warto go przeczytać
Ciepła noc. W egipskich ciemnościach nie było nic widać. Jedynie latarnie dawały nikłe światło, na betonowe uliczki. Słychać było, jak wiatr wygrywa walca na gałęziach wierzb, rosnących na starym placu zabaw. Nie było żywego ducha. Wszyscy siedzieli ukryci w domu, oglądając kanał Eurosport. Polska tenisistka, grała właśnie ważny mecz. Naród pokładał w niej wielką nadzieję, gdyż wtedy miały się otworzyć przed nimi wielkie możliwości w innych krajach. Tak więc, przy akompaniamencie krzyków, lamentów i nerwowego chrupania chipsów, rakieta firmy Head śmigała wraz z właścicielką. W bloku na niedużej uliczce, także oglądano zaciekłą walkę. Z mieszkania numer dwadzieścia pięć, nie słychać było jednak, żadnego z tych odgłosów.
Młoda kobieta o zimnych czarnych oczach i krótkich, "kolcowatych" włosach, stała w zaciemnionym pokoju. W łóżku spała jej ośmioletnia córeczka, Klara. Jedną ręką ściskała misia, druga leżała bezwładnie na poduszce. Długie włosy ułożyły się u góry, tworząc coś w rodzaju, nieforemnej korony. Dramatycznie zamknięte powieki i rzeka czarnych rzęs.
Z czarnych oczu kobiety spłynęło parę łez. Szybko je otarła, nie chcąc widzieć swojej chwili słabości. Nagle usłyszała, że ktoś wchodzi do mieszkania. Był to jej mąż. Mężczyzna przystojny, choć już starszy. Miał sumiastego wąsa i dość pokaźny brzuch. Na widok żony uśmiechnął się złośliwie.
- Co się gapisz, Susan? Nie oglądasz meczu?
Kobieta nie odpowiedziała. Wpatrywała się w lustro, wiszące naprzeciwko niej. Wiedziała, że gdyby odpowiedziała ze złośliwością, dostałoby się jej za to. Mężczyzna naburmuszył się jak małe dziecko i powiedział głośniej : Chyba coś mówiłem, Susan! Do *****, odpowiadaj! Ziemia do Susan! Tu jej mąż Jarek.
Opanowała się. Zdobyła się nawet na słodki uśmiech. Jarek także się rozpromienił i wydawało się, że będzie tak miło jak dawniej. Odkąd stracił pracę, był agresywny. Chwytał się różnych robót, ale tylko po to, aby zarobić na podstawowe wyżywienie. Mijał już rok. Susan, przed laty przyjechała do Polski. Marzyła o lepszym życiu, w kraju jej prababci. Spotkała jego, zakochała się, wyszła za niego za mąż i urodziła córkę. Tylko ona dawała jej siłę i radość. Teraz Jarek usiadł przy telewizorze, otworzył puszkę piwa i zaśmiał się tubalnie na widok falującego tłumu, widocznego w telewizji.
- A ja się dowiedziałem...- podjął rozmowę - że ty chcesz pracować. Gadałaś o tym z tą grubą Kryśką, żoną Ryśka.
- C-chciałabym. - wyjąkała, na wpół zdecydowanie, a trochę zdenerwowana.
- Nie ma mowy, skarbie! - odparł pewnie.
- A-ale...Nie! Mam dość! Pójdę do pracy i Klara będzie miała lepsze życie...
- Co ty powiedziałaś?!? Powtórz jeszcze raz!
Powtórzyła. Tym razem w jej głosie nie było czuć strachu. Zrozumiała, że cały rok dawała się poniżać. Teraz może iść swoją drogą. Może się nawet rozwiodą...weźmie ze sobą Klarę i zamieszkają w małej kawalerce, która z czasem zamieni się na dwupokojowe mieszkanie. Snuła tak marzenia, nie zauważając, że Jarek jest na granicy wytrzymałości.
- Ach, tak? Dobrze więc. Możemy się nawet rozwieść. Ale popamiętasz mnie....! - tu padło mnóstwo siarczystych przekleństw.
- Rozstańmy się. Klara może mieć inny dom...
- A ty będziesz z jakimś lalusiem? Nie ma mowy!
Granica cierpliwości pękła szybko, jak nitka napięta do granic wytrzymałości. Mężczyzna uderzył ją mocno w twarz. Susan upadła na podłogę i rozbiła sobie kolano o zdarty parkiet pełen drzazg.
- Posłuchaj mnie...- odezwała się słabo.
- Ani myślę! Zabawiasz się na boku i chcesz ode mnie uciec. Klara będzie siedziała sama w domu, będziesz się bawić, udawać przykładną matkę! Guzik prawda! Wiem jaka jesteś naprawdę! ******!
- Nie, nie, nie! - Oddech kobiety stał się przyśpieszony, kiedy mąż kopnął ją w brzuch.
- Bo co? Nie będziesz z nikim innym. Jesteś moja, zrozumiano?
- Tak, tylko mnie puść.
Zaśmiał się złośliwie i podał rękę. Kiedy nie miała siły, kucnął i troskliwie pomógł wstać. Miała zakrwawioną spódnicę, z wargi także spływała krew, oblewając śliczną twarz, boleścią. Oprócz tego miała złamaną jedną nogę. Jego litość znowu odpłynęła. Pchnął ją na ziemię i wyjąwszy parasol, zaczął ją okładać. Co go zdenerwowało? Zauważył, że nie ma na palcu obrączki. Kiedy błagała o litość, poczuł się dziwnie cudownie i z jeszcze większą gorliwością, wyjął miotłę i bił ile wlezie. Na czarno-białym dywanie pojawiła się duża kałuża krwi. W końcu Jarek stwierdził, że dostała za swoje i odłożył wszystko.
- Jak się czujesz, Susan? - pytanie wymówił słodko, tylko imię jak obelgę.
- Źle. Błagam...Klara. Błagam.
- Uspokój się. Nic ci się nie stało. Wstawaj.
- Po-pomóż...-jąkała się, starając złapać oddech.
- Wstawaj *****!
- Klara...- powiedziała ostatnie słowa i zamknęła zimne oczy.
***
Mżyło. Zachmurzone niebo, przepuszczało tylko niektóre słoneczne promienie. Wiatr wiał z wielką siłą i zrywał czarne kapelusze i chusty. Było ponuro. Szare nagrobki kryły różne tajemnice. Ale największą z nich, nagrobek Susan McCarthy- Antoszewskiej.
Zgromadzili się nad nim wszyscy którzy ją znali. Sąsiedzi, przyjaciółka oraz rodzina. Mała Klara stała spokojnie, z oczkami otwartymi najszerzej jak mogła. Pamiętała tamtą upiorną noc. Wstała, aby napić się wody. W kuchni stał tata dał jej kartonik z sokiem, wysłał do łóżka, a potem trzasnął drzwiami wejściowymi. Już go nie było. Klara miała złe sny. Chciała przytulić się do mamy. Ujrzała kałużę krwi i zaczęła przeraźliwie krzyczeć. Pojawiła się sąsiadka, pani Krysia i zajęła się wszystkim. Powiadomiono też rodzinę Susan, jej jedyną siostrę Camille. Odtąd ona miała się zając wychowaniem siostrzenicy. Dwa dni temu odbyła się rozprawa sądowa. Ojciec Klary udawał w sądzie, że to jego żona go sprowokowała i że jest niewinny. Jednak kiedy wysłuchano jego córki, postanowiono zamknąć go w więzieniu. I to na wiele lat! Teraz ksiądz mówił coś o jej matce. Klara nie słuchała. Dalej wspominała ukochaną rodzicielkę.
***
Na plaży w Miami prażyło słońce. Tabuny ludzi zagradzały drogę do miasta. Każdy chciał się opalić. Było tu mnóstwo ludzi czarnych, wiśniowych i albinosów. Na leżaku przy stanowisku ratownika, siedziała rudowłosa kobieta o wesołym uśmiechu. Na imię jej było Camille. Ratownik Fred był jej narzeczonym. Wpatrywała się w niego z zachwytem. Obok niej, na piasku, siedziała czarnowłosa siostrzenica. Ubrana w długą, powiewną spódnicę i top, przebierała rękami piasek. Twarz ukryła pod osłoną włosów. Z oczu leciały jej łzy. Jedna, druga, trzecia...Nie mogła się powstrzymać. Szczęście, że ciotka nic nie zauważyła. Było jej tu dobrze. Brakowało jej tylko mamy. Miała osiem lat, kiedy ją zabito. A zbrodnię wykonał własny ojciec. Klara nie wiedziała co o tym myśleć. Nie była już dzieckiem, miała jednak zaledwie osiemnaście lat. Ludzie dziwili się, co taka smarkula może wiedzieć o życiu. Ona jednak wiedziała. Od tamtego czasu nie była już sobą. Skryta i smutna, pisała pesymistyczne wiersze i brała udział w konkursach. Niby była kujonem, ale uczyła się tylko po to, aby iść na studia i żyć na własną rękę. Nie miała czasem już siły. Marzyła, aby umrzeć, spotkać mamę, której obraz nie zacierał się bynajmniej w pamięci, tylko ciągle odnawiał. Wstała gwałtownie i ruszyła w drugą stronę plaży. Spacerując tak, przyglądała się ludziom. Nagle ktoś złapał ją mocno za ramię. Odwróciła się zdenerwowana i zaskoczona. Mężczyzna był siwy i gruby. Mógł mieć około sześćdziesięciu lat.
- Przepraszam, że cię zaczepiam, ale kogoś mi przypominasz.
- Nic mnie to nie obchodzi. Proszę mnie puścić!
Mężczyzna dalej nie reagował. Pociągnął ją za rękę w stronę swojego brzuchatego kolegi.
- Ej, Jarek! Ona jest podobna do Klary.
- Nie jestem Klara! - skłamała szybko, pragnąc się wyrwać.
- Może rzeczywiście nie. Ona powinna być w Londynie, tam zabrała ją ciotka. Idź już!
Uciekła jak najszybciej do cioci i poprosiła, aby sobie poszły. Chwilę potem były już w hotelu, gdzie mieszkały podczas wakacji. Klara wzięła kartkę i długopis, po czym usiadła przy biurku.
Drogi Panie Antoszewski!
Na początek chciałabym powiedzieć, że nie wiem jak ten list zacząć, więc pisze to co dyktuje mi serce. Pamięta pan spotkanie na plaży w Miami, dwunastego sierpnia? To byłam ja. Pańska córka Klara. Chciałam się wtedy wyrwać. Nie potrafię o tym rozmawiać z człowiekiem, który zabił moją ukochaną mamę. Była niepowtarzalna. Do dziś pamiętam ją bardzo wyraźnie. Przytulała mnie, pocieszała...Była jak każda inna matka. A...a Pan musiał to wszystko zepsuć. Jest Pan moim ojcem, ale nie potrafię się tak do Pana zwracać. Nie mogę. Coś mnie zablokowało. Może to i dobrze, bo ja nie mogę tego wybaczyć. Kochałam ją! Pana też! Przecież ona nic nie zrobiła! To Pan był zaślepiony, chciał Pan widzieć to co się Panu podoba. Wyimaginowałeś sobie, że cię zdradza albo coś w tym stylu. Wiedz, że więcej nie napiszę. Miałeś szansę, aby mnie kochać i znać. Zmarnowałeś ją i dodatkowo popełniłeś masę niewybaczalnych błędów. Nie mogę powiedzieć, że cię kocham, bo tak nie jest! Czasem zastanawiam się, czy cię nienawidzę, czy nie. Już nigdy się nie spotkamy. Żegnaj.
Klara McCarthy.
***
- Jaro, list do ciebie!
- Hehe, ciekawe od kogo!
Brzuchaty mężczyzna, śmiejąc się tubalnie, otworzył kopertę i zrzedła mu mina.
- Co za *****! Ta na plaży! To była ona, Arku!
- Odnajdziemy ją.
- Niby jak?
- Od czego jest sąd?
- Jesteś geniuszem, Arek! Popamięta mnie ta idiotka!
***
- Ciociu...Ciociu!
Camille obudziły łzy przeplatane nerwowym głosem Klary.
- Co się stało, kochanie?
- Wysłałam list do taty. Spotkałam go wtedy na plaży i... - opowiedziała wszystko ciotce.
- Musimy uciekać. Jeszcze ci coś zrobi! Wyjedziemy do Brazylii. Mam tam dom, a poza tym Fred chciał tam jechać. Nie martw się, kochanie! Nie oddam cię jemu. Zresztą jesteś dorosła. Pójdziesz tam do szkoły. Wszystko będzie dobrze, Klaro. Musimy tylko wierzyć, że będą lepsze dni.
Ocena: 5.5
Liczba komentarzy: 2
Data dodania: 28.03.2009r.
Statystyki: Wiersze: 7853 | Artykuły: 264 | Recenzje: 234 | Proza: 1645 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46575 | Użytkownicy: 3566
Online(25): 18 gości i 7 zarejestrowanych:
Salem_de_Lincourt, Dawied, Fał, Pawlak, Wojtex81, Kamil M. Jaszczak, Ell003