Pseudonim: Amy Sol
Imię: Kamila Irena Anna
O sobie: Uwielbiam ten moment, kiedy chcę wykrzyczeć myśli, których jeszcze nikt nie ubrał w słowa.
Napisanych prac:
- wiersze: 4
- proza: 4

Średnia ocen: 4.1
Użytkownik uzyskał: 55 komentarzy

Najlepiej oceniane prace:
"W słomianym kapeluszu cz.I" 07.05.2014
"Unieruchomiony" 23.03.2015
"W słomianym kapeluszu cz.II" 30.05.2014
"Wolni Strzelcy - I" 19.04.2014
"Modlitwa" 29.04.2014

Inne prace tego autora:
"Niewypowiedziane [1]" 14.06.2014
"Wolni Strzelcy - I" 19.04.2014
"Unieruchomiony" 23.03.2015
"W słomianym kapeluszu cz.I" 07.05.2014
"W słomianym kapeluszu cz.II" 30.05.2014


Najnowsza proza (wszystkie):
"Buntownik" - mistylady
"Uderzyłam go... cz.1" - Pokoras
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"Raz, dwa, trzy - Baćka..." - Edward Horsztyński
"Przygody, dnia jednego,..." - Falcor
"Trójblondowe piwo" - ArcturV
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"O tym, jak powstały..." - nic
"Przed siebie" - Unwritten96
"List do K. cz. III" - Nieważne

W słomianym kapeluszu cz.II

Rozdział drugi Trzy lata wcześniej Brązowe trzewiki cicho skrzypiały, kiedy stawiałam kroki. Deszcz padał bezustannie już od kilku dni. Nie było to jednak zwyczajne zjawisko pogodowe. Kropelki wody bezczelnie moczyły mnie całą, spadając z prędkością przekraczającą normę, przez co dostałam kataru. Gdzieś w środku, doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że w końcu ktoś na tym ucierpi. I tak też się stało. W pewien pochmurny czwartek wracałam do domu, prawie biegnąc i tylko marząc o tym, aby jak najprędzej znaleźć się w suchej, ciepłej sypialni. Gdy tylko doszłam do drzwi wejściowych, mocno przycisnęłam guzik umieszczony w granitowej ścianie. Dźwięk dzwonka rozległ się zapewne w całej posiadłości, bowiem na zewnątrz także było go słychać. Nie minęła minuta, a w progu zjawiła się Doria, przyodziana w biały fartuch. Kobieta pracowała u nas jako służąca od dłuższego czasu. Miała pięćdziesiąt trzy lata, głowę na karku i pogodne nastawienie do życia. Zawsze ją podziwiałam, ponieważ jeszcze całkiem niedawno opłakiwała swojego zmarłego syna, niemalże codziennie przesiadując na pobliskim cmentarzu. Przywitała mnie szerokim uśmiechem i tymi słowami: — Emilio, twoja matka kazała przekazać, żebyś odwiedziła ją w pokoju gościnnym, gdy tylko wrócisz ze szkoły. — Dziękuję ci, Dorio. Podałam kobiecie beżowy kapelusz, zdjęłam szkarłatną pelerynę i czym prędzej udałam się w umówione miejsce. Mama siedziała w fotelu, czytając, jak się domyśliłam, swój ulubiony tomik wierszy nieznanego autora. Musiała usłyszeć hałas tupiących trzewików, ponieważ od razu spojrzała w moją stronę. — Jak dobrze, że jesteś, kochanie. Weszłam do środka, podeszłam do fotela stojącego naprzeciw mamy i już miałam usiąść, kiedy nagle ujrzałam jej gest, nakazujący postawę stojącą. Westchnęłam dyskretnie, wyprostowałam się i oczekiwałam na "zadanie specjalne". — Chciałabym, żebyś odwiedziła pana Terrelle. Rozwarłam usta, nie mogąc się poruszyć. Był to ostatni pomysł mojej rodzicielki, jakiego mogłabym się spodziewać takiego dnia jak tamten. Jak na zawołanie, przed moimi oczyma, pojawił się wizerunek starego profesora, widok jego krzaczastych, siwiejących brwi i szerokich ust, nie potrafiących choć na chwilę zacisnąć się w wąską linię. — Mamo, nie skazuj mnie na kilkugodzinne cierpienia, proszę. — Córeczko! Jak możesz tak powiedzieć? Już nie pamiętasz tych czasów, kiedy po kryjomu nazywałaś go "kochanym dziadziusiem"? — przypomniała mi matka. — Ależ nie! — Zapewniłam. — Tylko że miałam wtedy nie więcej niż osiem lat. — Pana Terrelle ostatnimi czasy dopadają różne nieszczęścia. Przecież wiesz, Emilko, że ciebie lubi z nas wszystkich najbardziej. Przygotowałam już kosz z podarunkami dla niego. Chyba mi nie odmówisz? — Co mu się stało? — Zmarszczyłam mimowolnie brwi, nie odpowiadając jednoznacznie na pytanie. — Ma już swoje lata — oznajmiła krótko mama, zachowując w tajemnicy nieprzyjemną sytuację, która przytrafiła się naszemu wieloletniemu dobroczyńcy i przyjacielowi. — Oczywiście, pójdę — poinformowałam ją na odchodnym. — Zobaczysz, ile radości sprawisz mu swoją wizytą! — Dobiegło moich uszu, kiedy ruszyłam żwawo w stronę garderoby. *** Pan Harald Terrelle mieszkał samotnie w małej willi, tuż obok Sadu Wainwright'ów. Uroczy błękitny budynek majaczył mi w oddali, gdy przeszłam przez Główne Miasto. Podziwiałam handlarzy moknących w deszczu oraz małe dzieci, które mimo niesprzyjającej aury, dzielnie grały w piłkę, przy którejś z biedniejszych ulic. Kiedy uczyłam się w miejscowej szkole podstawowej, częściej przebywałam u profesora. Wraz z wiekiem tematy do naszych rozmów się kurczyły. Pan Terrelle doskonale przemawiał do dzieci, jednakże młodzież i dorosłych wiecznie zanudzał swymi górnolotnymi opowieściami o pradawnych czasach. Do grupy osób "usypiających" zaliczałam się także ja. Nie chcąc jednak robić mu przykrości, raz w miesiącu odwiedzałam go, pozwalając opowiadać wszystko to, co akurat przyszło mu do głowy. Tymczasem miałam zjawić się w jego posiadłości już po raz drugi w tym tygodniu. Przed płotem, który oddzielał podwórze od szosy, stała elegancka bryczka. Ze współczuciem spojrzałam na konia, który przy niej moknął. Wąskie strużki wody ściekały po jego ciemnej grzywie. Niektóre kropelki osiadały dłużej na jego długich, wyblakłych rzęsach; wyglądało to, jak gdyby płakał. Utkwiłam w nim przez chwilę wzrok, ale gdy tylko wyciągnęłam dłoń w stronę zwierzęcia, zaczęło szukać drogi ucieczki. Nigdy nikogo nie przyciągałam. Mocniej ścisnęłam w dłoni uchwyt koszyka i ruszyłam przed siebie. Zatrzymałam się przed wejściem i zadzwoniłam do drzwi. Minęła minuta, dwie minuty, trzy... Nikt się nie zjawił. Powtórzyłam czynności, oczekując, że profesor w końcu mi otworzy. Nic z tego, pewnie śpi. Wtem poczułam na swoim ramieniu czyjąś dłoń. Odwróciłam się jak oparzona i spojrzałam w twarz nieznajomemu. Był dobrym duchem, który zjawił się nagle, całkiem nieoczekiwanie. — Czy można wiedzieć, co panienka tutaj robi? — Usłyszałam. — Przyszłam w odwiedziny do profesora Terrelle. A pan... kim pan jest? — Próbowałam otrząsnąć się z szoku i udać, że wcale się nie przestraszyłam. — Nazywam się Jeremy Hamilton, jestem siostrzeńcem właściciela tej posiadłości — oznajmił uprzejmie i chwycił moją dłoń, by po chwili złożyć na jej zewnętrznej stronie skromny pocałunek. Spłonęłam rumieńcem. Z bijącym sercem patrzyłam na każdy ruch jego twarzy i usta, układające się miękko powyżej moich palców. Przełknęłam ślinę, jak gdyby to miało zapewnić mi, że więcej się nie zawstydzę. — Wejdźmy do środka — odezwał się nagle. — Leje jak z cebra. Puścił mnie przodem, otworzył przede mną drzwi i zrobił gest ręką, nakłaniający do przejścia przez próg. Na pierwszy rzut oka widać było, że pan Terrelle uczył botaniki. Pod każdą ścianą ustawione były rzędy roślin doniczkowych. Przyglądałam się z zachwytem wystrojowi wnętrza, odsłaniając swoje jasne włosy. — Z tego wszystkiego zapomniałem spytać panienkę o imię — usłyszałam jego niski, melodyjny głos. Odwróciłam się w jego stronę i uśmiechając się tajemniczo, podałam mu kapelusz i pelerynę. Jeremy chwycił je oburącz i położył w specjalnym miejscu. — Emilia. Emilia Horewild — przedstawiłam się śmielej niż mogłabym przypuszczać. — Masz piękne imię. — Młodzieniec popatrzył wprost w moje oczy. Chwilę tak na siebie patrzyliśmy, jednak w porę się otrząsnęłam i zwróciłam się do niego tymi słowami: — Gdzie jest profesor Terrelle, panie Hamilton? — spytałam oficjalnie, rozglądając się wkoło, jak gdyby odpowiedź na moje pytanie kryła się gdzieś za którąś z doniczek. — W swojej sypialni. Zapewne uciął sobie króciutką drzemkę — poinformował mnie, po czym dodał: — Panno Emilio, proszę mówić mi po imieniu. — Nie wyraziłam zgody na to, byśmy zwracali się do siebie w ten sposób. Proszę uszanować mój wybór — rzekłam stanowczo, podkreślając każde wypowiedziane słowo. Spojrzałam dyskretnie w stronę Jeremiego, oceniając, czy się speszył. — Jak sobie panienka życzy — odparł po dłuższej chwili. — Mam ze sobą podarunki od mojej mamy dla pańskiego wuja. Bardzo proszę mu je przekazać. Nie chciałabym przeszkodzić mu w drzemce — wytłumaczyłam, podając młodzieńcowi wiklinowy kosz. Miał szafirowe, głębokie oczy. Wydawało mi się, że nie mają dna. Gdybym nie potrafiła pływać, z pewnością ich wir wciągnąłby mnie i pochłonął w całości. Chwila ta, wypełniona niepokojącą ciszą, została nagle przerwana. Usłyszeliśmy ochrypły, stary głos profesora. — Emilio! Jak miło cię widzieć w moich skromnych progach! Utykał na jedną nogę. — Profesorze, co się panu stało? — spytałam zmartwiona bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. — To nic, dziecko, to nic. Ostatnimi czasy zwykłem wędrować tu i tam. Zapowiadała się ciepła i przyjazna człowiekowi wiosna, a tymczasem... Strach pomyśleć, że los Georgii Spencer ułożył się w tak niekorzystny dla jej zdrowia i samopoczucia sposób. Biedna Georgia siedzi teraz zapewne pod stertą wytartych ze starości pierzyn, popijając świeżo przyrządzoną herbatę. Ile bym dał za kubek takiej herbaty... A, właśnie. Przypomniała mi się prastara historia, którą opowiadał mi, gdy byłem malutki, mój dziadek Bernard. Podobno stary, zniewieściały... — Wujku, najmocniej przepraszam, ale może zaprośmy pannę Emilię do salonu? — Oczywiście, oczywiście. Tędy, proszę, panienko. W duchu byłam wdzięczna chłopakowi, że tak sprawnie przerwał staruszkowi myśl. Gdyby nie Jeremy, pan Terrelle prowadziłby swój monolog jeszcze długi czas, a ja, po kilku minutach stania w moich niezbyt wygodnych butach, nie słuchałabym już jego opowieści, ale marzyłabym o tym, by spocząć choć na krótką chwilę w miękkim fotelu. Zawsze podobał mi się porządek, jaki panował w salonie. Nie dostrzegałam w nim tak znanego mi przepychu, który zwykle malował się w willach innych bogaczy. Na ścianach nie wisiały, jeden na drugim, obrazy, które w żaden sposób nie komponowały się ze sobą. Dywany nie przedstawiały materialnych reprodukcji najznamienitszych dzieł najzdolniejszych artystów, ale symetryczne, pod względem układu, barwne wzory i kwiaty. Za to wszędzie można było zobaczyć rośliny. Gdy byłam mała, nazywałam posiadłość pana Terrelle "domową szklarnią". — Wracając do tematu – zagaiłam, sadowiąc się wygodnie na brązowej kanapie — co się panu stało? — Emilio, nie masz się czym przejmować. Jak już wspominałem, ostatnio bywałem tu i tam. Pewnego niedzielnego popołudnia wybrałem się samotnie na długi spacer wzdłuż Sadu Wainwright'ów. Moja wrodzona ciekawość... Słuchając już tylko "na wyrywki" dalszej wypowiedzi profesora i przy pomocy dyplomatycznych sformułowań Jeremiego Hamiltona, w końcu dowiedziałam się, co było przyczyną tak złego samopoczucia pana Terrelle. Nim doszedł do sedna sprawy, minęło kilkanaście minut, ale streszczając, stała się rzecz niesłychana. Poślizgnął się i upadł na prawe kolano, niszcząc przy tym swój najlepszy garnitur, czego również dowiedziałam się "przypadkiem". Przy okazji zahaczył także o nieszczęśliwy związek niejakiej panny Roberty Hilker, który rozpadł się ponoć wskutek kałuży. Wspomniał także o "niezwykłej przygodzie" Tima Waltera, rzeźnika, którego dom był najpewniej nawiedzony – również głównym winowajcą w tejże historii był deszcz. — Profesorze, co pan myśli, aby latem urządzić rodzinny piknik dla mieszkańców Prince? — zmieniłam nagle temat, wykorzystując chwilę ciszy, jaka zapanowała między uczestnikami dyskusji. Wraz z rodzicami chcieliśmy odpowiednio nastawić władze miasta, by przychylnie spojrzały na ów pomysł. Mieliśmy na celu przywitanie imigrantów i nawiązanie przyjaźni między sąsiadami. — Uważam ten pomysł za wart uwagi — odparł po chwili. — Emilio, jeszcze nie opowiadałem ci, nawiązując do tego, co planujecie wraz z rodzicami, że w dzieciństwie... — Myślę, że organizacja takiej uroczystości jest jak najbardziej wskazana — uciął Jeremy. — Chłopcze, nie przerywaj staremu wujowi. Kontynuując... Wtedy na dobre się wyłączyłam. Kiwałam co chwilę głową lub aprobowałam jego stwierdzenia, byleby tylko już go nie słuchać. Jego historie bawiły mnie, mniej więcej, do dziesiątego roku życia. Później stały się "nudnym klepaniem o drobnostkach", zwłaszcza, że pan Terrelle zdolny był do tego, ażeby powtarzać jedną opowieść kilkukrotnie. — Profesorze, mam dla pana podarunki od mojej mamy. Trzymałam kosz przez dłuższy czas, całkiem zapominając o jego istnieniu. — Podziękuj jej, Emilko. Czy dała mi może choć jeden słoiczek swojego słynnego wina? — Jestem o tym przekonana — zapewniłam. *** Późnym wieczorem, po wysłuchaniu jeszcze kilku historii z życia pana Terrelle, pożegnałam się z nim i z jego siostrzeńcem serdecznie, pożyczyłam zdrowia i gotowa byłam do wyjścia. — Słyszałem w mieście, że Wainwright'owie są zainteresowani waszą posiadłością, Emilio — usłyszałam zamiast krótkiego "do widzenia". — Niemożliwe. To dom rodzinny Horewild'ów od wielu pokoleń. Nie wierzę, by rodzice chcieli sprzedać taką połać ziemi — stwierdziłam, choć w duchu słowa profesora mnie zmartwiły. — Ależ ja nic nie sugeruję! — Panno Emilio, odprowadzę... — usłyszałam głos chłopaka i natychmiast mu przerwałam: — To zbyteczne. Sama trafię do domu. Jednakże dziękuję za propozycję. — Zarzuciłam pelerynę na plecy, a na głowę założyłam beżowy kapelusz. — Do widzenia panom. Gdy tylko wyszłam na zewnątrz, chłodny podmuch wiatru prawie zerwał mi nakrycie głowy, toteż musiałam przytrzymać je ręką. Ruszyłam żwawo, nie tracąc ani chwili więcej. Co prawda, deszcz już nie stukał w dachy domów, a koń stojący przy szosie nie wyglądał na smutnego, ale to ja odczuwałam teraz wewnętrzny niepokój, jak gdyby całe moje życie miało zaraz spłonąć niczym zapałka. Wtem usłyszałam, że ktoś za mną biegnie. — Panno Emilio! Przyspieszyłam kroku. — Proszę zaczekać! Zagrodził mi drogę własnym ciałem i począł wymuszać spojrzenie. Kupiłam szafir jego oczu. I prosty nos. I wąskie usta. I delikatnie wystające kości policzkowe. Zapłaciłam symboliczną kwotę, chociaż nie wiedziałam, że wart jest miliony. Jego szarmancki uśmiech, jego blond włosy, silne dłonie i złote serce. — Proszę powiedzieć, że jeszcze się spotkamy. Proszę dać mi jakąkolwiek nadzieję. Spojrzałam na niego niejednoznacznie i tajemniczo. — Kto wie, być może jeszcze się zobaczymy. Ale... czyż nie grzechem jest przysięgać? — W tym momencie jego oczy wypełnił jakiś nieznany mi dotąd blask. — Nie, jeśli mocno się w to wierzy. Zamilkłam. Inaczej musiałabym utonąć. [W słomianym kapeluszu to nowy tytuł dawnych Obłoków duszy. Postanowiłam jednak zmienić tytuł, ponieważ ten jakoś bardziej mi pasuje.]



        Dedykacja: Bliskim i ukochanym.

Płeć: kobieta
Ocena: 4.667
Liczba komentarzy: 9    
Data dodania: 30.05.2014r.

1     

moriaty h.ayne Redaktor próbny 05 06 2014 (15:52:54)

Użytkownik ocenił pracę na 4

Czemu kolejny wspaniały chłopak i zawstydzona dziewczyna???
Trzymam kciuki, by nie był to główny wątek, bo ta część jest dobra. Czuję lekki niedosyt, dlatego daję mocne 4+.
Mam nadzieję, że się nie obrazisz za moją ocenę.
Pozdrawiam
PS. Bardzo podobały mi się fragmenty pisane kursywą. Brawo:)

Amy Sol Redaktor 05 06 2014 (16:03:12)
Ona nie jest zawstydzona... Zauważ, że są to nieco inne czasy niż obecnie (przełom XIX/XX w). Były wtedy inne obyczaje. Emilii po prostu nie pasuje, że nowo poznany chłopak jest wobec niej na tyle śmiały. Przecież zaznaczyłam, że dziewczyna jest raczej pewna siebie i zdecydowana (np. fragment, kiedy odmawia mu przejścia na "ty").

Nie obrażam się. Dzięki, że przeczytałaś.

moriaty h.ayne Redaktor próbny 12 06 2014 (18:10:37)
Rozumiem. Mimo to, miałam trochę inne wrażenie jak to czytałam.

