warto go przeczytać
Pseudonim: subtelny demon
wciąż mało miłości
w nas
jej pleśniowe kawałki
stają w gardle
łabędziom
kompleks
brzydkiego kaczątka
to nie katar sienny
a aids
dla niej
co wciąż pisze się przez małe „m”
Tamtej wiosny karmiliśmy się surowym ciastem. Było niepodobne do chleba i spragnione prawd ukrytych w piecu rozgrzanych ciał. Wierzyliśmy jednak w ich zbawczą moc. Czy naiwnie?
Siedziałam w swoim fotelu na wpół-zamknięta, a mój dzień już nie był dniem. Nawet cienie pochowały się po kątach i nie robiły min swoim zwyczajem. Ile dźwięków można zamknąć w ciszy – myślałam. Ile wspomnień na białym płótnie, ile miłości w nas?
Zamek. Słyszysz zamek i co myślisz? Bo ja myślałam o niedostępnych wieżach i zimnych, obskurnych lochach, o dworskich etykietach. O kłamstwach i zdradach. Murowany zamek pełen fos i łuczników. Nasz zamek.
Kiedyś ten zamek był pałacem, salą balową pełną roześmianych, dygających twarzy. Ale to było dawno. Dawno, dawno temu…
Babciu, opowiedz mi bajkę – prosiłam, a ona opowiadała, razem opowiadałyśmy bajki, których już nie pamiętam. Przybiegałam do niej wczesnym rankiem, gdy rodzice jeszcze spali, a ona wpuszczała mnie pod pierzynę. Zamykała moje drobne, dziecięce rączki w swoich spracowanych dłoniach i opowiadała. Tak bardzo za nią tęskniłam.
Gdzieś po drodze przestaliśmy być królami swoich żyć. Tkwiliśmy w dziwnej rzeczywistości uwikłani w sprawy, które nas nie obchodziły. Potrzeba przestrzeni, jakże eufemistyczne określenie, znalazła się przed jedzeniem i seksem na samym dole piramidy. Brak wolności nie odbierał życia naszemu uczuciu. Prawdziwą wolność odnajdziesz tylko w prawdziwej miłości, wnusiu – mówiła babcia. Zawsze przy tych słowach moją dłoń przykrywała swoją, a w jej jasnoniebieskich oczach odnajdywałam prawdę. Wiara bez uczynków jest martwa. Teraz rozumiałam. Tuliłam mokrą od łez poduszkę, modląc się do Boga, by połączył na powrót w jedno, uwielbione ciało dusze moich dziadków.
O szóstej rano razem z rodziną i przyjaciółmi pochowaliśmy seniora rodu. Miał trzymać mnie za rękę, ale nie dał rady przyjechać.
Dziadek od wielu lat chorował i z ulgą przyjęłam wiadomość o jego śmierci. Nie mogłam patrzeć na jego pokłute ręce, gasnące oczy, niemiłe pielęgniarki. Tych pielęgniarek, ich oziębłej obojętności – z całego serca nienawidziłam. Nie rozumiałam. Ludzie często nienawidzą tylko dlatego, że nie rozumieją. Ja oprócz tego kochałam, co jeszcze bardziej zaostrzało mój niezdrowy stosunek do personelu szpitala.
Mimo wszystko, mimo ulgi oraz wiary czułam się przygnębiona i spragniona kojącego ciepła ramion. Nie byłam już tylko pewna, czy aby na pewno tych, które zdecydowały, że coś, co nawet nie zostało nazwane, jest ważniejsze ode mnie w takim dniu.
Ocena: 5.5
Liczba komentarzy: 2
Data dodania: 04.05.2011r.
Statystyki: Wiersze: 7853 | Artykuły: 264 | Recenzje: 234 | Proza: 1645 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46575 | Użytkownicy: 3566
Online(39): 34 gości i 5 zarejestrowanych:
Salem_de_Lincourt, Dawied, Fał, Pawlak, Khelben