warto go przeczytać
W piątek, na pierwszej przerwie podszedł do mnie Marek – mój przyjaciel. Zaproponował, abyśmy się spotkali w jego domu i spędzili ze sobą trochę czasu. Zarówno mnie jak i jemu najbardziej pasowało, abym odwiedziła go z sobotę o godzinie 12 w południe i została do wieczora. W szkole każde z nas ma swoich znajomych i nie kontaktujemy się ze sobą (poza liścikami, które przesyłamy sobie na lekcjach). Trochę zdziwiła mnie ta propozycja – zwykle rozmawialiśmy w szkole. Mimo to chętnie przyjęłam zaproszenie.
Byłam pewna, że cały czas przesiedzimy w jego pokoju rozmawiając. Trzeba było przecież nadrobić zaległości. Jednak okazało się, że Marek już zaplanował cały dzień. Najpierw rzeczywiście spędziliśmy trochę czasu w domu. Rozsiedliśmy się na fotelach przy ławie pełnej najróżniejszych smakołyków. Marek kupił chrupki, soki, paluszki i owoce. Pałaszowaliśmy słodkie rarytasy i rozmawialiśmy, do czasu, gdy atmosfera się rozluźniła. Na początku każde z nas było spięte i trochę nieśmiałe. Tak, jak podejrzewałam po krótkiej rozmowie i przypomnieniu śmiesznych szkolnych historii, zaczęliśmy zachowywać się normalnie, co w naszym przypadku oznaczało śmiech do łez.
Około godzinę po moim przyjściu postanowiliśmy wybrać się nad rzekę. Nieopodal znajdowało się miejsce z kamieniami idealnymi, aby po nich skakać. Od początku wiedzieliśmy, że nie obejdzie się bez chlapania i prób wepchnięcia do wody. Wyjęliśmy z szafy plecak i spakowaliśmy do niego dwie małe butelki wody, trochę paluszków i swoje bluzy; nie wiedzieliśmy ile czasu będziemy na dworze. Marek zarzucił plecak na ramię. Ruszyliśmy. Najpierw szliśmy drogą asfaltową pod górkę. Droga upływała szybko, opowiadaliśmy sobie dowcipy. Nawet nie zdążyliśmy się zorientować, a już byliśmy przy sklepie, obok którego mieliśmy skręcić w lewo. W środku niewielkiego budynku dostrzegłam naszych znajomych z klasy. Postanowiliśmy się z nimi przywitać i chwilkę porozmawiać. Jak się później okazało i oni nas zauważyli. Chcieli tylko dokończyć zakupy i do nas dołączyć. Nasza koleżanka, Daria, zaprosiła wszystkich do swojego domu na cappucino. Mimo, iż mieliśmy na nie ochotę, nie skorzystaliśmy z propozycji. Właściwie to ja nie miałam nic przeciwko temu, Marek jednak chciał przede wszystkim jak najszybciej dotrzeć nad rzekę. Może skusiła go możliwość spędzenia czasu w lesie? Pożegnaliśmy się z kolegami i poszliśmy przez łąkę w kierunku lasu. Były tam porozrzucane kawałki pni drzew, co psuło całe piękno polany. Trawa miała kolor wręcz złoty, oprócz niej rosły tam dość marne pozostałości po żółtych i białych polnych kwiatach. Słońce było wysoko, więc szybko odczułam zmęczenie. Zrobiliśmy sobie postój. Otworzyliśmy plecak i zaczęliśmy wyjmować przyniesione rzeczy. Bluzy rozłożyliśmy na ziemi. Marek usiadł, ja zaś wystawiłam się do promieni wrześniowego słońca, znacznie słabszych niż te, które pamiętam z wakacji. Cieszyłam się, że nareszcie możemy być razem i nikt nam nie przeszkadza w rozmowie, nie mówi, że z nas zakochana para”. To była taka wyjątkowa i radosna chwila…
Moją zadumę przerwała natrętna osa, która nie chciała się ode mnie odczepić. Walczyłam z nią, ale dopiero Markowi udało się ją wygonić.
Po chwili wstaliśmy. Próbowałam spakować plecak, który z niewyjaśnionych przyczyn i swojej plecakowej złośliwości nie chciał się domknąć. Co tam takiego było?
Wyruszyliśmy w stronę lasu. Był oddalony od nas około 200 m. Tym razem ja niosłam plecak. Po drodze zebrałam bukiet kwiatów. Nie był tak piękny jak te letnie, ale cóż, to w końcu jesień. Nie wiem, czemu, ale prawie wcale nie rozmawialiśmy. Rozglądaliśmy się dookoła i podziwialiśmy piękno przyrody oraz trele ptaków. Było to zachwycające. Miałam wtedy pustkę w głowie, natura pochłaniała moje myśli. Nawet nie zwróciłam uwagi, kiedy weszliśmy do lasu.
- To tutaj! Ładna okolica, nieprawdaż? – Usłyszałam.
- Przepiękna! Nigdy nie widziałam czegoś tak wspaniałego. No, to gdzie te kamienie? – Wręcz promieniałam energią, stanowczo za długo się nie odzywałam.
- Dziesięć metrów stąd tak na oko. Ja już słyszę rzekę – Marek wyraźnie ożywił się w lesie, jakby był u siebie. Po chwili byliśmy przy kamieniach. Zrzuciłam plecak z ramion i skoczyłam na pierwszy lepszy kamień od brzegu. Nie sprawdzałam nawet czy to bezpieczne.
- Uważaj – Zabrzmiał głos mojego kolegi. On chyba wiedział, czym grozi takie skakanie i myślał bardziej logicznie niż ja. Miał rację. Nim się zorientowałam leżałam już na kamienistym dnie strumyczka powstrzymując śmiech. Ale Markowi nie było do śmiechu. Wystraszył się na dobre. Pomógł mi wyjść z wody i wygłosił krótkie kazanie na temat, co robić żeby go nie wpędzić do grobu.
- Mam dla ciebie niespodziankę. Zaraz się dowiesz, czemu plecak był taki ciężki. Chodź! – Byłam ciekawa jak nie wiem, co. Jeszcze nigdy żaden ze znajomych nie zrobił mi niespodzianki… Uśmiechałam się w duchu, a niespodzianka okazała się bardzo miła. Marek wziął do plecaka kiełbaski i kilka kromek chleba. Kilka metrów od rzeki, na małej polance znajdowało się miejsce na ognisko. Marek poszedł poszukać drewna, a moim zadaniem było znalezienie dwóch kijów do pieczenia kiełbas. Gdy wróciłam z kijkami, usłyszałam:
- Siądź sobie blisko ogniska i wysusz się. Ja upiekę kiełbaski. Po zjedzeniu możemy jeszcze poskakać po kamieniach, ale wkrótce będzie się trzeba zbierać do domu. – Zgodnie z propozycją, a właściwie rozkazem podeszłam blisko ognia. Po kilku chwilach posiłek był gotowy. Zjedliśmy ze smakiem, popiliśmy wodą i zgodnie z planem działania (tylko ostrożniej) poszliśmy skakać po kamieniach. Było fantastycznie. Raz prawie wepchnęłam Marka do wody. Na szczęście on zna ten teren i wie, który kamień jest bezpieczny. Zwinnie jak żaba przeskoczył na leżący nieopodal głaz unikając mojego ataku. Bawiliśmy się tak w najlepsze przez około godzinę. Trzeba już było wracać. Zabraliśmy plecak i ruszyliśmy. Droga upłynęła nam miło. Ponownie spotkaliśmy znajomych, którzy spytali się nas, czemu mam mokre włosy i część ubrania. Odpowiadaliśmy śmiechem, bo co tu wyjaśniać?
Gdy doszliśmy do domu wybiła godzina szesnasta. Marek znowu mnie zaskoczył. Powiedział, że jego tata zawiezie nas do kina w Suchedniowie na komedię. Mięliśmy godzinę do wyjścia, film zaczynał się o siedemnastej. W czasie oczekiwania na wyjazd wypiliśmy herbatę i odpoczęliśmy po dość męczącej wycieczce.
Za piętnaście piąta wyjechaliśmy do miasta. Zatrzymał nas jeszcze znajomy taty Marka, który to miał do niego szalenie ważną sprawę do przedyskutowania w tej chwili. Trochę spóźniliśmy się na seans. Okazało się, że film jest bardzo śmieszny. Nie żałowaliśmy wydanych pieniędzy i czasu poświęconego na kino. To był chyba najzabawniejszy film, jaki nakręcono.
Niestety, gdy wyszliśmy z domu kultury musiałam jechać prosto do domu. Dnia spędzonego z Markiem nie zapomnę do końca życia. Nigdy nie bawiłam się tak dobrze. Mam nadzieję, że to nie jedyne takie spotkanie i, że on też go nigdy nie zapomni. Nareszcie mięliśmy okazję pokazać, jacy naprawdę jesteśmy. Chyba właśnie to było najważniejsze w tym dniu.
Ocena: 3
Liczba komentarzy: 2
Data dodania: 19.02.2009r.
Statystyki: Wiersze: 7853 | Artykuły: 264 | Recenzje: 234 | Proza: 1645 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46575 | Użytkownicy: 3566
Online(30): 23 gości i 7 zarejestrowanych:
Salem_de_Lincourt, Dawied, Fał, Pawlak, Wojtex81, Kamil M. Jaszczak, Ell003