Wybory do parlamentu krajowego, AD. 1973 II / II

Część poprzednia III Powrócił do swej fizycznej powłoki zresztą bardzo szybko, jednak przez ten krótki czas musiała ona odbyć przechadzkę w czasie i przestrzeni, bowiem gdy znów spojrzał na świat własnymi oczami, ujrzał blask przedpołudniowego słońca, łukowato wygiętą drogę, biegnący wzdłuż niej wał kolejowy, czerwony słup zwieńczony blaszaną tarczą oraz przeróżne inne elementy miejskiego krajobrazu. Gwałtowne przeniesienie tak zaskoczyło Namsa, że aż się zachwiał. Zaraz odzyskał równowagę, zauważając ze zdumieniem, że jego ciało przestało reagować w sposób, do jakiego był przez całe życie przyzwyczajony. Znikła chwiejność nóg; kroki stawiał długie i pewne. Plecy, wiecznie przygarbione, wyprostowały się. Barki zrobiły szersze i tęższe. Ręce chwytały z wielką siłą. Zaciekawiony Namsos uderzył się lekko w żebra. Aż jęknął z bólu. Nigdy nie miał takiej krzepy! Zdziwiony, podwinął rękaw i ujrzał, że chuda witka ramienia przedzierzgnęła się w doskonale umięśnioną, opaloną męską łapę. To samo stało się z biodrami. Nawet poplamione ubranie zastąpił nowy, szykowny strój, a niechlujne kudły skróciły się znacznie i nabrały połysku. Wszystkie minione wydarzenia (było ich tak wiele!) przypominał sobie mgliście. Bardzo mało go obchodziły. Co stało się ze Świętą Heleną i jej kompanią? Czy wściekły ojciec prowadzi poszukiwania? Czy jest już dzień wyborów? Poprzedni Namso oszalałby od wszystkich tych zmartwień, temu bieżącemu wydawały się mniej więcej obojętne. Przeszukując kieszenie perfekcyjnie skrojonych spodni, odnalazł kartonowy bilet autobusowy. W tym momencie rzeczony środek transportu nadjechał, zatrzymując się obok czerwonego znaku. Namsos wskoczył do środka, bo dlaczegóż właściwie by nie? Odbił kartonik w kasowniku. Autobus ruszył wygiętą drogą, lekko kołysząc. Bardzo przyjemnie było tak jechać przed siebie, bez konkretnego celu. Pojazd wyposażono w klimatyzację oraz cyfrowy panel zawieszony pod sufitem, wyświetlający trasę, najbliższy przystanek i, dzięki systemowi RDS, co jest aktualnie grane w radiu. Namsos nigdy nie widział takiego urządzenia. Według tablicy z głośników leciała jakaś autorska interpretacja przeboju Kim Wilde, kuriozalnie zatytułowana „Penners in America”. Namso wsłuchał się w charakterystyczną melodię refrenu: „Na na na nana Na TEJ! Naa na na na Na TEJ!” Na przystanku do pustego autobusu wsiadła dziewczyna. Namsos przyjrzał jej się dobrze. Spod kusej sukienki wyzierały pięknie opalone nogi. Talię miała zgrabną, biodra smukłe, aksamitne, długie włosy. Tylko z buzi patrzyło jej jakoś nieprzyjemnie, ironicznie… - Święta Heleno? – wykrzyknął Namso Voss. – To ty? W tym stroju i w dziennym świetle wyglądała naprawdę ślicznie. - Nie wiem za kogo mnie bierzesz – powiedziała przyjaźnie, unosząc brwi. – Nie jestem żadną świętą. Na imię mi Limboeria, ale niech cię to nie przestraszy. Nazywaj mnie, jak wszyscy przyjaciele – Limbo. - Uważasz mnie za przyjaciela? Ledwie się spotkaliśmy. - Nie widzę żadnego powodu, dla którego nie miałbyś się nim stać – wyznała. Namsos odchrząknął. Czuł w sobie takie coś, czego jeszcze nigdy nie poznał i nie mógł nazwać. Objawiało się to między innymi wielką ochotą mówienia rzeczy, o których w innych okolicznościach nawet by nie pomyślał. - A więc… Limbo – rzekł powoli, niskim głosem. – Czy w takim razie zechciałabyś spędzić ze mną trochę czasu? - Z miłą chęcią – odparła. Już, stało się! Limbo zerknęła na wyświetlacz. - Dobrze się składa, bo akurat stajemy pod dworcem autobusowym, gdzie mieszkam. - Mieszkasz na dworcu? - Ależ nie! – żachnęła się odrobinę. – Tylko wynajmuję mieszkanie nad budynkiem dworca. Zapraszam cię do niego. - Zaproszenie przyjęte – odpowiedział z uśmiechem. Wysiedli więc na następnym przystanku. Śladem Limbo Namso przeszedł przez dworcowy parter, mijając okienka dla klientów i pierwsze piętro, gdzie mieściły się biura zakładu transportowego. Oszklonym przejściem, otwieranym specjalnym kluczem dla mieszkańców, Limboeria wprowadziła go na klatkę schodową. Jej lokum mieściło się pod numerem trzecim. Wewnątrz Namsos, który ostatnie trzy lata przewegetował w zakluczonej, niedoświetlonej i zatęchłej klitce, poczuł się zawstydzony - tak czyste i dobrze przewietrzone były pokoje. Z pewnością trafił do prawdziwego kobiecego gniazdka. Limbo posadziła go przy dębowym, okrągłym stole. Spytała, czy nie jest głodny. Ostatni raz jadł przed wieloma godzinami, więc skrzętnie przytaknął. Gospodyni kazała mu zaczekać i wyskoczyła do przyległego pomieszczenia. Po chwili przed chłopakiem wyrosły trzy półmiski: z parującymi ziemniaczkami, mięsną potrawką oraz orzeźwiającą mizerią. Limboeria podała mu również srebrzyste sztućce i postawiła szklankę jasnego piwa. Wyborny posiłek zniknął błyskawicznie. Limbo siedziała z naprzeciwka, zadowolona obserwując, jak pałaszuje przysmaki. Wysuszone gardło Namsos zwilżył pienistym napojem. Było mu dobrze, tak jak jeszcze nigdy. Od niepamiętnych czasów nie spożywał niczego, co przyrządzono z uczuciem i staraniem, specjalnie dla niego. Głośno pochwalił kulinarne zdolności dziewczyny. Nie posiadała się z radości. - Wiesz, mógłbyś pomóc mi z tym wszystkim… – zauważyła mimochodem, wskazując na brudne naczynia. – Po przyjacielsku. Cieniutki głosik w głębinach namsosowej duszy ostro zaprotestował: - Dlaczego kobieta ma zlecać ci obowiązki? Ale szybko został zdławiony. Voss zebrał statki, ruszając do kuchni. Wyszorował je dokładnie w tytanowym zlewie, pod strumieniem gorącej wody. Gdy były już czyste, wytarł ścierką i pochował w szafkach. - Mam nadzieję, że jesteś zadowolona. Wiesz, jak z przyjaciela – powiedział, odwracając się do Limbo. Oparta o parapet, stała z obnażonym biustem. Wpadające przez okno promienie słońca tworzyły wokół jej sylwetki świetlistą obwódkę. Zesztywniał. - Jak z kochanka – wycedziła namiętnie. Poruszyła wszystkimi krągłościami w zachęcającym geście. Namsosa nie trzeba było dwa razy prosić. Z początku nieśmiało, trochę niepewien, czy wszystko jest naprawdę, podszedł do swej pierwszej pary piersi w życiu (Rowena karmiła maleńkiego syna syntetycznym surogatem mleka). Ale gdy tylko koniuszkiem palca musnął różowiutki sutek, a ten zadrżał i stwardniał, młodzieńcowi puściły wszystkie hamulce. Wbił się w soczystą pierś, bez opamiętanie ssąc, całując i miętosząc. Rękoma ocierał całe jej ciało. Nie wytrzymał, zdarł z niej sukienkę oraz bieliznę. Naga Limbo jęczała uniesiona. Z coraz rosnącym apetytem, Namso przypuścił potężny szturm na ciaśniutkie łono. Naparł siłą tarana i puścił w ruch prężne biodra. Gromadzące się w tym jego nowym ciele siły witalne nareszcie znalazły ujście! Odczuł, że niebawem eksploduje. Przymknął oczy. Takiej rozkoszy nie czuł dotąd. Świat wokół pociemniał; zdołał dostrzec jeszcze, jak wijąca się pod nim Limboeria krzyczy tryumfalnie i strzela palcami nad głową. Zapadła cisza. Ciepło sprężystej kobiety znikło, pojawił się za to chłód omszałego kamienia, oświetlonego błękitnym ogniem. Wszystkie cechy fizyczne Namsosa Vossa wróciły do normy; przetłuszczone włosy sypały mu się do oczu. Rozciągnięty na posadzce, popatrzył dookoła siebie. Z wyrazem niekłamanego podziwu na twarzy, przycupnęła nad nim Święta Helena. Również Czerwony Eklezjarcha wyglądał na zaskoczonego. Chórzyści, którzy zrzucili kaptury, rozdziawiali gęby w cielęcym zachwycie. - Namso, mój chłopcze! Nie pomyliłam się co do ciebie – zawołała święta. – Wiedziałam, że za tą odrażającą maską aspołecznego liberała kryje się prawdziwy mąż! Zdałeś mój egzamin na piątkę. Doskonale jesteś przysposobiony do anarchosocjalistycznego urządzenia! - Anarcho… socjalistycznego? – wydukał Namso. - Tak! Jesteśmy anarchosocjalistami! Szerzymy wielką rewolucję społeczną poza granicami Andalumii. A teraz możesz dołączyć do nas. Pomyśl tylko, co to będzie za rozkoszne życie. W dzień toczymy walkę – póki co bezkrwawą, ideologiczną – na ulicach, w nocy odśpiewujemy tutaj wszystkie psalmy Chaosu, aby umacniać nasze dusze. Chcemy, żeby pewnego dnia każdy mógł odnaleźć swoją Limboerię. Czy to nie wizja, której warto się poświęcić? - Tfu! Lewactwo! – splunął Namsos. Zgromadzenie osłupiało. - Gardzę anarchosocjalistycznymi bredniami! – wrzasnął. – Tyś mi, Heleno, pokazała, co mieć mogę, a teraz chcesz mnie zamknąć pod ziemią?! Ja jestem Namsos zwycięski! Ja wiem, że niejedno zwojuję! I pędem wypadł z katakumb. Po jego nagłym zniknięciu zapadło długie milczenie. Wreszcie odezwał się Eklezjarcha: - Cóż to za głupi człowiek. A jednak, niepowetowana strata. - Nie osądzaj pochopnie – odpowiedziała Helena ze swym zwykłym uśmieszkiem – Być może lepiej wyjdziemy na tej ucieczce, niż gdyby pozostał z nami. IV Namso wielkimi susami przemierzał aulę świetlicy środowiskowej. Roiło się w niej od zempatyzowanych obywateli. Grubas, któremu podczas warsztatów podsunął podwójną dawkę, chciał złapać go w objęcia. Drobna kobieta darła się, że mają zabrać jej wszystkie pieniądze, bo rząd nałożył zbyt niskie podatki. Posępny technik za nogę ściągał śniętą Apage ze sceny. Namsos wychodził już, lecz nagle odwrócił się na pięcie i tonem mesjasza krzyknął: - Powiadam: wasz świat jest chory. Uleczy go kapitalizm, którego nie ma, ale będzie! Kwadrans później, w lokalu wyborczym, do wtóru Tańca węgierskiego Brahmsa postawił krzyżyk przy jedynce na liście Sojuszu Konserwatywno – Liberalnego. Akurat w porę śniadaniową przyczłapał z powrotem do domu rodzinnego. Przed drzwiami wejściowymi czekali na niego Albatros i Rowena. Nie wyglądali na zagniewanych, raczej smutnych. - Bardzo nas rozczarowałeś, Namsosie – powitał go ojciec. – Nie tak wychowaliśmy cię z matką. Twoje życie miało zupełnie inaczej wyglądać. Umowa jest umową, musisz odejść. Nie tylko z domu, ale też z kraju. Jako ciężko pracujący obywatele współfinansujemy przecież wszelką państwową pomoc dobroczynną, od której niechybnie byłbyś uzależniony. Nie życzymy sobie, by te pieniądze trafiały do ciebie - wielkiego, patologicznego wrzodu. W Nowym Aarhus dokuje dziś słynna Arka Czerwona. Po południu odpłynie, zawożąc wszystkich tutejszych anarchosocjalistów – i innych chętnych - do Andalumii. Wypełniliśmy za ciebie potrzebne dokumenty. Twoja kajuta ma numer 304. Niech ktoś inny odtąd się tobą troska. Wyciągnął do Namsa dłoń z banknotem. - Oto pięćset koron, byś nie wspominał potem, że wypędziliśmy cię bez grosza przy duszy. – oznajmił patetycznie. – Żegnaj, synu! Matka nie mówiła nic. Dopiero stojąc na portowym nabrzeżu, z poręczną walizeczką w ręku i otępiałą twarzą smaganą przez słoną bryzę, Namsos Voss pojął, ile są w stanie zmienić jedne wybory parlamentarne. KONIEC



Płeć: mężczyzna
Ocena: 3
Liczba komentarzy: 11    
Data dodania: 10.08.2014r.

1     

ArcturV Użytkownik wpmt 21 08 2014 (22:45:35)

Nadal czekam na twoją interpretację, Terilo.

ArcturV Użytkownik wpmt 21 08 2014 (22:44:25)

Nadal czekam na twoją interpretację, Terilo.

Terila Redaktor 01 09 2014 (22:59:55)
Wszystko, co najistotniejsze napisałam już w komentarzach poniżej. Nie rozumiem Twojego opowiadania, więc nie mam względem niego interpretacji.

ArcturV Użytkownik wpmt 07 09 2014 (18:23:32)
To duża wygoda intelektualna z twojej strony.

Terila Redaktor 14 09 2014 (16:33:13)
Wybacz, po raz pierwszy zdarzyła mi się taka sytuacja.

ArcturV Użytkownik wpmt 15 09 2014 (10:54:24)
Czuję się zaszczycony, że to mój tekst miał udział w tym twoim pierwszym razie.

Terila Redaktor 16 08 2014 (11:11:55)

Użytkownik ocenił pracę na 3

Witaj, Arcturze,
mam wrażenie, że nie zrozumiałam tego opowiadania. Pojawia się parę motywów, które pozornie mogłyby zawierać prawdę, naukę, którą próbujesz nam przekazać, ale okazują się one tylko zwrotami akcji. To samo dzieje się z końcem. Niby puenta, ale jakby nie puenta. Może po prostu naprawdę nie rozumiem o co chodzi w tym opowiadaniu i jaki miało sens to wszystko, co tutaj zaszło.

Ciężko jest skomentować czy ocenić Twoją pracę. Narratorem jesteś bardzo dobrym. Spokojnym. Ale jeżeli chodzi o samą historię, to jak dla mnie zbytnio wkracza na pola chorych fantazji, przy czym będąc nijaką, bardzo przeciętną. Jest w tym dużo umysłu, fantazji, wyobraźni, ale jakby brakuje duszy, prostoty, autentyczności.

Może gdy opowiesz mi coś więcej o tym tworze, to wtedy coś zrozumiem.

Jeżeli chodzi o stronę techniczną, pojawiły się błędy kosmetyczne. Poprawię je.
Pozdrawiam.

ArcturV Użytkownik wpmt 16 08 2014 (22:06:07)
Bo ten mój świat to w ogóle chora fantazja jest hehe

Ale przypatrz się Namsosowi; on żyje obok ciebie. W nim nie ma prostoty i autentyczności, do których jesteś tak przyzwyczajona, że wszędzie byś chciała je odnajdywać.

Nie będę tłumaczył "Wyborów". Namso Voss musi bronić się sam.

Jeśli chcesz, napisz mi swoje rozumienie tej historii. To może być zalążek ciekawej dyskusji.

Terila Redaktor 17 08 2014 (17:29:17)
Myślisz, że jestem przyzwyczajona do prostoty i autentyczności? Bardzo odważnie mnie oceniasz.
Po prostu chyba nie podobają mi się chore fantazje, w których ciężko doszukać się jakiegoś sensu, ale to już bardzo osobista opinia.

ArcturV Użytkownik wpmt 23 11 2014 (00:42:05)
"Wybory do parlamentu krajowego AD. 1973" to przedstawienie kryzysu duchowego i ideologicznego, na który skazana jest jednostka kierująca się kryteriami materialistycznymi. Namsos Voss jest w jego efekcie bierną marionetką w cudzych rękach; choć próbuje zachować fasadę dystansu, indywidualizmu, skazany jest na oscylację pomiędzy narracją buntowniczego konserwatywnego liberalizmu, lewacko - narkomańskiej ponowoczesności (warsztaty E. Apage ) i pseudo-mistycznego anarchosocjalizmu (Święta Helena), który zaprzęga metafizykę do zadań prymitywnych, wręcz podludzkich. Namso wojuje o resztki niezależności, ale ponieważ nie może wyrwać się z intelektualnego materializmu, działalność ta nieuchronnie prowadzi do ośmieszenia i upadku.

Historia Namsosa Vossa ma jasny przekaz: materializm jest zły i ci, co mu hołdują oraz go nauczają. Tylko poprzez zawierzenie czynnikowi ponadmaterialnemu możemy odnaleźć nieprzekraczalne zasady moralne i wartości, o które warto będzie walczyć i które dadzą nam prawdziwą wolność.


Terila Redaktor 23 11 2014 (20:34:10)
Dziękuję. :)


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9701 | Proza: 2330 | Publicystyka: 721 | Komentarze: 68314 | Użytkownicy: 12452
Online(52): 52 gości i 0 zarejestrowanych: