Za Ojczyznę

Dziewczyna patrzyła, jak ojciec stoi przed lustrem i zakłada mundur. Pięknie w nim wyglądał – wypolerowane na błysk oficerki i nawet najmniejszego zagniecenia na zielonym materiale. Orzełek na czapce odbijał padające z okna światło ostatniego dnia sierpnia. Na stole w kuchni stał na wpół zjedzony tort urodzinowy z czternastoma świeczkami. - Wrócisz? – spytała cicho, bawiąc się nerwowo końcówką jasnego warkocza. Ojciec nie odpowiedział; twarz miał smutną, zmartwioną. Zazwyczaj był wesoły i w każdej sytuacji umiał żartować. Odkąd pamiętała, potrafił jednym słowem rozładować atmosferę. Nieważne, gdzie – w domu, w sklepie, w szkole. Jedno słowo – i wszyscy się śmiali. I zdenerwowana mama, i pani sprzedawczyni zmęczona kolejką, i surowy dyrektor. Ta nagła powaga przerażała ją bardziej niż ponure komunikaty płynące z radia. Podeszła trochę bliżej; pod stopami czuła miękkość wzorzystego dywanu. Teraz ona też odbijała się w lustrze. Wyglądali tak podobnie – te same oczy, kolor włosów. „Córeczka tatusia” mówili znajomi, gdy była młodsza. A ojciec śmiał się swoim tubalnym śmiechem i brał ją na barana. - Marysiu – w końcu spojrzał na nią, po raz ostatni poprawiając kołnierz. – Tak mi przykro, że nie mogę zostać na twoich urodzinach. - Nieważne – odparła, czując płynące do oczu łzy i ból rosnący w sercu. – Tylko wróć do nas z tej wojny… - Jeszcze nie wiadomo, czy ona w ogóle będzie – kłamał; słyszała to bardzo wyraźnie. Wielu w to nie wierzyło. Pan dozorca denerwował się, gdy ktoś go o to zaczepił i krzyczał, żeby nie wywoływać wilka z lasu. Pani Jadzia, sąsiadka z góry, wzruszała ramionami i uspokajała wszystkich dookoła. Ale nie ojciec. Rzuciła się mu na szyję. Przytulił ją. Przez chwilę oboje milczeli. Na parapecie za oknem usiadł wróbel i przypatrywał się ciekawie. - Opiekuj się mamą – powiedział łamiącym się głosem. – Jesteś już taka duża. Cokolwiek by się stało, opiekuj się nią. - Tak, tatusiu – załkała, odwracając zapłakaną buzię. Ojciec nie lubił mieć plam na mundurze. Nawet takich, które prędko znikały. Wypuścił ją z objęć, spojrzał na dom. Poszedł jeszcze na chwilę do sypialni – pewnie pożegnać się z żoną. Gdy wrócił, zdjął jeszcze na moment czapkę i przeżegnał się przed wiszącym nad drzwiami krzyżem, mówiąc krótko: - Za Ojczyznę. A potem wyszedł. Z sypialni dobiegł ją płacz matki. Następnego dnia obudził ją huk bomb. * „W obliczu Boga Wszechmogącego - i Najświętszej Marii Panny, Królowej Korony Polskiej, kładę swe ręce na ten Święty Krzyż, znak męki i zbawienia - i przysięgam, że będę wiernie i nieugięcie stał na straży honoru Polski, a o wyzwolenie Jej z niewoli walczyć będę ze wszystkich sił moich, aż do ofiary mego życia.” * - Znowu wróciłaś tak późno… Matka postarzała się tak bardzo w tak krótkim czasie. Jej piękne, czarne włosy zdobiły coraz szersze pasemka siwizny. Codziennie jej głównym zajęciem było wypatrywanie z okna. Gdy pytała, czego tak wygląda, odpowiadała zawsze tak samo: - A może jeszcze wróci… Marysia odstawiła ze złością torbę na ziemię. - Musiałam – wycedziła. – Nie dało rady inaczej. To nie był dobry dzień. Pociąg stanął w polu na kilka godzin, a po powrocie do miasta musiała jeszcze załatwić kilka spraw. Przecież nie umiała fruwać, żeby móc zdążyć przed godziną policyjną! No i nic się nie stało. Znowu. - Kiedyś mi ciebie zabiją i co ja wtedy zrobię? – spytała matka z wyrzutem w głosie. - Nie zabiją – poszła do kuchni. – Schodzę do