warto go przeczytać
Pseudonim: DamaKier
Wybrałam szary cień do powiek. Jak zawsze. Z całej palety najróżniejszych, najpiękniejszym kolorów świata zawsze wybierałam ten sam odcień, przywiązana do niego. Delikatnie pędzelkiem nałożyłam go w kąciku lewego oka. Zrobiło się jakby większe. Ruch miałam już opanowany do perfekcji. Jeszcze tylko prawe oko. I tusz. Jeszcze tylko podumam troszkę nad kolorem szminki, ale i tak sięgnę po tą w odcieniu cafe latte. Jeszcze tylko przeczeszę włosy i będę gotowa. Jeszcze chwilkę.
Zerknęłam na siebie. Oczy. Jedno pomalowane, drugie nie. Patrzące badawczo. To chyba moje oczy, nie wiem, jakieś inne, lustrzane. Zaznaczone szarym cieniem. Wpatrywanie się w siebie w lustrze toaletki spełnia troszkę funkcje terapeutyczne. Można sobie spojrzeć w oczy, choć czasami chciałoby się tego uniknąć. Ludziom czasami też wstyd w oczy spojrzeć przecież, co dopiero sobie. A ja patrzę. Dość chłodno. Najchętniej odwróciłabym głowę od siebie samej, a przecież tak nie mogę. Przecież muszę wyciągnąć dłoń po tusz, muszę skończyć malowanie, przecież nie czas na robienie rozrachunków, kiedy Grzegorz czeka. Teraz jest czas na niepamiętanie, na szybkie założenie zaręczynowego pierścionka, na uśmiechnięcie się mdłym kolorem ust. Nie na uciekanie od swoich oczu!
Jak łatwo było obrócić twarz, żeby Maciek nie mógł mi w nie zajrzeć. Zarówno wtedy w tramwaju, kiedy trzymałam się kurczowo rurki – wybawicielki, udawałam, że zajmuję się nieprzewracaniem, chowałam spojrzenie po kątach, przemykałam nim po stojącym obok mnie tłumie. Trudniej było dzień wcześniej we własnym mieszkaniu nie spoglądać na niego, siadać tyłem, bokiem, wpatrywać się uparcie w pomidora, we własne dłonie. Ale Maciek nie spojrzał mi w twarz, nic nie wyczytał z oczu, odszedł sam i nieszczęśliwy. Za to ja teraz muszę się męczyć z parą niespokojnych oczu, mających uparcie smutny wyraz, podkreślanych szarym kolorem.
Grzegorz uwielbia szary kolor, uwielbia moją chłodną elegancję, stukot moich szpilek. Podziwia mój gust, kiedy wybieramy się na zakupy, które planuje kilka tygodni wcześniej. Nauczyłam się nic nie proponować. Nie lubi gdy wypada mu coś nie tak, jak jest w planie. Nauczyłam się być według planu, nie zaskakiwać. Ten sam cień od lat? Proszę bardzo. Mdły kolor szminki? Czarne szpilki, które uparcie stukają rytm moich kroków? Nawet biegać przestałam, bo jak biegać w takich butach. Tak mi było dobrze w takim ułożonym życiu. Nawet Maciek to zauważył: „Masz wszystko to czego chciałaś, jak sobie wyobraziłaś. Idealny facet, idealne mieszkanie, idealny świat”. Potem z przekąsem zapytał, czy na pewno jestem szczęśliwa, a ja nie wiedziałam, czy w chwili takiej szczerości mogę go okłamać. Lubiłam mieć w życiu porządek i Grzegorz mi go nadawał. Czasem tylko brakowało mi w życiu kolorów, ale nie można mieć wszystkiego – w gruncie rzeczy byłam bardzo zadowolona. Zabierał mnie do teatrów i na wystawy. Raz do roku tańczyliśmy na balu sylwestrowym a ja nauczyłam się chodzić w szpilkach. Nauczyłam się też robić porządek wokół siebie.
Maciek nie mógł mnie poznać, gdy pewnego dnia wpadliśmy na siebie zupełnie przypadkiem po latach niewidzenia. „Zrobiłaś się starą kobietą” – powiedział zlustrowawszy mój strój, buty i ciasny węzeł nad karkiem. Upierałam się, że po prostu dojrzałam. „Jesteś starą już, młodą kobietą”. W ciągu tych dwóch tygodni, kiedy próbowaliśmy odbudować naszą przyjaźń, nagle coś mi zajaśniało. Założyłam trampki i biegaliśmy po lesie. Tego dnia nie założyłam złotego pierścionka zaręczynowego, żeby nie łupał na nas jasnym oczkiem diamentu. A potem przyszła ta noc, w którą przeudawałam, że śpię. Zaciskałam powieki za każdym razem, gdy tulił się do mnie, zapomniałam, że miał taki zwyczaj, że kiedyś spaliśmy ciasno do siebie przytuleni. Uspokajałam oddech kiedy wsparty na łokciach obserwował moją twarz, przekonany, że śpię głęboko. Przekonany, że jutro się obudzi i bajka sprzed chwili będzie trwała dalej. Niestety kiedy się obudził, ja siedziałam już tyłem do niego i jadłam pomidora. Nie chciałam rozmawiać, nie spojrzał mi w twarz. Żeby odszedł, powiedziałam mu w tramwaju, pośród dalece obojętnego tłumu, przytulona do rurki, chowająca oczy po kątach. Nie zdołał zajrzeć mi w oczy i odszedł. Nie zdołał zobaczyć, że ja też płaczę.
I mnie zostawił. Samą z moimi oczami. Pełnymi wyrzutu i nienawiści do siebie samej. Teraz też jakaś pojedyncza łza zawitała mi w rogu lewego oka, gdzieś poniżej szarej plamki cienia. Grzegorz stał za mną już w garniturze i błękitnej koszuli, wpatrywał się we mnie pytająco. Już, już – powiedziałam i nieuważnie sięgnęłam po cień. Tak naprawdę przecież nic się nie stało, a życie musi biec dalej zgodnie z planem. Nabrałam pędzelkiem niewielką ilość szarego puszku. W lusterku zamigotał mi złoty pierścionek i łypnął na mnie dużym oczkiem diamentu. Po chwili i prawe oko było ujednolicone. Idealnie. Teraz już nie muszę patrzeć na moje oczy lustrzane, nie będą mi czyniły wyrzutów o niespotkanie tamtych, brązowych. A ja spotkam się z nimi dopiero jutro rano, będę powtarzać tą samą czynność. Wszystko mam ułożone i jest tak, jak chciałam, według planu.
Ocena: 4
Liczba komentarzy: 1
Data dodania: 31.10.2010r.
Statystyki: Wiersze: 7853 | Artykuły: 264 | Recenzje: 234 | Proza: 1645 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46575 | Użytkownicy: 3566
Online(36): 30 gości i 6 zarejestrowanych:
Salem_de_Lincourt, Dawied, Fał, Pawlak, Khelben, Wojtex81