warto go przeczytać
W ramach przeprosin, dedykowane dla Tomka N. Długo wahałam się z tym, czy powinnam - bardzo możliwe, że tak osobistego tekstu jednak nie powinnam. I najprawdopodobniej wyjdzie tak, że wyjdą na jaw te uczucia miażdżące, niszczące mnie od środka. Teraz nie mam już nic do stracenia, to tak, jakbym nie miała nikogo.
Czasem, gdy bardzo jest nam to w życiu potrzebne, nadzieja zapala w nas światełko, podświadomość spiskuje z mózgiem, który zaczyna wydzielać hormony, po prostu próbuje nas pocieszyć. Ale szczęście nie przychodzi samo. Musi przyjść wraz z osobą. Duszą, spełnieniem. Podobno zawsze wszechświat sprzyja nam w spełnianiu marzeń – więc co ze mną? Czy byłam inna, a może wcale nie miałam marzeń? To było mało możliwe. Każdy poeta marzył. Nie każdy odkrył całkiem inny świat na tym zwykłym, ziemskim.
Siedziałam więc na sofie, przy kominku, upojona nie wiadomo czym. Czekałam na telefon od ciebie. Niego znaczy. To już druga godzina, jak obserwuję płomienie rozbawionych świec podskakujących w rytm mojego oddechu. Przede mną kilka książek, kilka wierszy napisanych przed chwilą. Świeży atrament pachniał weną, schludnością, prawdziwym szczęściem. Litery, pochylone w prawą stronę, śmiały się do mnie. Ten wiersz udał się jak mało który. Przecieram oczy, dopisuję kolejne wersy.
na pustyni kłamstw i łgarstw
szukam sensu
jesteś endorfiną
Przypominam sobie brzmienie jego głosu. Nie oszukujmy się, przecież ja nie chciałam się w nim zakochać. Nie chcę nadal. Ale serce, niezależne i wolne, zawsze sprawiało mi ból. Zabierało to, co najpiękniejsze. Przecież ja nie chcę z nim być. Nie chcę stracić. Wzrok się znów zamydlił. Pomyślałam o tamtych wakacjach, u cioci. O poprawianych wieczorami wierszach, nie przeze mnie – przez Sarę i Marikę. I jego. Dobrze mi z nimi było. Spojrzałam na zegar, stary, kunsztowny i piękny. Wskazywał dwudziestą pierwszą czterdzieści.
Tomku, pamiętasz? Umówiliśmy się na dziesiątą.
Nieświadomie wodzę palcem po konturze ust. Zastanawiam się – wypada mi zadzwonić? Czy nie? Miałam zadzwonić. Wstrzymuję oddech. Martwymi od uczuć opuszkami wystukuję numer. Przykładam słuchawkę do ucha. Pierwszy sygnał. Drugi, trzeci, po ósmym, sparaliżowana, kończę połączenie. Obiecałeś. Zadzwonię za chwilę.
– Kamila… Kamila, przepraszam, naprawdę nie mogę rozmawiać. - Uśmiecham się smutno i patrzę za szybę. Zima w pełni. Tracę wątek, znów to robię, znów topię się w nutach twojego głosu. – Jestem z przyjaciółką, oglądamy film… jeszcze nie teraz, może potem? - wzdycham, zaprzeczam, mówię, że lepiej jak porozmawiamy kiedy indziej. Kłamię, jak zwykle, miętoląc w lewej ręce babciną pidżamę. Co mogę zrobić? Może chcesz porozmawiać, a może nie. Może to nie jest tak, jak ja to widzę.
– Porozmawiamy jutro – śmieje się subtelnie, ja uciekam gdzieś wzrokiem. – Dobranoc.
– Dobranoc. Śpij dobrze, Kamila – słyszę. Tak, to chciałam usłyszeć. Mogłam nie dzwonić drugi raz. Potem, potem już nie dzwonię. Ani w następny dzień. Nie przesadzajmy. Nie mogę wpadać w paranoję. Przecież Tomek… on jest daleko. Zbyt daleko, by mógłby być przyjacielem. Dlaczego w życiu tak jest – nie potrafiłam zadać sobie odpowiedzi na owe pozornie proste pytanie. Dla mnie zawsze był przyjacielem, takim od serca. Ja dla niego byłam zawsze dobrą znajomą. Nigdy nikim więcej.
Miałeś podarować mi bajkę na dobranoc.
Losie, znów to robisz! Znów jestem sama, spójrz, nie mam nikogo przy sercu. Ile można czekać na odrobinę człowieka przy duszy? Nie chcę czekać dłużej, szukać przyjaciół na siłę, nie czas na to, nie pora. Teraz trzeba pisać, bo płoną lasy, bo róż blask niknie w ich nikczemnym ogniu. Pora pisać, bo rękopisy i tak nie spopieleją w tym podłym świecie. Szkoda czasu na zrywanie kwiatu, bo gdy nasycę się ich pięknem, pójdę z dymem w niepoznane krainy, a wtedy już nikt nie szepnie zakochanym, jak harmonijne były te rośliny.
Upadam więc prosto na łóżko, gdzie Morfeusz prowadzi mnie prosto do niego. Do Tomka. Mogę poczuć jego dłonie, pocałunki we włosach. Objąć – jak przyjaciela – i tylko przyjaciela. Zapomnieć, że dzielą nas cztery lata… To nie ma znaczenia, bo przecież to nie tak. Pokażę ci mój świat, Tomku, będziemy się śmiali i rozumieli bez słów, komu potrzebne słowa, gdy w pobliżu są czyny? Chodź, mój poeto, mój Mistrzu, twoja Małgorzata zaprowadzi cię daleko, gdzie słońce kryje się w kotlinach Sądeckiego świata, jakby nic poza nim nie istniało. Nawiedź mnie w mym śnie ponownie, zagnieżdżę ci kulę przy nodze. Pod ciężarem mych spojrzeń spadniesz na dno mej duszy, gdzie jesteś niezastąpiony wraz ze swym głosem. Nawiedź, proszę, nauczycielu, pokażesz mi jak mam iść, rozgrzeszenia potrzebuję z twych słów. Do ręki dam ci gitarę i utopisz mnie w dźwiękach własnych dzieł. Usłyszysz, jak moja dusza śpiewa i ginie w blasku ośnieżonego stoku, by niczym feniks odrodzić się potem daleko, w głębinach ciebie, gdzie panuje lato niezmącone pogodą mej duszy. I będę topiła usta w słodkim winie, w poezji, którą schowałeś właśnie tam. Dla kogo? Dla mnie? Nie dla mnie, bo dla kogo innego. Nie szkodzi. I tak jest piękna. A potem zmoknę w deszczu łez, który przykryje nasze złączone ręce, gdy zanurzymy się tam, gdzie bywasz tylko ty. Powiedziałeś już kiedyś to, co cię bolało. Mogłabym zobaczyć wspomnienia, do których podchodzisz z ironią. W twojej duszy szukałabym powodu, dla którego jesteś tak dobry i tak bardzo kochasz ludzi. Kiedyś powiedziałeś, że wędrówka do tego miejsca to bilet w jedną stronę, tu nie da się wytrzymać.
Ale to nie szkodzi. Ja mogę tu zostać.
Ocena: 6
Liczba komentarzy: 8
Data dodania: 14.05.2010r.
Statystyki: Wiersze: 7853 | Artykuły: 264 | Recenzje: 234 | Proza: 1645 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46575 | Użytkownicy: 3566
Online(32): 27 gości i 5 zarejestrowanych:
Salem_de_Lincourt, Dawied, Fał, Pawlak, Wojtex81