piwnicy po ziemniaki. Była dumna z ziemniaków. Osobiście je zdobywała przez ponad dwa tygodnie, na raty. Przewoziła ze wsi, pod siedzeniem kolejki elektrycznej. Ryzyko jak diabli. Stały w worku, zasłonięte starym prześcieradłem, by nikt nic nie podejrzewał. Bo wtedy mogłyby paść pytania. A od pytań był tylko krok do nieszczęścia. Idąc po schodach sprawdziła, czy bardzo widać rozdarcie z tyłu sukienki. Widać. Trzeba będzie zaszyć. Jakoś dyskretnie, żeby mama się nie zdenerwowała. Cholerni Niemcy, musieli się pojawić akurat wtedy. Westchnęła. Mogło być gorzej. Mogła nie przechodzić akurat obok zaułka. Mogli ją dorwać na prostej ulicy, z której nie byłoby dokąd uciec. Pół godziny po dwudziestej! A tak – stratą była tylko sukienka, którą rozdarła, skacząc przez zbawczy płot. Ojciec byłby dumny. To on nauczył ją skakać przez płoty. Wspomnienie ukłuło w sercu. Żarówka w piwnicy mrugała niepokojąco, sugerując, że zaraz zgaśnie. Po karku przeszedł jej dreszcz. Coś było nie tak. Bardzo nie tak. Zerknęła w kąt i aż krzyknęła. Nie było ich. Ukradli. Tylko kto?! Ze złością uderzyła pięścią o ścianę. Co za ludzie. Nawet teraz… a może zwłaszcza teraz? Nieważne. „Niech ja tylko dorwę tego, kto to zrobił”. Wyszła, tupiąc głośno. Nie będzie kolacji. Ani obiadu jutro. Matka będzie znów płakać. Jak ona nienawidziła, kiedy płakała. Czuła wtedy, że łamie daną ojcu obietnicę. To ona prowadziła dom, to ona była za niego odpowiedzialna. Mama już nie umiała. A teraz ktoś ukradł ich zapasy. Opadła ciężko na fotel. Co teraz? Trzeba zdobyć nowe. Odetchnęła głęboko. Przypomniała sobie o torbie rzuconej na podłogę pod drzwiami. Tam było jeszcze kilka, z dzisiaj. Przesadziła z czarnowidztwem. Z emocji aż zapomniała, że przecież dzisiaj była na wsi. Ale to nie wystarczy na długo. Nie było takiej możliwości. Zmęczona, usnęła w fotelu. Straszna była ta wojna. Następnego dnia znów wyszła z domu wcześniej. Spieszyła się. Zaspała i mogło się okazać, że tramwaj już uciekł. Ale nawet to nie było dostatecznym powodem by nie zauważyć, że Tadzio, dziesięcioletni syn pani Halinki z parteru, trzyma w ręku wystygłego ziemniaka. I może to jeszcze o niczym by nie świadczyło – ale to, że schował go do kieszeni marynarki, jak tylko ją zobaczył – już tak. Tadzio zazwyczaj chwalił się tym, co miał do jedzenia. Zwłaszcza przed tymi, o których wiedział, że są głodni. Jeszcze przed wojną tak było. Złośliwy smarkacz. Zacisnęła zęby. Nie mogła się spóźnić na kurs, nie mogła. Ale po skończeniu postanowiła iść prosto do sąsiadki i wyjaśnić kilka rzeczy. Dzień, jak na złość, mijał bardzo powoli. Wskazówki zegara w mieszkaniu instruktorki przesuwały się w tempie chorego żółwia. Wszystko leciało z rąk, a koleżanki wciąż nie umiały zrobić zastrzyku domięśniowego. Dziękowała Bogu, mogąc wrócić do domu. Pani Halinka może i miała dobry pomysł, ale wykonanie pozostawiało już wiele do życzenia. Gdy tylko uchyliła drzwi i zobaczyła Marysię, próbowała na nowo je zatrzasnąć. Siedemnastolatka okazała się jednak silniejsza. A gdy tylko drzwi ustąpiły, jej oczom ukazał się stojący zupełnie na widoku worek. Jej worek. Awanturę słyszała chyba cała kamienica. Marysia doskonale zdawała sobie sprawę, że się naraża. Ale co z tego? Była tak wściekła, że musiała się wyładować. Złodziejka też wrzeszczała wniebogłosy, wyzywając ją od ostatnich. Bo ona ma dzieci, ona musi je karmić. A Marysia taka młoda, jej matka mogłaby się wziąć do pracy! W końcu, gdy obraziła ojca, mówiąc, że pewnie znalazł jakąś pannę i u niej został, zamiast wracać do rodziny, Marysia uderzyła z całej siły. Kobieta zwinęła się na podłodze, trzymając się za policzek. Przerażona tym, co zrobiła, wzięła worek – o połowę lżejszy – na plecy i pobiegła do mieszkania. * Dwóch chłopaków niosło szafę. Była mocna, dębowa, z pozłacanymi uchwytami. Stękali ciężko, sapali, niosąc ją wzdłuż ulicy. Starsza pani westchnęła cicho, litując się nad losem młodych tragarzy. Na oko mogliby teraz zaczynać przedwojenne liceum. Tacy młodzi. Ktoś zaproponował pomoc. Odmówili spokojnie, ocierając pot z czoła. Wreszcie postanowili chwilę odpocząć, stawiając mebel na chodniku. Odetchnęli kilka razy głęboko. Bolały ich ręce i plecy. Po chwili poprawili czapki na zmierzwionych włosach i znów dźwignęli, zmierzając dalej w stronę bramy okazałej kamienicy kilkaset metrów dalej. Na fragmencie muru przez chwilę zasłoniętym przez szafę pojawił się rysunek kotwicy. * Przez długi czas ten numer się udawał. Może zbyt długi. Dwaj koledzy niosą szafę, regał lub raz nawet kanapę, Marysia siedzi w środku z farbą, a gdy stawiają na ziemi – wyjmuje kawałek ścianki i wymalowuje piękne znaki na murach. Dawniej żółwie, teraz kotwice Polski Walczącej. W różnych częściach miasta. Pięknie to wychodziło. Przełożony chwalił pomysłowość i pracowitość, bo przecież dziewczyna uczyła się jeszcze na sanitariuszkę, koleżanki podziwiały odwagę, a Niemców trafiał ciężki szlag. Ale za długo widać, za długo. Ktoś widać musiał podpatrzeć, że kotwica w magiczny sposób pojawiła się, gdy tragarze zabrali szafę. W każdym razie, tego dnia podeszli do nich dwaj żandarmi z wyjątkowo parszywymi wyrazami twarzy. - Ausweispapiere *– zażądał jeden z nich, trzymając jedną dłoń na karabinie. Zachodzące słońce ostatniego dnia sierpnia sprawiało, że otaczała go jasna poświata. Jak anioła śmierci. – Was ist drin?** – spytał, czekając, aż chłopcy wyciągną dokumenty. - Nic – odpowiedział Tolek. – Null, Herr Gendarm. *** Marysia czuła, jak mocno bije jej serce. Była pewna, że ją słyszą. I może usłyszeli. A może tamten tylko dla pewności otworzył drzwi. Nie wiedziała. - Ach! – zaśmiał się jeden, widząc ją. – „Nic”, habt du gesprocht? Also, Frau Nic – wyciągnął ją za włosy i popchnął na mur. – Hände hoch! Und ihr! **** Ulica natychmiast opustoszała. Dzwony w niedalekim kościele zaczęły bić na mszę. * Pani Kielecka wracała ze sklepu. Miała nadzieję, że córka będzie już w domu. Było w końcu późno. Może choć raz wróci o czasie. Były w końcu jej osiemnaste urodziny. Chciała spędzić z nią choć chwilę. Jak kiedyś. Miała nawet prawdziwy tort, upieczony z wyżebranych od koleżanek jajek i mąki. Wydawało jej się, że drzwi pani Halinki są lekko uchylone, jakby ktoś obserwował korytarz. Nawet usłyszała coś w stylu: „Siedź cicho, dobrze im tak”. Ale może była tylko zmęczona. Dziwiła się, że dozorcy nie ma przy bramie. Nieświadoma niczego, nacisnęła klamkę. Słuch pogorszył jej się od tamtego września. Zwłaszcza odkąd dwie kamienice dalej spadła bomba. Nie słyszała odgłosów wyrzucanych z szaf ubrań i szuflad. * Marysia nigdy nie chciała umrzeć tak bardzo, jak w tamtych chwilach. Półprzytomna z bólu, leżała na betonowej podłodze. Starała się nie ruszać absolutnie niczym. Z rozbitych ust kapała krew, podobnie jak z poszarpanych zębami tresowanych wilczurów rąk. Leżała na boku – plecy nie nadawały się do niczego. Cała była jedną, wielką raną. Zaczynał się piąty dzień śledztwa. Nie wydała nikogo. Ani żadnej z koleżanek, które w końcu, na dzień przed jej aresztowaniem, nauczyły się robić ten przeklęty zastrzyk domięśniowy, ani żadnego z kolegów, z którymi malowała kotwice, ani dowódcy, na ręce którego składała przysięgę. Nie wiedziała nic o tych, z którymi ją złapano. Wydawało jej się, że słyszy polską piosenkę wojskową. I głos starej nauczycielki, której nie znosiła w podstawówce, powtarzającej łacińską sentencję: „Dulce et decorum est pro patria mori”. Nie chciała tego słuchać. Chętnie by się nawet zaśmiała, ale żebra zbyt ją bolały. Nie było nic zaszczytnego ani słodkiego w tej śmierci. Kilka godzin później znów zabrano ją na przesłuchanie. Tym razem jednak zostawiono ją w pokoiku obok katowni. Gestapowiec stał przy drzwiach i palił papierosa. Patrzyła na niego bez zrozumienia. Zza drzwi dochodziły jakieś odgłosy. Przywieźli ją za wcześnie? Wrzask i odgłos uderzenia. I znowu. - Wiesz, kogo tam przesłuchują? – spytał, nonszalancko opierając się o framugę. Chciała pokręcić głową. Nie zdążyła. Zza drzwi rozległo się pełne bólu „Jezus, Maryja!”. Wykrzyczane słodkim, znajomym głosem, do którego tak tęskniła. - Nie! – krzyknęła, próbując się podnieść. – Nie! – powtórzyła, gdy piekący ból zmaltretowanych stóp zwalił ją na beton. – Nie ona! Nie róbcie tego! – podpełzła do strażnika. – Błagam, nie! Nic nie powiedział. Tylko uśmiechnął się uśmiechem, który był bardzo podobny do min diabłów z obrazów w kościołach. Wybuchła płaczem. - Co ryczysz? – spytał zimno. – Chcesz do niej? Chciałabyś, co? – pochylił się i podniósł ją za włosy. – Frau Nic? - Przestańcie! – zawyła; jej krzyk splótł się z krzykiem za drzwiami. – Na Boga, niech on tam przestanie! Strażnik puścił ją i wyszedł. Po kilku minutach wrócił z kolegą. Wywlekli skatowaną do pokoju przesłuchań. - Patrz – zaśmiał się ten, którego wcześniej nie było. – Twoje dzieło, Frau Nic! Matka leżała na stołku tak, jak wiele razy wcześniej jej dziecko. Krwawiła z rozciętych pleców. Na ramionach miała widoczne ślady przypalania. Twarz powlekała jej skrzepła posoka. Stał nad nią gestapowiec, który kierował przesłuchaniami Marysi. W ręce trzymał gumową pałkę z ciężarkiem na końcu. - No, Frau Nic?- spojrzał z pogardą na młodą dziewczynę. – Czy teraz też nic nie wiesz? Marysia rozpaczliwie próbowała wyrwać się strażnikom. Nawet nie miała siły wspomnieć na Tolka, który zawsze bał się aresztowania i tego, że wyda wszystko, co wie - tak bardzo bał się bólu. Zapewne nie wytrzymał i wygadał wszystko. Adresy, tajemnice schowane pod łóżkami, w skrytkach... W uszach nie dźwięczała jej już piosenka. Teraz brzmiały w nich dwa głosy. - Opiekuj się mamą – mówił ojciec, jakby z bardzo daleka. - W obliczu Boga Wszechmogącego… - mówiła ona sama, przecież niedawno, gdy tylko mogła wstąpić - zaraz poszła… Teraz nic nie mówiła. Teraz krzyczała. Krzyczała nieludzkim, nawet nie zwierzęcym głosem, dopóki zirytowany gestapowiec nie uderzył jej pałką po głowie. Padła. Zobaczyła, jak na podłogę kapią krople krwi ze stołka. Matka się nie ruszała. Ale żyła. Patrzyła na nią błagalnie. Gestapowiec dźwignął dziewczynę i zmusił ją do uklęknięcia. - Może w końcu zaczniesz mówić? Opuściła głowę. * Dokumenty. ** Co jest w środku? ***Zero, panie żandarmie. **** Nic, powiedziałeś? A więc, Pani Nic, ręce do góry! I wy! \"Dulce et decorum est pro patria mori\" - \"Słodko i zaszczytnie jest umrzeć za ojczyznę.\"



        Dedykacja: Opowiadanie na grę prozatorską! Słowa-klucze: odpowiedzialność, cierpienie. Płeć bohatera: kobieta.

Płeć: nieznana
Ocena: 6
Liczba komentarzy: 2    
Data dodania: 21.01.2012r.

1     

Anima użytkownik 22 01 2012 (18:00:04)

Użytkownik ocenił pracę na 6

Szalenie mi się spodobało. Mogę to powiedzieć szczerze: chciałabym się od ciebie uczyć pisać. Z tą pasją i zapamiętaniem.
Uwielbiam ten okres wojenny. Pewnie będziesz wiedziała, o co mi chodzi. Pasjonuje mnie, przenika do głębi, ale w sercu ciągle szalenie im współczuję, choć może nie powinnam. Oni by tego nie chcieli: bohaterzy wojny. Zastanawiam się, czy interesujesz się historią. To wszystko brzmi bardzo realnie, szczegóły są dopasowane. Nie zabrakło ani cierpienia wojennego, ani odarcia człowieka z godności moralnego, jako że trzeba walczyć o przetrwanie (kłótnia Marysi z sąsiadką o ziemniaki). Na jej miejscu też bym się wkurzyła. Jest młoda, powinna się jeszcze więcej uczyć, a tymczasem robi coś dla ludzi, a także organizuje sobie przeżycie. A mogłaby przecież usiąść i zachowywać się jak jej matka. Chociaż ja ją rozumiem. Kochała ojca dziewczyny, do tego wojna i wszechobecne cierpienie ją przytłacza.
Dawied ma rację tylko, co do jednego: zakończenie jest przewidywalne. Niemcy bardzo często szantażowali emocjonalnie rodziną. Najgorsze jest dla mnie to, że rozbudziłaś ciekawość i urwałaś w tak niedogodnym dla mnie momencie. No nic... Jako że znalazłam może jeden zgubiony przecinek, daję sześć. W pełni zasłużyłaś!

Dawied Użytkownik wpmt 22 01 2012 (15:57:00)

Na pewno podoba mi się wielka dbałość o szczegóły i styl. Osobiście kompozycyjnie tak sobie to odebrałem. Za szybko przeskakiwałaś od ziemniaków do kłótni i dalej do kotwic i szkoły. Przez to miało się wrażenie, że ogląda się film na sporym przyśpieszeniu. Sam finał przewidywalny - szkoda, a na dodatek... wzrusza, oczywiście, że tak, ale robi to w sposób najprostszy z możliwych. Na pewno świetnie wypadają drwiny żołnierzy, ale już naturalistyczne opisy umęczonego ciała... nie zrobiły na mnie wrażenia. A np zauważ jak rozbudowany jest moment pożegnania z ojcem, a ja krótko malowanie kotwic. Po prostu czuje się tu pewną dysproporcję. Tyle ode mnie :) Pozdrawiam


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9701 | Proza: 2330 | Publicystyka: 721 | Komentarze: 68306 | Użytkownicy: 12452
Online(16): 16 gości i 0 zarejestrowanych: