Wyblakły ślad - część II

Miły głos w słuchawce informuje mnie, że abonent jest chwilowo niedostępny. Znowu. Powiadomią mnie, kiedy będzie osiągalny. Oczywiście. Mówią tak od miesiąca. Nie mają pojęcia, co dzieje się z ich abonentem. To znaczy abonentką. Nie wiedzą i dobrze. Przecież to obcy ludzie, co im do tego. Co innego ja, bo przecież… Ach, teraz każdy jest obcy. Sprawdzam maile, zero nowych wiadomości. Pisać tę czterysta osiemdziesiątą ósmą? Przecież i tak ich nie czyta. Potem będzie zła, że zapchałem jej skrzynkę. Nie ma sensu. Zbyt dziwne zdanie. Próbuję pracować, ale w ogóle nie mogę się skupić. Ciągle myślę, czy wstała, czy coś zjadła. Wczoraj zaniosłem jej zakupy. Nawet trochę się śmiała. Zaplanowaliśmy w końcu nasz wyjazd w góry. Jutro. Bardzo chciała. Miałem zaplanowanych kilka projektów w pracy, ale… przecież jej obiecałem. Urlop da się jakoś załatwić. Jedziemy. Wreszcie. Potem wszystko będzie już dobrze. Po powrocie z pracy wyjmuję walizkę z szafy, po czym pospiesznie i dość niechlujnie układam w niej swoje rzeczy, żeby jeszcze zdążyć jechać i pomóc się jej spakować. Znów się nasłucham, że traktuję ją jak dziecko, ale przecież nie będę się tym przejmował. Po kilkudziesięciu minutach parkuję pod jej domem. Wchodzę jeszcze do sklepu, kupuję kilka drobiazgów i po chwili dzwonię do domofonu. Raz, drugi… Po dziesiątym trochę rzednie mi mina. Przecież miała wstać, jutro wyjeżdżamy, na litość boską… Na szczęście mam klucze. To znaczy, gdzieś mam. Próbuję odtworzyć ich lokalizację w myślach i po chwili już jestem w domu. Dosłownie, bo przecież tam je zostawiłem. Zabieram, chowam, wychodzę, znów jadę, przedzieram się przez korki, ale w końcu jestem. Już nawet nie próbuję dzwonić, od razu otwieram drzwi kluczem. Wchodzę do mieszkania i, widząc zapalone światło w łazience, oddycham z ulgą. Rozpakowuję zakupy, włączam radio i siadam w salonie. Za chwilę przyjdzie i porozmawiamy. Wreszcie. Po trzech godzinach w słuchawce słyszę zawiedziony głos właścicielki pensjonatu, która informuje mnie, że tak się nie robi. Nie odwołuje się rezerwacji osiem godzin przed planowanym przyjazdem. Pokornie wysłuchuję reprymendy, przepraszam raz jeszcze, żegnam się i odkładam słuchawkę. Wiem, że tak nie wypada, ale co mam zrobić? Przecież nie chciała jechać. Ale wszystko będzie dobrze. No przecież. *** Przychodzi i wyrywa kartkę z kalendarza. Raz, dwa, trzy… Piątą. Pyta, dlaczego sama tego nie robię, przecież dni mijają, a czas na nikogo nie czeka. No właśnie. Dlatego już się nie spieszę, skoro i tak nie zdążę. Słysząc to, na chwilę zatrzymuje na mnie wzrok, po czym wzdycha i siada obok mnie. Coś mówi, a ja naprawdę staram się go wysłuchać, odpowiedzieć, ale znów uciekają mi myśli, a ja nie mam tyle siły, żeby za nimi biec i je łapać. Zresztą… niech uciekają, bez nich jakoś lepiej. Słyszę trzaśnięcie drzwiami i nagle wszystkie wracają. Zepsułam. Znowu. Wreszcie wieczór. Siadam przed telewizorem, włączam wiadomości i próbuję coś skleić z co trzeciego słowa, które do mnie dociera. Ktoś mówił, że premier coś tam, ale on zaprzecza, nie zgadza się czy coś. Jak zwykle. Marzę o śnie. Wyłączam telewizor, opuszczam rolety w oknach i kładę się do łóżka. Dopiero tam czuję ten wieczór całą sobą. Napięcie mięśni, ból głowy, dziwne uczucie w klatce piersiowej, jakbym nie była sobą, nie u siebie, nie ze sobą… Znów. Dobranoc. Rano przychodzi i wreszcie witam go z uśmiechem, który znika mi z twarzy, kiedy pyta o nasz wyjazd w góry. Jechać? Przecież nie wiem, jak będzie. Chciałabym, ale… nie, nie mogę, to przecież oczywiste. On, widząc, że odwlekam odpowiedź, trochę smutnieje. Dlaczego? Powinien wiedzieć, że nie mogę jechać. Chociaż… dlaczego nie mogę? Może… Pojadę, przecież widzę, jak bardzo by tego chciał. Jedziemy. Jutro. Boję się, ale przecież mu obiecałam. Jakoś to będzie. Po południu wstaję z łóżka i próbuję się spakować. Nie wiem, co mam zabrać, gdzie mam odpowiednie buty. Otwieram szafę i wtedy znów łapią mnie te koszmarne zawroty głowy. Podpierając się o ściany, dochodzę do łazienki. Siadam na podłodze i znowu tracę kontrolę. Słyszę dźwięk domofonu, ale nie mam siły wstać. Psuję. Znowu. Nie jedziemy. Powiedział, że już nawet nie jest zły, po prostu brak mu słów. Jemu. A mnie… mnie brak wszystkiego. Słów, myśli, energii, życia, pokory pewnie też. Kładę się do łóżka i od razu zasypiam. Otwieram oczy i widzę go siedzącego na brzegu łóżka. Słyszę, że przeprasza czy coś. On? Za co? Próbuję jakoś to sobie ułożyć, kiedy słyszę zdanie, które jako pierwsze dociera do mnie w całości. Wie, że to nie jego chciałabym tu widzieć. On wie. A ja wiem, że nie chciałabym tu widzieć ani jego, ani „Nie-jego". Nikogo. Nikogo, oprócz siebie, choć nie jestem pewna, czy ktoś taki jeszcze w ogóle istnieje. Ale wszystko będzie dobrze. No przecież.



Płeć: kobieta
Ocena: 5
Liczba komentarzy: 1    
Data dodania: 07.04.2013r.

1     

Zuanshie Użytkownik wpmt 07 04 2013 (21:47:20)

Użytkownik ocenił pracę na 5

Opowiadanie bezbłędne, nie doszukałam się niczego, żadnych błędów interpunkcyjnych, ortograficznych, stylistycznych, no nic, za co Ci, drogi użytkowniku, dziękuję. Co do samej treści, bajka. Dobra narracja, pięknie ukazane emocje, łyknęłam tekst jednym tchem. Było mi mało, chciałam jeszcze i jeszcze. Co więcej mogę powiedzieć/napisać? No ładnie, ładnie. Mam nadzieję, że nie pierwszy i nie ostatni raz czytałam utwór Twojego autorstwa, czekam na więcej!


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9701 | Proza: 2330 | Publicystyka: 721 | Komentarze: 68306 | Użytkownicy: 12452
Online(55): 55 gości i 0 zarejestrowanych: