychodził. - Wiesz - odezwał się wreszcie ten pierwszy - widuję te gwiazdy prawie codziennie, a jednak nadal nie mogę się tym widokiem nasycić. - Myślisz, że ktokolwiek może? – filozoficznie spytał Kangur. – To wszechświat. Jak można się nim nasycić? Znowu nastała chwila ciszy. - Skąd się tu wziąłeś? – zapytał Bakti. - Ehh, nie warto mówić – niechętnie odparł Kangur. – Powiedzmy, że szukałem jakiejś odmiany. Lekki, spokojny uśmiech pojawił się na pysku Baktriana - Miałeś dość codzienności? - Raczej chciałem znaleźć dla siebie codzienność, w której będę czuł się dobrze. Ale to wszystko chyba nie dla mnie. - Szukasz swojego kąta, co? – Kangur nie odpowiedział, spojrzał jedynie uważnie na Baktiego. – Też to kiedyś miałem. Dawno temu pracowałem w hamburskim Zoo. - Gdzie to jest? - Europa. Niemcy. Spore miasto. Tam życie jest zupełnie inne. - Lepsze? - Pod pewnymi względami może i lepsze. Na pewno ma wiele do zaoferowania. - Więc co robisz tutaj? Wielbłąd przestał spoglądać w niebo i zwrócił łeb w kierunku pustyni. Patrzył na nią przez moment zupełnie nieobecnym wzrokiem. - Tutaj jestem u siebie – zakończył zdanie z westchnieniem. – Zawsze byłem – dodał już żywiej i spojrzał na Kangura. – Kiedy gdzieś wyjeżdżasz, często nie zdajesz sobie sprawy, jak bardzo bliski jest ci twój dom. - Może i tak, ale trzeba się rozwijać. Trzeba szukać nowych możliwości... - A co pragniesz znaleźć? – Baktrian utkwił w swym rozmówcy przenikliwy wzrok. Kangur poczuł się zmieszany. Nie wiedział jakiej odpowiedzi oczekuje od niego wielbłąd. - Sam nie wiem. Coś... coś co nada sens... - Nie sądzę, aby to był dobry sposób na odnalezienie siebie samego. Wiesz opowiem ci, jak to było ze mną. – Wielbłąd znowu położył się na grzbiecie i spoglądał w gwiazdy. – Wyjechałem stąd, bo chyba szukałem tego czegoś, czego ty szukasz teraz. W każdym razie czułem, że to właściwa decyzja. Kiedy już dostałem posadę w zoo, zaczęło być fajnie. Spotkałem mnóstwo nowych zwierząt, nie martwiłem się o żarcie... ogólnie rzecz biorąc mój standard życia się poprawił. Lata mijały mi na imprezach i poznawaniu przedziwnych, nowych dla mnie rzeczy. To były wspaniałe lata, ale powoli zauważyłem, że nie jestem do końca u siebie. I że sobą też nie jestem tak... całkowicie. Wiesz, ta presja otoczenia, oni mnie wszyscy lubili, to fakt, ale jednocześnie wymagali ode mnie, abym był taki, jakiego chcieli lubić. A ja? Ja chciałem być z nimi. Chciałem być lubiany. - Chciałeś być na topie – przerwał mu z uśmiechem Kangur. - Tak, he he. – Bakti również się uśmiechnął. – Chyba chciałem być trendi, he he. - Teraz, żeby być trendi to trzeba być dżezi, ha ha ha! – zawtórował mu kangur. - Gorzej mój drogi, he he he, w ostatnio odwiedzonej oazie słyszałem, że jezzi są tylko ci którzy są zen. Bu ha ha ha! - Ha ha haaa! Niezłe! Tak śmiali się jakiś czas, a gdy jeden przestawał, to od razu zarażał się śmiechem drugiego i sam wybuchał nim na nowo. Wtem z namiotu dobiegł ostry krzyk. - Zamknijcie się tam wreszcie! Tutaj niektórzy próbują spać! Nie wiedzieć czemu, ta uwaga tylko ożywiła śmiechy naszych rozmówców. - Banda pajaców! – usłyszeli z namiotu, ale była to ostatnia tego dnia uwaga z tamtego kierunku. Wreszcie zaczęło im powoli przechodzić. - ...uuuu, już nie mogę. Zaraz pęknie mi brzuch, he he... – istotnie wielbłąd się zań trzymał, jakby hamując eksplozję. - Taaa, dosyć już, ha ha, dosyć. Zapadła cisza. Leżeli tak z uradowanymi mordami i obaj czuli się szczęśliwi. - Ale czekaj – odezwał się naraz Bakti. – Co chciałem ci powiedzieć, to to, że tam, gdziekolwiek to „tam” dla ciebie jest czy będzie, możesz nigdy nie mieć możliwości być do końca sobą. – Spojrzał na Kangura i, jak się tego obawiał, widział że ten chyba nie bardzo rozumie o czym on mówi. Zastanowił się chwilę, po czym rzekł. – Wiesz, chodzi mi mniej więcej o to, że w obcym miejscu będą cię kochać, ale pewnego dnia możesz zostać sam. Mogą cię porzucić, nie wnikając w zrozumienie ciebie. Mogą cię zastąpić kimś... fajniejszym. W domu jest inaczej. Zdarzy się, że będziesz nienawidzony, ale nigdy nie przestaniesz do nich należeć. To ta cząstka pewności, jaką w życiu otrzymujesz. – Baktrian spojrzał ponownie na swego rozmówce. – Ehh, nie wiem jak to inaczej powiedzieć. To się zaczyna rozumieć jak się „tam” jest. Dlatego wróciłem. – Odwrócił łeb. – Chyba już pójdę spać. Zmęczony jestem i gadam głupoty. – Uśmiechnął się lekko. - Dobranoc. Po czym wstał i powoli poczłapał do namiotu. - Bakti – zawołał za nim Kangur. Ten przystanął i obejrzał się. – Ja... chyba rozumiem. Wielbłąd uśmiechnął się raz jeszcze i zniknął w namiocie. Kangur usiadł. Nie chciał jeszcze iść spać. Gwiazdy ponownie przyciągnęły jego wzrok. - „Piękne” – pomyślał . Z jego brzucha odezwał się lekki pomruk, przypominający mu, że nie samą wodą zwierze żyje. – „Gdy już wrócę do domu, to od razu zajdę do babci Lopezowej. Po tej przygodzie zasłużyłem sobie chyba na porządny obiad.” Koniec