Wiem, że to dzieje się w czasach i nie są mi one obce. Nie wszystkie dzieczęta reagowały tak na chłopców, ale jeżeli ją zaskoczył to zrozumiałe, że zachowała się tak, a nie inaczej.

Dziękuję, że wyjaśniłaś:)

Ilveran Redaktor 03 06 2014 (14:07:24)

Użytkownik ocenił pracę na 5

Dobry dzień.

Skoro to jedyni druga część, postanowiłam cofnąć się do początku. Można powiedzieć, że tamto było takim prologiem, choć nie sądzę, że zbyt długo będziesz ciągnąć fabułę "trzy lata wcześniej". I tu też się zastanawiam, bo poprzednio Emilia powiedziała "cztery lata temu mogłam podjąć inną decyzję...", a tutaj nagle mamy trzy lata. Małe przeoczenie, czy chodzi o coś zupełnie innego? Rozbieżność zauważyłam również co do włosów bohaterki. Jasne, a ciemne, to jednak spora różnica. Zastanów się, jakie ma w końcu je mieć.

Fabuła ciekawa, rzadko spotyka się prozę pisaną w dawnych latach. Zastanawiające jest również to, co się stało rodzinie Emilii, że spadła z wysoko usytuowanej na o wiele niższy poziom. Wykupienie ziemi daje pewien zarys, ale na więcej musimy widać poczekać. Piszesz płynnie, dobrze się Ciebie czyta, choć nie powiem, czasem ma się wrażenie infantylności treści. Może to po prostu sama fabuła. Dawne czasy, pokolenia, wielka miłość.

Ode mnie wstępnie czyste pięć. Czekam na kolejne odsłony.

Amy Sol Redaktor 03 06 2014 (15:30:02)
Jejku, z tymi włosami bardzo przepraszam :) Emilia jest nieodwołalnie blondynką :) Jeśli chodzi o lata 3-4 - zabieg jest celowy, zrobiłam to całkowicie świadomie. Tak właśnie sądziłam - że ktoś to zauważy i będą pytania. Sprostuję: akcja cofnie się jeszcze rok wstecz (aczkolwiek wciąż rozważam taką decyzję). Nie będąc pewną, pozostawiłam sobie tak jakby miejsce (czyli ów "rok"), by ewentualnie coś pozmieniać.

Tak poza tym bardzo dziękuję za uwagi i wysoką ocenę :) Pozdrawiam.

A.J Lunaitte Użytkownik wpmt 30 05 2014 (23:58:02)

Użytkownik ocenił pracę na 5

No i przeczytałam, znów jednym tchnieniem dając się ponieść historii:)
Po pierwsze wyłapałam strasznie miłe dla mnie i bliskie memu sercu określenie "rodzicielka" które jest dla mnie po prostu poezją w jednym słowie. Świetnie wykreowałaś postać pana Terrelle, tak po kroczkach, aby się nim nie zachłysnąć a zaciekawić. Dodatkowo ujął mnie może ze względu na hobby obraz poniekąd"płaczącego konia". Strasznie pobudził ten element moją wyobraźnie. Szczególnie do gustu przypadły mi fragmenty pisane kursywą, może dlatego ze wydają się takie totalnie od serca. Niemniej jednak dziś ode mnie 5 a nie 6, po prostu chyba cześć pierwsza miała dla mnie lepszy wydźwięk a może to coś innego. Jednak i tak bardzo mi się podoba i będę czekać na kolejne części:) Pozdrawiam

Amy Sol Redaktor 31 05 2014 (00:08:39)
Bardzo, bardzo dziękuję :)

A.J Lunaitte Użytkownik wpmt 31 05 2014 (00:22:47)
To ja dziękuje :D

Amy Sol Redaktor 31 05 2014 (00:25:48)
Miło mi, że ktoś mnie docenia :) Więc dziękuję raz jeszcze i sto razy mocniej ;D


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9701 | Proza: 2330 | Publicystyka: 721 | Komentarze: 68306 | Użytkownicy: 12452
Online(66): 66 gości i 0 zarejestrowanych: