warto go przeczytać
Pseudonim: Eska-floreska
Sobotni poranek, godzina dziewiąta zero zero. Filip z anielskim uśmiechem na twarzy, wtula się jeszcze w silne ramiona Orfeusza. Śni o dziewczynie, która wydaje mu się znajoma, a zarazem obca. Próbuje ją dogonić, lecz ona skręca na rozwidleniu dróg i chłopak traci ją z oczu. Potem... potem rzeczywistość okazuje się jednak mało subtelna i wrażliwa na sen człowieka nastoletniego.
- Pobudka, wstajemy, leniu!
- Czego tam...
- Sobota jest dniem roboczym, więc rusz się wreszcie!
- Yhmmm – pomrukuje, zaciągając kołdrę na głowę.
- Wstawaj!!! - ryknęła przez megafon babcia, ostatecznie wyrywając chłopaka z objęć Boga.
Filip zerwał się zdezorientowany, próbując ustalić źródło tego nieludzkiego dźwięku.
- Baa...bcia? - wyjąkał, teraz kompletnie ogłupiały.
- No a co myślałeś, złotko. Troszczę się o twoje zdrowie.
- Ze szczególnym naciskiem na układ słuchowy... - mruknął, szukając wzrokiem jakieś koszulki. - Stało się coś ważnego, że przychodzisz do mnie z megafonem i sprawiasz, że czuję się jak na Bułgarskiej?
- Owszem, śniadanie czeka. To jest wystarczająco ważny powód, abyś ruszył swój zapleśniały tyłek.
Zatkało go. Po prostu go zatkało. Czy ona właśnie stwierdziła, że jego tyłek jest kawałkiem sera pleśniowego?...
- Przepraszam, ale mój zad ma się całkiem nieźle. Więc babci stwierdzenie, było najzwyczajniej chamskie.
- A ty, młody człowieku, lepiej sam się nie odnosisz do innych. Więc zanim zaczniesz pouczać sześćdziesięciodwuletnią staruszkę, zacznij od swojej trzynastoletniej arogancji. Wyjdziesz na tym znaczniej korzystniej, zapewniam cię.
Spuścił wzrok, bo bez ogródek, z pełną szczerością, powiedziała prawdę. Mruknął coś jedynie pod nosem, chwycił potrzebne ciuchy, a myjąc zęby, istniało duże prawdopodobieństwo, że zetrze sobie całe szkliwo.
***
,,W zasadzie, to nie wiem, jaka rzecz jest bezpieczna w jej rękach”, pomyślał, doceniając kunszt artystyczny przygotowanego śniadania.
,,Wczoraj usiłowała mnie zabić, a dziś budzi brutalnie w środku nocy”.
Westchnął ciężko nad swoim żywotem męczennika i powiódł zaspanym wzorkiem po zastawionym stole. Świeże bułeczki, dżem o bursztynowej barwie, marmolada, drożdżówki...
Kakao.
Mama zawsze przed snem przynosiła mu kakao. Stawiała na nocnej szafce i mówiła ,,Tylko uważaj, bo gorące”. Odgarniała nieznośny kosmyk i całowała w czoło na dobranoc. Robiło mu się wtedy bardzo miło, czuł się kochany i potrzebny. Kochał mamę. I tatę. Do bólu, wręcz masochistycznie. To właśnie on teraz go wyniszczał, nie potrafił przez niego pokochać drugiej osoby. Samo lubienie sprawiało mu dużo wysiłku, bo musiał się przełamać. I żyć z ciągłym strachem, że pewnego dnia straci tego kogoś . Tak jak rodziców.
,,Przestań, kretynie”, skarcił samego siebie. ,, Rozpamiętywanie rzeczy niezapomnianych nie jest najlepszą drogą do ignorancji ich istnienia”.
- Cholera – mruknął i walnął pięścią w stół. Aromatyczny płyn, nalany zbyt czubato, wylał się na obrus, naznaczając go brązową plamą.
- Psiakrew – powiedział ton wyżej.
Opiekunowie byli w pełni pochłonięci oglądaniem telewizji, więc istniało prawdopodobieństwo, że całą akcję przeprowadzi bez świadków. Tylko co z tym przeklętym obrusem?...
Chciał pociągnąć nim delikatnie, aby nie musieć ściągać wszystkich rzeczy. W efekcie apetyczny dżem, spadł na podłogę, komponując się z odłamkami szkła.
- No nie, kurwa! - wyrwało mu się już zbyt głośno. Na jego nieszczęście, Piotr, słysząc to przekleństwo, odwrócił głowę. Co prawda nie był to tak przejmujący widok, jak pożar Rzymu, jednak wystarczający, aby być przerażonym.
- Cześć, Piotr – rzekł Filip z niewinnością wymalowaną na twarzy. Promyki słońca zaigrały na jego czuprynie, nadając mu dodatkowej świętobliwości. - Jak tam leci?
- Przecież to był taki pyszny dżem! - zawołał z rozpaczą w głosie mężczyzna, łapiąc się za głowę.
- Z pewnością. Nie miałem okazji go skosztować. Jedyne co chciałem, to przekonać się, jak będzie wyglądał z rozsypanym szkłem.
- No dobrze, pochwalam zapędy odkrywcze. Tylko czemu akurat mój ulubiony?!
,,Bo znalazł się w pechowym zasięgu szybkiego spadania na kafelki”.
- Piotrek, czemu tak podnosisz głos? - spytała Ania, dopiero teraz dostrzegając ogrom zniszczeń. - Mój obrus!... Mój obrus z najpiękniejszym francuskim haftem!... Jak ja to teraz wypiorę?...
- Naprawdę nie chciałem – wyznał ze skruchą. - Przepraszam, dżem mogę odkupić, a obrus jakoś...
- Nie ma mowy! - przerwała mu Ania, zabierając się za sprzątanie. - Zrób sobie tylko coś do jedzenia i idź do siebie, na dwór, gdziekolwiek, bylebyś niczego już nie tłukł i rozlewał!
- Jeszcze raz przepraszam – jednak każdy Opiekun był już zajęty czymś innym niż wyrzuty Filipa.
,,Dobra, żałowałem szczerze za grzechy. Skoro macie to gdzieś, wypchajcie się”.
Lodowate powietrze chlusnęło go w twarz, zaraz po wyjściu za próg domu. Był wściekły, rozżalony i znów samotny. Potrzebował bliskości – a bliskość mogło mu zapewnić coś niezależnego, porywczego i wolnego. Dojechał autobusem na Rondo Rataje, a następnie wsiadł do dwunastki. Przejechał kilka przystanków, wysiadł na Hetmańskiej. I oglądając się niedbale, czy można przejść przez jezdnię bez ryzyka stracenia życia, był już na drugiej stronie. Oparł się o barierkę i spojrzał w dół. Smętne wody Warty poruszały się leniwie, niosąc ze sobą brud, zanieczyszczenia i ból. Ból, że ją ktoś tak urządził.
,,Rozumiem cię, dziewczyno”, pomyślał, klnąc swoją głupotę, że chciał bawić się w dzielnego chłopca i zostawił rękawiczki w szafie.
Chlip.
,,Hehe, bez jaj, porozumiałem się telepatycznie z tą rzeką?”
Podciągnięcie nosem. I znów chlip, tylko przeraźliwsze.
,,To płacz....”
Kilka metrów od niego stała Ola. Wydawała mu się teraz jeszcze mniejsza i drobniejsza. Nic dziwnego, że jej nie zauważył. Zbliżył się do niej, lecz kiedy go dostrzegła, odwróciła twarz i miała zamiar uciec.
- Za późno, musisz poćwiczyć nad refleksem – powiedział z uśmiechem tryumfu. - Boisz się mnie?
- Nieprawda – zaprzeczyła. Zielone oczy znajdowały się za gęstą mgłą. Nie mógł rozszyfrować jej spojrzenia, jednak jednego był pewien – tak nie wyglądają ludzie szczęśliwi. - Nie boję się błaznów.
- Hoho, skąd taka pewność, że nim jestem?
- Bo ja jestem zawsze pewna tego, co mówię. Zresztą, sama się przekonałam, jak nisko potrafisz upadać.
- Uwierz, że przy moim wzroście ciężko upadać. Szczególnie na głowę.
Przecież dobrze wiesz, o czym mówiłam.
- Owszem. Mówiłaś, że jest ci zimno i że jesteś głodna. Wobec tego, zabieram cię do Maca. Ogrze...jemy się przynajmniej i coś zjemy, bo jestem dziś bez śniadania. Odmówisz takiemu przystojniakowi jak ja?
- Większego brzydala niż ty nie znam. Z zaproszenia, pomimo tego, chętnie skorzystam – uśmiechnęła się nieśmiało. - Weź je – wcisnęła mu w dłonie rękawiczki. - Odmrozisz sobie palce i jak będziesz dalej błaznował?
- A ty?
,,Masz w końcu takie delikatne dłonie...”
- Mam drugą parę, więc możesz być spokojny.
- Dzięki – ujął go ten gest. Poczuł, że powoli wraca mu czucie w kończynach górnych.
- Aha, pamiętaj, że wisisz mi za to dużego hamburgera. Koniecznie z cebulką.
- Wiedziałem, że to było za piękne, aby mogło być prawdziwe – westchnął i klepnął dziewczynę w ramię. - Berek!
- Już nie żyjesz! - odparła, goniąc za uciekającym w popłochu Filipem.
Ocena: 3
Liczba komentarzy: 2
Data dodania: 30.01.2012r.
Statystyki: Wiersze: 7853 | Artykuły: 264 | Recenzje: 234 | Proza: 1645 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46575 | Użytkownicy: 3566
Online(21): 15 gości i 6 zarejestrowanych:
Salem_de_Lincourt, Dawied, Fał, Pawlak, Wojtex81, Ell003