Płeć: mężczyzna
Ocena: 4
Liczba komentarzy: 5    
Data dodania: 20.10.2014r.

1     

Terila Redaktor 14 11 2014 (14:22:45)

Użytkownik ocenił pracę na 4

Witaj,

te opowiadanie przypomina poniekąd poprzednie, choć zupełnie różnią się miejscem akcji i postaciami. Widzę, że dążysz w swoich utworach (tych dwóch) do zadania pytań i znalezienia na nie odpowiedzi. Twoi bohaterowie są zagubieni, szukają siebie i odnajdują rozwiązanie swoich wątpliwości, którego swoją drogą niekoniecznie oczekiwali. Skojarzyło mi się to z twórczością pisarzy przedstawianych na języku polskim, którzy podejmowali się realizacji danych tez, tematów, motywów, opierając na tym większość swoich dzieł.

Szkoda tylko, że przedstawiasz jedynie dwie strony medalu, że wyjście z sytuacji zagubienia Kangura jest czarne albo białe. Kangur szuka siebie w domu, z którego pochodzi lub w miejscu, którego całkowicie nie zna. Nie szuka samego siebie w sobie, gdyby tak uczynił, znalazłby siebie nawet na pustyni - wtedy miejsce nie ma zbytniego znaczenia. To on jest ośrodkiem swojego bytu, nie dom, nie pustynia, ale jest to tylko moje subiektywne zdanie. Tak, chyba zaczynam dyskusję.

Bardzo podobają mi się Twoje postacie i ekspresja, wymowa ich dialogów. Jest tak naturalna, tak momentami odróżniająca się od stylu pisanego, tak nieidealna, że wręcz dźwięczna, żywa. Nie są to dialogi pisane prozą, stylizowane na wypowiedź, to są dialogi - po prostu.

Pojawiły się literówki i standardowo brak przecinków w odpowiednich miejscach, ale z tego, co wiem, pracujesz nad tym. Wyróżnię dla Ciebie kilka przykładów:
codzienność (,) w której będę czuł się dobrze

Zaczął Baktrian (,) starając się wybić ze wszystkich
- te oba czasowniki (gdzie jeden kończy się na "ąc") rozdzielamy przecinkiem.
wtedy lekko (,) jak nigdy przedtem
- jeżeli porównanie jest rozbudowane (czyli nie wygląda w ten sposób "blady jak ściana") to zawsze stawiamy przecinek.

- Tam coś jest – mamrotał do siebie
- tu zabrakło kropki na końcu. Staraj się pisać uważniej, spokojniej. Poświęć sobie więcej czasu na edytowanie tekstu, nim go wrzucisz na portal bądź wyobraź sobie, że nie masz dostępu do Internetu przez siedem dni i przez ten okres swobodnie możesz przeskakiwać po linijkach swojej pracy.

Zagubiony Kangur
- jeżeli podajesz tytuł swojego dzieła w odpowiedniej ramce przeznaczonej na tytuł podczas aplikacji tekstu do sieci, to nie ma potrzeby pisać go ponownie. Pozwolisz, że zostanie to skorygowane przeze mnie.

Pozdrawiam.

P.S. To miłe, że nauczyłeś wielbłądy skakać jak kangury.

Falcor Użytkownik wpmt 22 11 2014 (23:00:36)
Dzięki za komentarz.
Dziwię się, że znowu nie postawiłem tych przecinków, bo znam już zasady na tyle, że wiedziałem, że trzeba je postawić w miejscach, które wskazałaś.
Co do treści... Ja się w zasadzie nie zastanawiam tak dogłębnie, jak dane opowiadanie ma wyglądać. Mam jakiś bardzo ogólny pomysł, szkic, coś co nagle pojawiło mi się w głowie i pstryk - powstaje Kangur. Skacze gdzieś zagubiony, trochę tak jak ja opisując jego kolejne kroki. Czasami, już po wszystkim, sam się dziwie skąd to wszystko przyszło mi do głowy i jak to się samo poukładało w jakąś całość. Ja tylko klepię coś na klawiaturze, a postaci żyją sobie same.
Pozdrawiam serdecznie :)

Terila Redaktor 23 11 2014 (20:25:36)
Haha, bardzo fajna forma tworzenia. Bardzo lekka. Dobrze, że tworzy się z tego całość, a nie chaos.
Kurde, bo z przecinkami to jest tak, że nigdy tych drani nie wytępisz do końca.

Zuanshie Użytkownik wpmt 29 10 2014 (20:15:26)

Użytkownik ocenił pracę na 4

Ej, fajne to jest - kolokwialnie mówiąc. Gdy zaczęłam zatapiać się w lekturę, szczerze Ci powiem, że nieco sceptycznie podeszłam do tego opowiadania. Pomyślałam sobie "no nic, dam szansę" i mozolnie pożerałam wzrokiem kolejne zdania, gdzie nie wiadomo kiedy, dobiegłam do mety. Lekka, przyjemna proza, nie męczyła, ot bajka z morałem, chociaż powiem Ci, że utożsamiałam ją z życiem. Od razu przypomniały mi się lata dzieciństwa, gdy z niecierpliwością wyczekiwałam na wieczorne "czytanie do poduszki" przez mamę. Masz ciekawy język, potrafisz zatrzymać uwagę czytelnika na dłużej. Popracuj nad interpunkcją, brakujące przecinki sprawiały, że nieco się zacinałam, może nie jest to wielkie przestępstwo, ale zdecydowanie usprawni płynność. Jestem na tak. Ocena? Z plusem ;)

Falcor Użytkownik wpmt 02 11 2014 (21:57:49)
Dzięki. Staram się pracować nad interpunkcją i wieloma innymi błędami. Może za jakiś czas będę bezbłędny (tak wiem - to utopia). Pozdrawiam :)


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9701 | Proza: 2330 | Publicystyka: 721 | Komentarze: 68314 | Użytkownicy: 12452
Online(52): 52 gości i 0 zarejestrowanych: