Pseudonim: Anima
Imię: Panna A.
O sobie: - Jak mnie scharakteryzujesz John? Pomysłowy, dynamiczny, tajemniczy? - Spóźniony.
Napisanych prac:
- wiersze: 188
- proza: 139
- publicystyka: 2

Średnia ocen: 3.9
Użytkownik uzyskał: 713 komentarzy

Najlepiej oceniane prace:
"Na niebie ciemne chmury -..." 19.06.2010
"Na niebie ciemne chmury -..." 20.06.2010
"Pogrzebana w jasności cz. 5" 19.08.2010
"Grudniowa noc niepokoju" 22.12.2010
"Szkarłat niemocy cz. 5" 21.01.2011

Inne prace tego autora:
"Wrzeciono na polu makowym..." 23.12.2010
"Powiedziałeś i wcale tego..." 12.02.2012
"Na niebie ciemne chmury..." 06.06.2010
"Rubinowe lato cz. 10" 09.11.2010
"Cztery dobre wróżby -..." 27.09.2011


Najnowsza proza (wszystkie):
"Buntownik" - mistylady
"Uderzyłam go... cz.1" - Pokoras
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"Raz, dwa, trzy - Baćka..." - Edward Horsztyński
"Przygody, dnia jednego,..." - Falcor
"Trójblondowe piwo" - ArcturV
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"O tym, jak powstały..." - nic
"Przed siebie" - Unwritten96
"List do K. cz. III" - Nieważne

Wielkie nic (Samobójstwo)

- To ja już lecę, mamusiu! Prozaiczna sobota, godzina dziewiętnasta pięćdziesiąt sześć. Dzień powtarzalny jak każda sobota, wszystko toczy się według dawno ustalonego rytmu. Pobudka wyjątkowo o ósmej trzydzieści, potem gruntowne sprzątanie domu, gotowanie obiadu i pieczenie placka. Jeśli córka nie chce już pomagać, w porządku, byleby się jeszcze uczyła. Karolina, czterdziestosześcioletnia matka, absolwentka technikum krawieckiego, obecnie pracownica jednej z filii „Żabek” rozproszonych po całym kraju. Pali papierosa i powoli przekłada kartki w czasopiśmie z poradami dla gospodyń domowych. Udaje, że dom jest jej powołaniem; tak naprawdę marzy o lepszym życiu, sławie i blichtrze. Odwraca się na dźwięk głosu córki. Nie można się przyczepić do jej słów, prędzej do tonu, jakim je wypowiedziała. Na pozór jest to niedostrzegalne, chociaż od lat kłębi się w dziewczynie. Zimno, lód, który ogarnia cię już przy pierwszym zdaniu. Całkowity paraliż i zależność od właścicielki tego głosu. Karolina jest zła, myślała, że córka się uczy. Powinna przynajmniej od czasu do czasu przejrzeć podręczniki, jeśli chce ukończyć swoje podrzędne gimnazjum. Ale nie, dziewczę jest uparte jak koza. Spróbuje po raz kolejny… - Gdzie znowu idziesz?! – warczy nieprzyjaźnie. – W tej chwili do lekcji, uczyć się, bo nie przejdziesz, ty nadęta smarkulo! - Chyba śnisz! – śmieje się dziewczyna i wybiega z domu. Karolina patrzy przez chwilę na zaciemniony, pusty przedpokój wypchany małymi szafeczkami. Zaczyna do niej dochodzić zapach, który się tam kłębi. Mocny, ożywczy, błogi. Całkiem hipnotyzujący. Młodość, nadzieja? To dziecko jeszcze nieźle się natnie! Kobieta podnosi się ociężale, odrzuca papierosa na bok i szybko chwyta słuchawkę starego telefonu. Musi to zrobić, zanim się rozmyśli, zanim znajdzie jakiś irracjonalny powód. Kiedy myśli, że nie umie działać szybciej, okazuje się, że to nieprawda. Palce z niesamowitą zręcznością, nabytą po latach pracy z kasą, wybijają numer głęboko zakorzeniony w sercu. Znowu nie odbiera, po raz kolejny odzywa się sekretarka wygłaszająca znany jej na pamięć tekst, którego i tak nie rozumie. Podejrzewa tylko, jak brzmi. „Proszę zostawić wiadomość, nie mogę teraz rozmawiać” - Synku, ty zawsze nie możesz… - mruczy pod nosem Karolina i spostrzega, że stół zaczyna się palić od porzuconego beztrosko papierosa. *** Kocha tylko cekiny. Nigdy w jej życiu nie było większej namiętności. Czuje, że mogłaby żyć tylko dla błyskotek, nawet nie dla komplementów niedorozwiniętych, nudnych chłoptasiów, jakich pełno na ulicach. Każda jej koleżanka oddałaby życie dla paru miłych słów, pocałunków czy pieszczot. Albo malinek, które ukrywałaby tajemniczo pod apaszką jak największy skarb, a następnie, na przerwie, w toalecie, odwijałaby skrawek materiału i delikatnie wodziła palcem wokół niej. Co byłoby dalej łatwo sobie wyobrazić. Tłumek, wypowiedzi, podziw albo szyderstwa. Taka codzienna ruletka, przez którą przechodzi każda dorastająca kobieta. Żeby pozyskać dobra materialne, o jakich marzy, musiałaby zacząć walczyć. Jednym ze sposób był modeling. Patrząc na siebie obiektywnie, za każdym razem odkrywa, że jej wzrost jest w normie, sylwetka doskonale ukształtowana, włosy gęste i puszyste, biust też niczego sobie. Problem polega tylko na tym, że jest dość brzydka. Brzydka, odmienna. Ale z drugiej strony – osoby wyjątkowo brzydkie i wyjątkowo piękne wyróżniają się w tym biznesie. Więc czemu nie? Ma szansę! Teraz idzie ulicą w swojej cudownej złotej spódniczce z cekinów, brązowym topie z małymi, sztucznymi diamencikami, szmaragdowych, połyskliwych rajstopach i niebotycznie wysokich obcasach w kolorze spódniczki. Czuje się cholernie seksowna, chociaż tak do końca nie wie, co to znaczy. Została wychowana w epoce przesiąkniętej podnieceniem, seksem w obskurnych pokoikach w tanich hotelikach na przedmieściach, sadystycznymi teledyskami na MTV oraz gazetkami z poradami seksualnymi. Seks to tylko dla niej słowo, które ma wielkie znaczenie w świecie i działa na każdego. Całkiem jak te zaklęcia, które wymyślała będąc małą dziewczynką. Do siódmego roku życia miała kogoś, kto potrafił ich słuchać i przemieniał je w prawdę – brata. A potem zniknął, rozmył się jak we mgle. Na jej rozpaczliwe pytania mama zawsze odpowiadała tak samo: „Zwiał, jakżeby inaczej. Pieprzony tchórz!” Po dwóch miesiącach przysłał pocztówkę, na której widniał dziwny, egzotyczny napis: United Kingdom of Great Britain and Northern Ireland. Na odwrocie znalazła tylko krótkie zdanie: „Osiemnastka równa się nowa karta”. Teraz, gdy sama miała szesnaście lat, już nie była wściekła na brata, że wybrał lepsze życie. Sama by tak zrobiła. Brakowało jej jeszcze dwóch lat, pieniędzy na bilet i większej zajadłości. Ulica się do niej śmieje. Świat wiruje w radosnych, ludzkich konstelacjach. Wszyscy biegną na imprezy czy do kina. Dziś w różnych miejscach spotkają się dusze samotne, dusze towarzystwa i dusze zaklęte. Do jakiego rodzaju można by przypasować naszą cekinową buntowniczkę? Nowe obcasy trochę ją obcierają, ale stara się tym nie przejmować. Odwzajemnia uśmiechy, czaruje wzrokiem, sprawia, że męskie narządy twardnieją. Tak, rzeczywiście jest kimś. Stare życie rozpada się na kawałki, kiedy wkłada swoją miękką, połyskliwą powłokę. Kiedy mija ją czterdziestolatek, potrząsa lekko gęstą, brązową grzywą. Serce bije jej w jednym rytmie: Im-pre-za, Dzi-siaj je-st im-pre-za!, Im-pre-za. W jednym mogłaby się zgodzić z matką, na sobotę obie mają swoje indywidualne, święte plany. Wstępuje jeszcze po dwie koleżanki. Za każdym razem nie otwierają jej one, tylko dorośli. Cholerni ludzie, dlaczego wpieprzają się w ich życie?! Najpierw odmawia jej ojciec Gochy, potem babcia Werki. Wysłuchuje ich mówek o ostrym makijażu i wyzywającym stroju, po czym ostentacyjnie wywraca oczami i odchodzi, natychmiast puszcza w niepamięć zasłyszane słowa. Już zbliża się do lokalu. Czuje narastającą radość, zupełnie jakby się naćpała tym tygodniowym oczekiwaniem. Nakręcona zabawka wchodzi w dudniącą paszczę i na nowo odkrywa euforię jasnych, przebijających się barw. Wokół niej skaczą szalone antylopy, wszystkie wystylizowane, wydepilowane, tak jak ona. Nagle przestaje się wyróżniać, staje się tłumem, tłum staje się nią. - Klaudiaaaaa! – znienacka piszczy jej do ucha jakiś głos. Odwraca głowę, nagle wyrwana z euforii, żeby zaraz wpaść w kolejny trans. Muzyka wciąż dudni, jakby chciała je skusić swoją tajemną mocą. Łubu-dubu-łubu-dubu. Widzi przed sobą rozchichotaną Werkę, zupełnie jakby nałykała się jakiś leków. Zazwyczaj bywa nieco bardziej spokojna. Ubrana jest jak zwykle, diabelnie gotycko. Czarne ciuchy, wielgaśny krzyż i łańcuchy, buty z ćwiekami. - Werka, co ty tu robisz? Twoja babka mi strzeliła takie kazanko… - Urwała się z Radia Maryja! – chichocze jej do ucha Werka, co trochę zaczyna przypominać bełkot. – Zwiałam oknem, co miałam zrobić? Sobota, sobota!!! Nie wierzę, że doczekałam! Klaudia uśmiecha się radośnie, gubiąc chwilowy niepokój o kumpelę. Już dobrze, Werka krzyczy to, co sobotę. Obie jednocześnie zaczynają zmysłowo ruszać biodrami i oddawać się rytmowi muzyki. Wreszcie przestali grać Tiesto, one wolą nowy kawałek Innej! - Poderwałaś już kogoś? – wydziera się Klaudia, wreszcie beztroska i spokojna. Co poradzić, kocha gwar i ludzi. - No pewnie! Tam stoi, ciacho, prawdaaa? – dziewczyna ma tą denerwującą manierę wydłużania wypowiedzi. Ukradkiem wskazuje mocno starszego faceta przy barze, który popija jakiś zagraniczny alkohol. Odziany w skórę, zdaje się być idealny dla Werki. - Ile on ma? Trzydziestkę? – mruczy jej Klaudia do ucha. - Eee, nie. Trzydzieści dwa. Zrobiłabym sobie z nim fotkę i wsadziła na fejsa! Wszyscy by mi zazdrościli takiego harley’owca. - Dobra, baw się, kotku. Ja też muszę sobie kogoś znaleźć, skoro brakuje nam Gochy. Ech, że też dała się uziemić! - Straszna naiwniara, dać się wykiwać rodzicom – wtóruje jej Werka. Takie rozmowy są na porządku dziennym. Najlepszą zabawą jest obrobić komuś dupę. I oto nasza połyskliwa gwiazda mknie już przez duszny parkiet w świetle reflektorów. Raz po raz śle uśmiechy, macha rękoma, przelotnie całuje policzki znajomych. Wreszcie postanawia pójść po coś do picia. Jest cała rozgrzana, policzki ma iście wiśniowe. Zamawia colę z podwójnym lodem i już po chwili sączy ją powoli obserwując parkiet. Sokolim wzrokiem sonduje przyszłych kandydatów, z którymi mogłaby pogadać i potańczyć. Zazdrości Werce, że ma to już za sobą. Problem załatwiła szybko, tuż po czternastych urodzinach. Chwaliła się potem Gośce i Klaudii, że miała wspaniałego partnera, takiego obeznanego w tych sprawach. Obie płonęły z gniewu, co zrobić. Gośkę rozdziewiczono trzy miesiące temu. Od tego czasu zachowuje się trochę, jakby wygrała los na loterii. Tylko czasem robi się taka jak dawniej, to zasługa docinków Werki. Tylko ona jedna, psychiczna Iron Maiden, została w kolejce. - Przypominasz mi Hannah Montanę – słyszy nagle głos męski i myśli rozpływają się po kątach umysłu. – Zdzierałaś z niej ciuchy? – dodaje, gdy nie widzi żadnej reakcji. Na jego widok dziewczyny wariują. Wszystkiemu winna jest ta czarna, rozczochrana fryzurka i porozdzierane ubrania. Wygląda jak facet zła i to przyciąga każdą dziewczynę. Klaudia odkłada colę na blat i uważnie lustruje wzrokiem faceta. Hmm, towar niebagatelny, dość luksusowy. Nie pod względem ciuchów, te raczej są z typu tych tanich. Facet po prostu ma w sobie to coś, co traktuje się jak magnes. Postanawia udawać trochę nieprzystępną, choć wie, że i tak sobie z nim dzisiaj potańczy. - Nie, zrzuciłam ją z mostu. O wiele szybciej – mruczy mu do ucha, chuchając raz po raz swoim miętowym oddechem. Uruchamia swój czar wystylizowanej nastolatki. Nie wie, że jest jedną z wielu, które stosują tę metodę. Jest cholernie powtarzalna, ale chłopak lubi naiwne. Szybciej mu z nimi idzie. - Taaa… To wiele wyjaśnia – śmieje się, przykrywa jej dłoń swoją i zagląda w jej zielone, kocie oczy. Jakby narodziły się z trawy. – Chodź na parkiet, laluniu. Klaudia uśmiecha się kpiąco, chce go sprowokować do głębszych starań i wreszcie chwyta szklankę z colą. - Dopiję. Ha, ha, inaczej będziesz miał pretekst, żeby mi tu wrzucić tabletkę gwałtu. A ja… - kiwa mu palcem przed samym nosem -… nie jestem głupia, kolego. Jak postanowiła, tak czyni. Wreszcie odkłada pustą szklankę, chwyta go za rękę i ciągnie na sam środek. Teraz ktoś puścił piosenkę Britney Spears sprzed roku. No, no, można pokręcić bioderkami. Zaczyna się zmysłowo wić, napierać dłońmi na jego umięśniony tors objęty czarną koszulką. Widzi w jego oczach zachwyt, ale nie umie go jeszcze odpowiednio zinterpretować. Jest za młoda. Chłopak już myśli, że jest jego. Cholerna naiwniara. To będzie prostsze niż myślał. Do tego taka chuda, dość wysoka, mięciutka i chętna. Kusi go tym tańcem, doprowadza do szaleńczego bicia serca. Chociaż może to muzyka… Zresztą co tam, jest sobota, trzeba się bawić! Po pół godzinie wariackiego tańczenia i uwodzenia jej spojrzeniem oraz krótkimi pochlebstwami, udaje mu się wyciągnąć ją na zewnątrz. Owiewa ich zimno nocy, jest już koło dwudziestej drugiej. Jeszcze wcześnie, noc młoda! On wzywa taksówkę, ona stoi w miejscu, lekko kręcąc nogami, aby zachować w nich krążenie. Właściwie bardziej gimnastykuje szyję; rozgląda się dookoła za Werką, ale nie może jej nigdzie dojrzeć. Ech, pewnie już się zabawiają z tym staruszkiem. Ona sama czuje, że ma już trochę przyćmiony umysł. Dudniąca muzyka działa na nią jak narkotyk. Potrafi rozpasać, obudzić w niej dziwne żądze, jakich nie doznawała wcześniej. Muzyka wszystko zmienia, ratuje jej życie lub kopie grób. Przybywa taksówka, wytarta skóra chłonie ich ciała, nogami wstrząsają odbicia ulicznych dziur. Taksówkarz traktuje ich obojętnie, pewnie już dość się napatrzył. Chłopak nie jest nachalny, spogląda na nią ukradkiem spod naturalnych, długich rzęs i zastanawia się, co jest pod tą spódniczką i topem. Klaudia obserwuje zatopioną w gwiazdach ulicę. Bandy pijaków i zakochane pary. Dwa różne światy, jeden nisko, drugi wysoko. Tylko który jest lepszy? Klaudia nie zna odpowiedzi na to pytanie. Nie wie, czym jest miłość, nigdy jej nie doświadczyła. Wreszcie noc napiera na nią głębiej. Wjeżdżają w małą uliczkę, nikłe horyzonty blokowisk witają ją ponuro. Chłopak płaci, po czym oboje wysiadają. Idą przez chwilę ciemną, złowrogą ulicą. Niby obok siebie, niby tak blisko, a jednak z dystansem. Ta myśl uderza Klaudię z wielką siłą. Co ty sobie roisz mała, dzisiaj nie ma bliskości!, strofuje się. Czuje dotyk jego zimnej dłoni, miętowy oddech, słyszy szelest pocierających się dżinsów. Już są w jego mieszkaniu, jego ręce są coraz bliżej jej ubrania. Klaudia nie zna tego uczucia, jednak wcale się nie boi. Tyle że umysł protestuje, wymaga, aby poznała go trochę bardziej, zanim się odda. - Porozmawiajmy – proponuje przebiegle, powstrzymując jego dłoń ciepłymi palcami. Przebiega go dreszcz, jednak tylko Klaudia jest tego świadoma. Noc staje się swoistym milczeniem dwóch dusz. Chłopak odsuwa się, próbuje zajrzeć Klaudii w oczy, jednak napotyka tylko ciemne, zanikające w przepaści kamienie szlachetne. Dziewczyna zamknęła uczucia w sobie. - Niby po co? – prycha dumnie, z powrotem przykładając ręce do jej ciała. Tym razem zaczyna gmerać pod jej bluzką. Ciemność daje się we znaki, nie może odpiąć stanika. Klaudia stanowczo odpycha jego ręce. - Potrzebuję tego – szepcze niepewnie, nagle tracąc jakąś cząstkę siebie. - Ech, dziwna jesteś. Kurwa, musiałem trafić na ciebie! – złości się chłopak i podchodzi do ściany. Zaczyna szukać kontaktu, aby zapalić światło. Wreszcie wesołe elektryczne ogniki błyskają tajemniczo w ciemnych oczach dziewczyny. - Jesteś pechowcem – stwierdza wreszcie Klaudia. - Jak masz na imię? – pyta chłopak, ruchem głowy wskazując nieduże drzwi. Kieruje się w ich stronę, dziewczyna zaś idzie posłusznie za nim. Oboje mają wrażenie, że uczestniczą w małej pielgrzymce, pielgrzymce dwóch osób, dwóch samotników, którzy pod maską ukrywają niezbadane wyroki swojej osobowości. - Klaudia – prycha ona cicho, tym samym wyrażając ogromną niechęć do swojego imienia. Lustruje uważnie małe pomieszczenie, ogrodowe meble, przyrdzewiałe palniki w kuchence i żółtawe, oprawione kartki wiszące na ścianach. Kiedy zbliża się, aby je przeczytać, napotyka jego lodowate spojrzenie. Odruchowo odskakuje od ściany. Chłopak ma minę, jakby chciał ją zabić. - No, a ja? – pyta, zapewne chcąc odwrócić jej uwagę od kartek. – Nie spytasz, jak ja się nazywam? - Przecież to tylko jedna noc. Jutro o świcie odejdziemy daleko stąd, każde w inną stronę. Czy to ma sens? - Nie ma – przyznaje ze złością, nie bardzo ją rozumiejąc. Pragnie seksu, chce kolejnej nocy, w której mógłby szukać zapomnienia z ciałem młodszym od swojego. – Jestem Tomek. - Cholernie mi miło. Masz colę? – rzuca, chcąc zmienić temat. Sadowi się wygodnie na twardym plastiku i zaczyna się zastanawiać, po co w ogóle zaczynała tą farsę. Mogli się już tarzać po łóżku, on wkładałby penisa w nią, ona skowyczałaby z bólu, on by klął… Jak każdy chłopak. - Pewnie – otwiera lodówkę, wyciąga dwie puszki, jedną rzuca w jej rozdziawione ręce. Klaudia nie może jej złapać, ma zupełnie dziurawe ręce. – Niezdara z ciebie – kwituje krótko, podnosi puszkę z podłogi, kładzie ją na stole przed dziewczyną, po czym siada w fotelu naprzeciw. - Mieszkasz tu sam? – zadaje głupie pytanie, nagle mocno znerwicowana. - Pewnie. Już od roku. - I twoi rodzice się nie czepiają? Oj, zazdroszczę! – roześmiała się złośliwie, choć po jej ciele rozlewał się najgorszy gatunek goryczy. Tomek powoli obraca w rękach lodowatą, mokrą puszkę. Jeszcze jej nie otworzył, nie pokrzepił się jej ożywczym smakiem. Klaudia wręcz przeciwnie. Już parę sekund temu w powietrzu rozległ się cichy, triumfalny syk, po czym usta Klaudii upiły nieco ambrozji dwudziestego pierwszego wieku. - Nie mam rodziców – uśmiecha się, spoglądając w dal nieobecnym wzrokiem. Wydaje się zupełnym melancholikiem, w rzeczywistości jest bardziej towarzyski niż wydaje się ludziom. - Wyparli się ciebie? Nie żyją? – pyta Klaudia, zupełnie zaskoczona jego wyznaniem. - Nie żyją – potakuje głową. Wygląda to tak, jakby jego duża głowa chwiała się na małej, porcelanowej szyi. A przecież wydaje się taki męski. Małe, niezauważalne na pierwszy rzut oka niedoskonałości zmieniają wszystko. - Hmmm… - mruczy pod nosem Klaudia, nagle potrzebując powietrza. Nigdy dotąd nie spotkała się z taką sytuacją, nie wie, co powiedzieć, jak się zachować. Z drugiej jednak strony, co zobowiązało ją do grzeczności wobec niego? Nic. Będzie impertynencka jak zawsze. – Ktoś cię adoptował? – strzela prosto z karabinu. W sytuacjach kryzysowych nigdy nie chybi. Czuje tylko miód, pistacje i goździki. To jej zapachy, zapachy zwycięstwa. Kula już namierzyła adresata, to czerwone, giętkie serce. - Nie, nikt. Jak zacząłem osiemnastkę, dostałem kasę od rządu. Wynająłem sobie mieszkanko i zacząłem pracować. - Nie studiujesz? – dziwi się, oblizując sobie usta z klejących, brunatnych i zimnych kropelek. - Przecież skończyłem liceum, mam maturę! Kurwa, starczy! – warczy Tomek, wwiercając się w jej głowę. Nie będę się przed nią poniżał. Cholerny nieuk! No, ale ja nie jestem lepsza. Matka też nie. Nie powiem mu tego. Klaudia zaczyna łapczywie łapać powietrze, wszystko ją boli. Telepatia, czy co? - Dobrze się czujesz? – pyta po chwili zaniepokojony Tomek, wyciągając rękę przez całą długość stołu, aby musnąć jej dłoń. Zimno ogarnia ją całą, czuje się o wiele lepiej. Po prostu ta nagła, dziwna zmiana tak na nią zadziałała. - Tak, bardzo dobrze – odpowiada niechętnie, wstając z krzesła, aby rozruszać kości. Nie lubi bezczynności. - A twoja rodzina? – zapytuje Tomek tonem tak beztroskim, jakby siedzieli sobie przy niedzielnej kawie. On też wstaje, chodzi za Klaudią krok w krok. Oboje mają wrażenie współistnienia, solidarności. - Nic szczególnego - odpowiada Klaudia, wydymając usta i zerkając zza firanki w ciemną poświatę. – Zapracowany ojciec zarabiający grosze, matka kasjerka i brat, który po osiemnastce zwiał za granicę. - Niezwykły koktajl – przytakuje, napotykając jej spojrzenie. – Lubiłaś tego brata, co? - Nie! – krzyczy Klaudia, jednocześnie oblewając się rumieńcem. Sztywnieje na chwilę, wreszcie zwiesza głowę, gorączkowo ogląda paznokcie, po czym z powrotem unosi głowę. Patrzy mu w oczy. Tym razem świecą się jak szalone, zdają się wibrować na wszystkie strony, jakby zaraz miały wypaść z oczodołów. – Dobra, ja go nawet kochałam. Mogłam mu wszystko powiedzieć, bo matka nigdy nie miała czasu, czy też chęci, żeby mnie wysłuchać. Wymyślałam zaklęcia i zmieniałam nasz świat w lepsze miejsce. - Wierzysz w to dalej? – pyta takim tonem, jakby jej słowa stanowiły dla niego najjaśniejszą gwiazdę pośród wypowiedzi. Klaudia próbuje nie dać się nabrać, a jednak jest jej miło. Ktoś się nią interesuje. Stara sobie przypomnieć, że ten facet chce tylko seksu, ale to na nic. - Może – odpowiada wymijająco. Tomek już nie naciska. Teraz lekko przykłada swoją dłoń do jej wymalowanych błyszczykiem ust. Czuje upajający zapach truskawki, klejące opuszki palców… - Myślałaś kiedyś o tym, żeby się zabić? – pyta nagle, jednym, gwałtownym ruchem odrywając dłoń od jej ust. Patrzy na nią, blady, zimny i niedostępny. Nagle owładnięty niezwykłymi uczuciami, które w różnym stopniu towarzyszyły mu od dzieciństwa. - Nigdy – stwierdza pewnym głosem, spoglądając na niego z przestrachem. Podchodzi do niego, nie bojąc się niczego, nie wahając się. Gładzi jego włosy, starając się go pojąć. - Ja od dawna. Nie wiem, jak to zrobię, wiem, że umrę z własnej woli. Nie mam nawet pojęcia, kiedy to się stanie. Nie zabierze mnie jakiś magiczny aniołek. Co tu jest takiego pięknego? Codziennie gonić, wyładowywać skrzynki, żyć z dnia na dzień, myśląc, że uda się przetrwać kolejny dzień… że kiedyś znajdzie się kogoś, kto zechce z tobą dzielić niedolę. Klaudia powoli przesuwa rękę, wreszcie dotykając jego policzka z popołudniowym, chropowatym zarostem. Nie boi się, że będzie miała nieco podrapaną rękę. Wreszcie zaczyna coś rozumieć. - A gdybym dzisiaj żyła tak jak ty? Z tobą? – mówi wreszcie i cofa rękę. Idzie do drzwi, naciska ręką kontakt. Gasi światło. – Wiesz co? – szepcze, nagle chwytając go za rękę. Nie widzi jego rysów, spojrzeń, jakimi niepewnie obrzuca ciemność, szukając sylwetki dziewczyny. - Co? – pyta chłopak, nie widząc ku czemu to zmierza. Klaudia za bardzo wyprowadziła go z równowagi, zaskoczyła tą mieszanką inności i przewidywalności. Chwile są chwilami. Wszystko zależy od chwil. Nie umiem żyć chwilą, umiem żyć tylko uczuciem. My się nie kochamy. Co z tego, pokaż mi, że można jeszcze udawać… …słuchać kogoś, mimo, że się nie chce? Okej! Udawajmy! Niech ci będzie, mądralo. *** Żar lejący się z nieba. Po otwarciu powiek żar nie zmienia się w piękne, wręcz jedwabne chmurki, tylko w jakieś ciemno-czerwone, niezwykle żywe kształty. Bardzo ją łaskocze, ale dzielnie brnie przez to dalej. W oddali, jakby przez grubą, szklaną szybę, słyszy jakieś krzyki i szlochy. Czuje ludzką obecność. Marzy, aby zabić, ale przecież nie wie, jak to się robi. Zadawanie śmierci to działka sadystów, ona jest tylko zwykłą… Pierdolić to, jestem sadystką! *** Mamo, to ja. Sebastian. Przepraszam, że się nie odzywałem, mam tyle pracy. Poza tym słyszałem o Klaudii, strasznie to nagłośnili w mediach, nawet tutaj dotarły pogłoski. Nosimy to samo nazwisko, ludzie zaczęli się ze mnie nabijać, że jestem bratem dziwki i narkomanki. Że to pewnie Klaudia zabiła tego faceta… tego… no, kurwa, chama! On na pewno sam się zajebał, a oni to na nią zwalają. Biedna dziewczyna. Jak ona to znosi? Żeby ten gnojek przeżył ten atak, to bym go zajebał… Klaudia wzdycha ciężko i podnosi słuchawkę. Nadal zdaje się jej, że nosi w brzuchu kilo kamieni, mimo, że czyszczenie żołądka miała ponad tydzień temu. Od tamtej pory wiele się zmieniło. Zbyt wiele. Seba, posłuchaj mnie. Tamtego wieczoru poznałam Tomka i dobrowolnie poszłam z nim do jego mieszkania. Długo rozmawialiśmy, a potem to ja go zaciągnęłam do łóżka. Możesz mnie nazywać dziwką, ja i tak wiem, że nią nie jestem. Po prostu nie! A potem… zanim zdążyłam cokolwiek zrobić… byliśmy oboje naćpani. On przedawkował… A ty, ty pieprznięty… ty pieprznięty kretynie wydzwaniasz tu teraz i go obrażasz! Miał dalej żyć, mieliśmy żyć i się wspierać. To nie było zwyczajne nic, to było wielkie nic! Wielkie nic, które mogło się zamienić w coś lepszego… Może nawet w ludzkie życie? Jego życie! Wstydzisz się mnie, zmień nazwisko! Wstydzisz się całej rodziny, przecież już dawno się odciąłeś! Zostań sobie… Do pokoju wchodzi blada Karolina i szybko odsuwa ręką córkę. Wyrywa jej słuchawkę. Sebastianie, ja mam tylko jedno dziecko. Dziecko, które popełnia błędy, ale żyje lepiej od ciebie. Wolę jej przebaczyć...



        Dedykacja: Ludziom, którzy kiedykolwiek rozważali lub zginęli w wyniku samobójstwa. Tym, którzy nie mają wyjścia... Opowiadanie zostało napisane dla przyjaciółki, która, jako jedna z wielu niezrozumianych, postanowiła sama zakończyć swój talent i swoje życie. Tekst ma dwa tytuły, nie mogłam się zdecydować, który lepiej pasuje. Który bardziej oddaje beznadzieję dzisiejszych realiów...

Płeć: kobieta
Ocena: 5.5
Liczba komentarzy: 2    
Data dodania: 15.08.2011r.

1     

Vår Szef Prozy 23 08 2011 (13:31:42)

Użytkownik ocenił pracę na 5

witaj. oj kisi się to opowiadanie, kisi w panelu :) będę dobrą redaktorką i ocenię - a co mi tam! pewnie będę się przedzierać przez tekst dobrą godzinę, ale to nic. dam radę - dla ciebie wszystko :)

już sam tytuł jest bardzo przewrotny - spodobał mi się, choć nie wiem dlaczego 'samobójstwo' w nawiasie. nie lepiej po myślniku? ale już się nie czepiam - twoja praca, twój tytuł :)

"Dzień powtarzalny jak każda sobota" - nie każdy dzień jest sobotą :) może lepiej 'sobota powtarzalna jak każda'? przemyśl to, proszę. i tu mały surprise. wszystko jest jak zawsze, a 'pobudka wyjątkowo o ósmej trzydzieści' - i tu cię mam! :) wiem, że się czepiam i w ogóle, ale denerwują mnie takie koszmarki.

przedstawiasz niezadowoloną z życia matkę, która wydaje się taka jak całe rzesze matek w tym kraju. i jej córkę, która wydaje się, jak to określasz, 'zła'. uroczo i słodko :) pojawia się również brat, który jest wiecznie nieobecny. nie rozumiem jego roli w tej sytuacji. ale może się trochę rozjaśni w dalszej części.

pokazujesz mi świat, który jest mi obcy. i nagle zdaję sobie sprawę, że przecież nie powinien. to moje pokolenie i moje rówieśnice. a czytam o tym, jak o obcej planecie. piszesz brutalnie i prosto z mostu obdzierając tą rzeczywistość z cekinowych upiększeń i plastikowych błyskotek.

"dusze samotne, dusze towarzystwa i dusze zaklęte" - bardzo, bardzo dobre. nie wiem dlaczego, ale okropnie mi się to spodobało. ot, taki mój dziwny kaprys. :)

znalazłam na chwilę obecną dwie literówki i trzy zgubione przecinki. ale przyjemnie poprawia się prace przy dźwiękach Janis Joplin, które tak cudownie kontrastują z rzeczywistością tekstu, że czuję się przyjemnie inna od mojej rówieśniczki.

podoba mi się. to jedyne, co przychodzi mi na myśl na chwilę obecną. piszesz o czymś tak tandetnym i banalnym w sposób smaczny i ciekawy. pokazujesz realia każdej dziewczyny na świecie - sobota, tańce, podrywanie chłopaków. no i oczywiście problem cnoty. zupełnie nie rozumiem dziewczyn, które chcą się jej pozbyć. że niby passe? kto im takich głupot naopowiadał! owoc nie nadgryziony lepiej smakuje, prawda? ;)

"Oboje mają wrażenie, że uczestniczą w małej pielgrzymce, pielgrzymce dwóch osób, dwóch samotników, którzy pod maską ukrywają niezbadane wyroki swojej osobowości." wynajduje coraz to nowe smaczki tego opowiadania. diabelnie mi się podobają.

opisujesz nagłą solidarność dwóch nieznajomych sobie osób. ich wylewność jest trochę sztuczna. gdybym znała kogoś od kilku godzin nigdy nie opowiedziałabym mu o moich sekretach i ukochanym bracie, którego straciłam. ale może nie jestem taka, jak dziewczyna z opowiadania.

zakończenie mnie trochę rozczarowało - było przewidywalne i trochę takie, zwykłe... dwa ostatnie fragmenty są niewątpliwie najlepsze. cieszę się, że przeczytałam to opowiadanie.

podsumowując: błędy było, co mnie niezmiernie zaskoczyło. w tak długim tekście są jednak nieuniknione. opowiadanie niby na zwykłe tematy, a jednak intrygujące. na początku nijakie, potem się wyostrza. wiem, że stać cię na dużo, dużo więcej. ale pracę oceniam bardzo pozytywnie. z minusem za kilka błędów. pozdrawiam i życzę inspiracji, koleżanko :)
później jest jeden mocny fragment, za który należą ci się owacje na stojąco. i ta rozmowa umysłów. niby niemożliwa, ale niepokojąca.

albina von roth Użytkownik wpmt 20 08 2011 (22:16:13)

Użytkownik ocenił pracę na 6

Umiesz pisać o czymś z minionych epok?


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9701 | Proza: 2330 | Publicystyka: 721 | Komentarze: 68306 | Użytkownicy: 12452
Online(58): 58 gości i 0 zarejestrowanych: