warto go przeczytać
Pseudonim: Mii
Pani K. i pan W. poznali się w domu publicznym. Obydwoje samotni, rozgoryczeni po kolejnej miłosnej porażce. Ona zerwała z dziennikarzem sportowym, którego nazwisko widniało na czarnej liście jakiejś tam bojówki. Sama dobrze nie wiedziała o jaką drużynę chodzi, ale szczerze? Miała to głęboko... Pewna była co do jednego. Nie chciała problemów.
A on? Dowiedział się, że ludzie się nie zmieniają. A już na pewno nie sklepowe kasjerki, których faceci giną w wypadkach samochodowych. Codzienne użalanie się nad sobą. Niemożność pogodzenia się z tym, że na życie składa się tysiące zbiegów okoliczności, że samo nędzne istnienie jest jednym wielkim przypadkiem. A kiedy nadchodził wieczór, pan W. nie nadążał z podawaniem jej chusteczek. Na płaczkę się nadaje, a nie na kasjerkę, kołatało się w głowie. Zastanawiał się, czy kiedy klient podchodzi do kasy też ma łzy w oczach. Bo wie pan, mój chłopak zginął w wypadku samochodowym. Jezu, naprawdę? I szybko odkłada siatki, żeby podać jej kawałek papieru. I w końcu puściły mu nerwy. \"Niech ryczy w samotności. Po cholerę coś takiego żyje?\" - pytał siebie w myślach. Zrobił to, na co miał ochotę od dawna. Zostawił ją. \"Przynajmniej zaoszczędzę na chusteczkach\".
Rozgoryczony, samotny, zgryźliwy. Tego wieczoru szklanka whiskey nie wystarczyła. Jak widać. Wyprany emocjonalnie, bez zastanowienia, wylądował w burdelu. Beznamiętnie obserwował roznegliżowane kobiety. Jedna owijała się wokół rury, czekając aż któryś z pijanych facetów obdaruje ją napiwkiem. Panie niczego sobie, ale tej nocy nawet one nie podniecały W. I pewnie skończyło by się na kolejnej szklance whiskey, gdyby nie przypadek, jakby żywcem wyciągnięty z amerykańskiego romansidła.
W rogu sali, na czerwonej sofie samotnie siedziała kobieta. Jej twarz to znikała za zasłoną mroku, to pojawiała się w zielonych i niebieskich refleksach nieustannie błyskających reflektorów. W. nie mógł stwierdzić czy jest warta uwagi, jednak nie to zdawało mu się najważniejsze. Nie była przedstawicielką dyskotekowej rasy, a tym bardziej lepiącą się do rury żmiją, żerującą na pieniądzach nieszczęśliwych mężczyzn, chcących zbadać krągłości płci przeciwnej. W. nie miał pojęcia, skąd w jego głowie pojawiła się ta myśl, ale był pewny, że ona też jest samotna. Spotkało ją podobne nieszczęście i z tego samego powodu przyszła do domu publicznego. Wstał i bez zastanowienia poszedł w jej stronę. Bo jak mówią: niewykorzystane sytuacje lubią się mścić. Co działo się dalej? W. wykorzystał wszelkie chwyty, jakich nauczył się w poprzednich kontaktach z dziewczynami. \"Patrz jej w oczy, nie nachalnie, jakby przez przypadek dotykaj jej dłoni, ramion. Mowa ciała jest najważniejsza\" - myślał, kompletnie zauroczony jej błękitnymi oczami, jasną cerą i krótkimi blond włosami. Skończyli w łóżku. Zawsze jest taka kolej rzeczy, prawda?
Nie minął miesiąc, a już ze sobą chodzili. Nie minęły trzy miesiące, a już ze sobą mieszkali. A ich droga do zacisznego mieszkania gdzieś na obrzeżach Krakowa (nowe osiedle), przypominała podróż tratwą przez ocean. Czasami wiatry nie sprzyjały dwójce zakochanych, a wzburzone połacie wody starały się zrzucić ich z niestabilnego podłoża. Bo czymże są pierwsze miesiące związku, jak nie ciągłym trwaniem w niepewności, czy na pewno to ta jedyna, ten jedyny? Ale zdarzały się i dni spokojne, kiedy granatowe przestworza, niczym lustrzane odbicie nieba spoczywały w bezruchu. I wtedy droga zdawała się prosta. Prowadziła do przytulnego mieszkania. Na bezludną wyspę. Dryfowali w swojej egzystencji, samotnie. Miłość powoli rozkwitała. Skomplikowana, gwałtowna, niepewna. Ale to zawsze miłość. Połączyło ich dziwne, nadzwyczajne uczucie. Tak przynajmniej oni uważali. Osoba z zewnątrz nigdy nie powiedziałaby, że poznali się w burdelu. W rzeczywistości jednak nie znali się. Nie wiedzieli nic o swojej przeszłości. Sielanka, spokój jaki zapanował w ich życiu po burzliwych rozstaniach, całkiem zakłócił ich obiektywny pogląd. Chęć bycia z kimś, chęć poczucia własnej wartości mąciła im w umysłach. Całkiem odmienne charaktery, pasje, zainteresowania. Wszelakie wady, negatywne emocje spychali głęboko w bezdenną otchłań umysłu, serca czerniały z każdym dniem. Nie chcieli przyznać, że coś jest nie tak. Że to nie to. Bo i po co? Byli pozornie szczęśliwi . A zawsze lepsze fałszywe szczęście niż żadne. Sąsiedzi, znajomi, współpracownicy zaczęli ich postrzegać jako nierozłączny wzór par. Sami zdawali się nie zauważać rys i pęknięć ich związku. Chcieli chyba mieć jakąś nadzieję, dowód na to, że miłość nie zna ograniczeń.
I wtedy na ich wyspie ktoś się pojawił. Ale nie osoba z zewnątrz. Wręcz przeciwnie, z wewnątrz. Głęboko skrywana, nieznajoma osoba. Bo jak ktoś kiedyś powiedział: w każdym człowieku, tkwi inny, gorszy. A kiedy w związku nie wychodzi i życie wydaje się jedynie szarą, nudną masą, istota wewnątrz zaczyna domagać się wrażeń. I chyba wtedy mężczyźni wypuszczają z klatki kanibala, który niczym huragan, niszczy wyspę, razem z jej mieszkańcami. Zaczęło się od lekkich uderzeń w pośladki podczas stosunku. Normalne. Ale czy okładanie po twarzy, przywiązywanie partnerki do łóżka również można uznać za przejaw normalności? Chyba nie. Kobieta doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Widziała, jak ich wyspa znika z powierzchni. Ale kanibal to przebiegła bestia. Pełna pożądania. Kierowana ślepym popędem, tzw. Élan vital. Chciał więcej, a kiedy wszystko to, czego dokonał zdało mu się nudne, postanowił postawić wszystko na jedną kartę. Ona próbowała uciec, ale on odczytał każdy jej zamiar. Schwycił, wykorzystał, zabił. Wyspa, którą każdy tworzy, jest tylko pozornie miejscem szczęścia. Ale fundamenty są na wskroś kruche. A najgorsze, co może dopaść człowieka to nuda i poczucie, że wszystko może. A od tego krótka droga do szaleństwa. Wyspa jest względna, jak wszystko.
Ocena: 6
Liczba komentarzy: 2
Data dodania: 29.12.2011r.
Statystyki: Wiersze: 7853 | Artykuły: 264 | Recenzje: 234 | Proza: 1645 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46575 | Użytkownicy: 3566
Online(31): 25 gości i 6 zarejestrowanych:
Salem_de_Lincourt, Dawied, Fał, Pawlak, Wojtex81, Kamil M. Jaszczak