warto go przeczytać
Pseudonim: Tomaszsz
Słowem wstępu, pragnę od razu napomknąć, że streścić mógłbym w jednym zdaniu to, o co mi tu chodzi, choć tak właściwie, to nie o to chodzi. Na plan pierwszy wysuwa się tutaj forma, bo bogata ornamentacja każdego zdania, okraszonego paradoksalnie nieodpowiednimi sformułowaniami stać ma się bodźcem do intelektualnych igraszek. Znudzony poetyką górnolotnych poetów, którzy konwulsyjne wykrzywiają swe oblicza na widok własnych prac, pragnę trochę zatrząść tym ich mętnym półświatkiem. Zanurzeni w formie nader zdawkowej i banalnej, wszyscy oni, tworzą dzieła jedyne i niepowtarzalne, a każde z dzieł równie jedyne i równie niepowtarzalne. O ile od formy całkiem uciec nie mogę to wszelkiej konwencji bez walki się nie poddam. Obrałem więc azymut na formę dziką, nieokiełznaną, nie dająca się do niczego sprowadzić. Na przekór zasadom logiki, dałem się oczarować niesamowitości urojeń, stojąc zarazem wciąż w opozycji do wszelkich omamów i złudzeń. Powiewy chłodnego realizmu zmuszają jednak do refleksji. W tej niedorzecznej rzeczywistości rozpadamy się, tracąc własne „ja” na rzecz chaosu. Gwałt na nas dokonuje się permanentnie z każdej strony i chwili nie ma, że istniejemy samoistnie bo zawsze w kimś, dla kogoś, przez kogoś – niezależnie od preferencji własnych. Osobiście od czasu dłuższego konkret jakiś próbuje odszukać w mętliku absurdalnych zdarzeń, aby ogarnąć jakoś ten chaos. Kreowany przeze mnie świat przeciwstawia się światu realnemu, który nie jest w stanie mu sprostać, więc jest to świat konkurencyjny, służący mi jako konceptualna makieta. Przeznaczona jest do ukazania pewnych zależności i procesów zachodzących tu u nas, a lepiej widocznych na jakimś abstrakcyjnym i odległym modelu. Oderwać się pragnę także od tej głęboko zakorzenionej infantylizacji przesłań i podważyć nienaruszalne stereotypy, skłaniając do przekonania, że nic nie jest pewne.
Wszystko zaczęło się od starszego mężczyzny w binoklach, z rozbabraną brodą, który bez pukania wtargnął do mojej przestrzeni życiowej. Chciałem go wyminąć ale on złapał mnie za sumienie. Sumienia nie puszczał, a sumienie mnie nie puszczało choć wreszcie sumienie też jego dorwało. Byłem nawet gotów pozbyć się tego sumienia, jeśli tak mu zależało, ale umykało to trochę moim umiejętnościom. Miewałem już przelotne wyrzuty sumienia, ale tak na zawołanie to nie potrafiłem go wyrzucić. Poczyniłem więc krok w tył, jednak perfidność kroku pierwszego polegała na tym, że determinował kroki następne. Tak więc jako człowiek odpowiedzialny musiałem unieść ciężar kroku pierwszego i poczynić też drugi i trzeci. Kroków tych było jeszcze wiele ale bez żadnej konwencji, bez podtekstów. Na szczęście los na mojej drodze postawił bicykl. W ten sposób ja byłem na bicyklu ze swoim sumieniem, a jeśli było ze mną sumienie to owy mężczyzna z brodą też musiał być. Bicykl nie sprzyjał jednak tego typu utarczkom fizycznym, stąd też trzeba było przeciąć jakoś ten niefortunnych splot wydarzeń. Ja tu nie miałem wiele do powiedzenia bo jeden z mych włosów sam trafił na koło bicykla, a za włosem poszła głowa, szyja i tak dalej. Wypadek ten spowodował daleko idące konsekwencje bo raz rozpoczęty mój rozkład musiał trwać dalej. Niesforne części mojego ciała żyć zaczynały własnym życiem, a ja rozlałem się po chodniku jak budyń. Jakiś zafrasowany pies nawet się przybłąkał i połechtany moim absurdem chciał sobie poszczekać. Sytuacja była jednak na tyle pokraczna, że udzieliła się także jemu i stopniowy rozpad jego jamy ustnej spowodował w końcu upadek całego systemu jadaczkowego.
Moja duchowa niezależność stała się sprawą z góry do dołu nader mętną i pozorną. Czując niejako brak steru w rękach, postanowiłem uciekać w amoku przed gwałtem, który miałem sam w sobie. W tej ucieczce poczyniłem wiele kroków. Kroki te były różnorakiego typu, jednak najważniejsze jest to, że wszystkie one zakończyły się upadkiem. Niefortunnie, fortuna kołem się toczy i oczywiście oko zaklinowało mi się w butonierce, a ręka prawa zamieniła się miejscem z lewą. Wykorzystali to perfidnie dwaj mężczyźni w średnim wieku, którzy bezczelnie wdrapali mi się na głowę. Stanęli sobie dumnie i ponętnie na mojej głowie i zaczęli rozmawiać – znaczy się mamlać bez sensu i swawolić ze sobą niby intelektualnie. Musiałem im przerwać tą dziką orgię, bo na głowie spraw miałem już wystarczająco dużo, więc po prostu zepchnąłem ich w kierunku trzustki. Kiedy w końcu głowa odetchnęła, znalazłem chwilę na zastanowienie. W całym tym chaosie, w który się wpakowałem, forma zaczęła się rozmywać, wszelka konwencja była w zaawansowanym stanie rozkładu, a moja intelektualna biodegradacja posuwała się wciąż dalej. Znalazłem się na pograniczu bolesnej rzeczywistości i chorej paranoi, która postawiła mnie przed małą dziewczynką z dwoma warkoczykami. Mieszała ona herbatę plastikowym mieszadełkiem i zdawała się w ogóle nie zwracać na mnie uwagi. Czułem się zakłopotany gdyż ona doprowadzała swoje mieszanie niemal do granic perwersji. Nie reagowała na moje desperackie wrzaski i gwałciła mnie jawnie swą bezczynnością. Kurczyłem się w niej, a ona pasła się moją nieporadnością. Spojrzałem jej w oczy jak małe dziecko, które prosi rodziców o pomoc i z lekkim zaskoczeniem zobaczyłem tam krowę, którą ktoś właśnie doił. Ona, jakby zawstydzona tym faktem i zarazem zgorszona moim wścibstwem, zamknęła oczy, a ja na moment się zawiesiłem.
Złapała mnie za gardło niemoc. Męka niemożności zatrzymała wszystkie moje procesy życiowe i mogłem tylko trwać w bezruchu. Nie byłem w stanie zupełnie nic zrobić lecz do końca nie wiedziałem czy to ja sam takie paranoje sobie stworzyłem, czy to ktoś odgórnie zamknął mnie w tej klatce niemożności. Faktem było jednak to, że swą niemocą spętany byłem jak kaftan bezpieczeństwa. Wtedy to jakiś bezczelny małolat wykorzystał moją chwilową niedyspozycję. Ten bezwstydny zboczeniec ukradł ostatnią rzecz, która mnie w tym świecie przytrzymywała - mój kontur. Bez konturu, jak to zwykle bywa, rozlałem się po podłodze. W obliczu tak głębokiego bezsensu i absurdu pozostało mi już tylko wybuchnąć śmiechem. Nie był to jednak zwykły chichot z ciotczynego żarciku, lecz śmiech kunsztowny, wzniosły, a wręcz, do bólu, patetyczny. Dla jego uczczenia zgromadziłem nawet wokół siebie kompanie reprezentacyjną, która wtórowała mi dźwiękami trąb i wystrzałami z armat. Tym samym, zdałem sobie jednak sprawę, że mój kontakt z rzeczywistością ostatnimi czasy znacznie się pogorszył, stąd też odczułem intensywną potrzebę zorganizowania się na zasadzie jakiegoś konkretu. Zwykle, w życiu codziennym, organizowałem się wokół prostych i prymitywnych czynności życiowych takich jak jedzenie, wydalanie i praca. Tu jednak, w świecie abstraktów potrzebny był naprawdę konkretny konkret, by przestać kluczyć w chaosie bezeceństw. Powstrzymanie mojego dalszego analitycznego rozpadu, za pomocą syntezy na bazie konkretu stało się więc priorytetem. W tle tych rozważań przeżuwać mnie zaczynały kolejne krowy. Żuły, miętosiły i targały mną we wszystkie strony, a ja w cichości ducha rozmyślałem, co mogę teraz począć.
Pośrednio, rozwiązanie mojego problemu przyniósł mi pewien czarny mężczyzna w garniturze, który trzymał na smyczy swojego jamnika. Nie wiem co wspólnego miał on z tamtymi krowami jednak to on wplątał mnie w te wszystkie niepotrzebne słowa i słowa moje zamotał w swoje. Padło wtedy słów wiele. Były słowa poważne i komiczne, proste i złożone, oczywiste i zaskakujące. On stawiał bardziej na słowa niedorzeczne, mało skomplikowane, ja jednak cały czas się gimnastykowałem i łączyłem je w najbardziej figlarne kształty. Sytuacja zaczynała się jednak wymykać moim słowom i sięgnąć musiałem po broń największego kalibru – słowo tak wielkie, pokrętne i wieloznaczne, że aż usta drżą na samą myśl. Słowo to miałem już na końcu języka ale zaklinowało się. Stanęło mi w gardle co w skrócie doprowadziło do mojego uduszenia. Zginąłem ze słowem w ustach, od słowa, pogrążony w innych słowach. Śmierć piękna i godna, poniesiona na posterunku. Życie oddałem na golgocie słownika, którego sługą byłem aż do końca. Śmierć była wystarczająco konkretna dla moich poszukiwań konkretu. To chyba było jedyne i ostateczne wyjście. Każdy ruch jest względny, subiektywny, niejednoznaczny, czyli niekonkretny, za to śmierć sprowadzająca się do nieruchomości jest chyba najbliższa absolutowi. Śmierć była formą wspaniałą, jednak okazała się też trochę nieżyciowa, dlatego na tym się już wszystko skończyło. Mogłem to przewidzieć i uniknąć tego, bo wszystko przecież szło po mojej myśli, ale tak właściwie to ja sam nie wiedziałem, gdzie ta myśl idzie.
T.S.
Ocena: 3
Liczba komentarzy: 2
Data dodania: 13.08.2010r.
Statystyki: Wiersze: 7853 | Artykuły: 264 | Recenzje: 234 | Proza: 1645 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46575 | Użytkownicy: 3566
Online(40): 35 gości i 5 zarejestrowanych:
Salem_de_Lincourt, Dawied, Fał, Pawlak, Khelben