warto go przeczytać
Pseudonim: Eska-floreska
Kiedy trzymał w dłoni gałkę od drzwi wejściowych, dochodziła dwudziesta pierwsza trzydzieści sześć. Przekręcił ją lekko, wślizgnął się cichcem, z wprawą doświadczonego włamywacza, a nie Chwilowego Domownika. Ściągnął kurtkę, a na trampki podziałał odrzut aerodynamiczny, chociaż mrok milczał. Żadnych szelestów, taka niepokojąca cisza. Wzdrygnął się.
,, Co jest, chodzą spać po wieczorynce, czy jak”?, zastanawiał się. Nie, on już nie chodził, on skradał się niczym wytrawny Łowca, chcący zaspokoić swojego Głoda czymś większym niż duże frytki z KFC.
Jestem głodny! Okaż trochę litości, dobry człowieku!, w tych klimatach rozjuszony Żołądek chłopaka domagał się o jakieś przyzwoite pożywienie.
Zamknij się, przyjąłem wezwanie, uciszył go, zmierzając w stronę Samoobsługowej Jadłodajni.
To na co jeszcze czekasz?! Zaspokój mojego wewnętrznego zwierza!, zakomenderował Żołądek, będący coraz bliżej nabawienia się epilepsji jego schorowanego serduszka.
Dobrze, dobrze, zaraz coś skombinuję, uspokój się tylko, odparł Filip, otwierając Lodówkę. Już chciał wyciągnąć rękę po kuszące opakowanie lodów pomarańczowych, gdy usłyszał pełen determinacji głos:
- Nie ruszaj się! Ręce na kark i ukaż swą nikczemną twarz!
Przestraszony, wykonał dwa pierwsze polecenia, jednak trzecie uniemożliwiał powłóczysty mrok.
Nagle poczuł, jak coś chłodnego powoduje serię dreszczy, które rozpierzchły się po jego całych plecach, aż po kark.
,,Boże, będzie strzelać!”, pomyślał i zaczął żałować, że nie żył jak przystało na pobożnego katolika. Może tam u góry dostał by jakąś taryfę ulgową, za śmierć za młodu?
- Chciałem jedynie coś zjeść – wyjąkał, licząc, że psychopata nie podwaja cierpienia i nie zabija na głodniaka. - Te lody szczególnie mi się spodobały...Pysznie wyglądają.
- Co takiego?! Moje lody?! MOJE LODY?! Ja ci dam, ty kanalio! Ty zmarszczko na pięknie narodu polskiego! Ja ci pokażę, to mnie popamiętasz! Mów paciorek, zbrodniarzu!
,, Amen”.
Fajnie, że w tym momencie do akcji wkracza Cud pod postacią Opiekunów.
No i jeszcze światło, ukazujące makabryczną scenę.
- Mamo!!! - ryknęła Ania, przypadając do starszej kobiety i odbierając jej strzelbę.
- Filip! Filip!!! - darł się dla odmiany, będący w znieczulającym stanie euforii Piotr. Ściskał mocno chłopaka, jak dla niego – zbyt mocno.
- Mamo, tyle razy ci powtarzałam, że masz nie ruszać tej strzelby! Całe szczęście, że nie była odbezpieczona. Filipku, jak się czujesz kochanie?
Jak na prawie martwego, całkiem życiowo – odparł, jeszcze z trudem biorąc udział w wymianie gazowej.
- Chwila, moment, macie syna o imieniu Filip, którego przede mną ukrywaliście?
- Nie, mamo – odpowiedział Piotr, uwalniając chłopaka spod swoich skrzydeł. - Filip jest dzieckiem, które adoptowaliśmy.
- Aha, czyli jest zaadoptowany?
- Adoptowany.
- Cicho siedź poligloto, wiem lepiej niż ty. On jest zaadoptowany – i posłała przepraszający uśmiech pod adres nastolatka.
,, Boże, dziękuję, dziękuję!”, Nowicki kłaniał się w pas Stwórcy. ,, Strzeż mnie jeszcze Panie przed lodami pomarańczowymi i wariatkami, które za ich konsumpcję są gotowe wpakować kulkę w moją przystojną czaszkę”.
Ocena: 4
Liczba komentarzy: 5
Data dodania: 24.01.2012r.
Statystyki: Wiersze: 7853 | Artykuły: 264 | Recenzje: 234 | Proza: 1645 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46575 | Użytkownicy: 3566
Online(21): 15 gości i 6 zarejestrowanych:
Salem_de_Lincourt, Dawied, Fał, Pawlak, Wojtex81, Ell003