warto go przeczytać
Długi płaszcz nieznajomego podążał za nim po wypastowanej przez Dianę podłodze. Pomieszczenie, w którym się znajdował, hol domostwa Cruenów, było nadzwyczajnie przestronne.
Przybysz usłyszał stukot obcasów. Dźwięk był coraz głośniejszy, postać zbliżała się do niego. Nagle dołączyła do niej kolejna, chociaż te kroki były już cichsze.
Serce zaczęło głośniej pompować niezbędną do życia krew, jakby to były ostatnie tego życia chwile. Kroki ustały.
Cisza zaczęła posługiwać się własnym językiem, a niewypowiedziane słowa i dźwięki wystrzałów dzwoniły w uszach jeszcze długo.
***
- Stary, ty chyba nie znasz wartości pieniądza – Andrew Bitten odstawił z hukiem na karczemny stół kufel piwa, które spokojnie sączył, słuchając opowieści przyjaciela.
- Za kogo mnie masz? Starałem się przestrzegać planu. Powinieneś chociaż spróbować zrozumieć mnie jako przyjaciel, a nie jakiś wspólnik!
- Przez ciebie zaraz będę bankrutem, choć raczej już nim jestem! – podwinął rękawy swojej kraciastej koszuli nadal świdrując przyjaciela wzrokiem. – Nie próbuj nawet dziwić mi się, że jestem na ciebie wściekły! – uderzył pięścią w stół. – Zepsułeś wszystko. Jak zwykle. Twoje serce i twoje uczucia kiedyś cię zrujnują. Zobaczysz – dopił piwo, a pusty kufel podał ładnej blond kelnereczce, w głowie odtwarzając sceny ich burzliwego romansu latem 1999 roku. Byli jeszcze szesnastoletnimi gówniarzami, ale alkohol w ich głowach szumiał równie mocno jak morze przy którego brzegu siedzieli. Wspólne chwile na plaży zawsze wspominał z łezką w oku, nawet teraz, jako dwudziestodziewięcioletni budowlaniec. Jednak teraz Andrea mogła być tylko jego niespełnionym marzeniem, tak samo jak większość kobiet w Clearoak Side, „tej parszywej mieścinie”, jak to sam zawsze powtarzał.
- Najwyraźniej nie można na ciebie liczyć. Mogłem się domyśleć, przecież grunt to zwalić całą robotę na mnie, a później mieć tylko i wyłącznie pretensje – przyjaciel wyrwał go okrutnie z rozmyślań o byłej kochance, a upadek z powrotem na ziemię był dość bolesny. Niestety, na naprawienie nieumyślnie sprawionej krzywdy było zbyt późno, bo jego towarzysz już zdążył z hukiem odejść od stolika, zapłacić za siebie i wyjść, trzaskając przezroczystymi drzwiami. Gdzieś za rogiem tylko mignęła poła jego płaszcza.
***
4.04.2012
Tak jak myślałem, Andrew nie potrafił zaakceptować niepowodzenia akcji. Przyjaźnię się z nim od lat, więc wiedziałem, że to jedyny możliwy scenariusz, ale gdzieś w kącie mojej głowy cichy głosik podpowiadał mi, że może będzie inaczej. Nie było. Tak ciężko być samotnym. Teraz nie tylko straciłem miłość, nie tylko straciłem pieniądze, straciłem też przyjaciela. Czy życie może być jeszcze bardziej okrutne?
Diano… Gdybyś tu była.
Na zawsze Twój,
Vincent
***
- Andrew, siedzisz tu już tyle czasu. Nie wiem, na co czekasz, ale on już nie wróci. Znasz go. Kiedy odchodzi… To odchodzi – Andrea usiadła naprzeciwko swojego starego znajomego, jednocześnie podsuwając mu pod nos kolejne zamówione piwo. Poprawiła opadający na twarz niesforny kosmyk swoich blond włosów, który mimo jej wysiłków nadal wracał na swoje stare miejsce.
- Dobrze wiem, że nie wróci. Ale wolę siedzieć i pić tutaj, niż wrócić do pustego mieszkania i pić w samotności – wziął łyk stojącego przed nim napoju, jakby chciał zapić to, co przed chwilą powiedział. – Liczyłem, że dzisiaj to się skończy i zobaczę sam, że jestem kimś i mam szanse na lepsze życie.
- Dlaczego miałoby się to dzisiaj skończyć? – Andrea sama już nie wiedziała, czy słucha zwierzeń czy zwykłej pijackiej gadki, ale wolała dalej pozwalać mu mówić. Mimo tego, co kiedyś wydarzyło się miedzy nimi i mimo tego, dlaczego żałowała owego wydarzenia tak bardzo, w dalszym ciągu chciała mieć go chociaż za przyjaciela. Poza tym, tata kiedyś dość często jej powtarzał: „Zawsze słuchaj zwierzeń przyjaciół, bo musisz być z nimi, gdy cię potrzebują. Ale też zawsze słuchaj swoich wrogów, bo przyda się każda informacja, jeżeli zechcesz ich szantażować.” Od chwili, gdy pierwszy raz jej to powiedział – słuchała każdego.
- An, nie wiem, czy powinienem ci to mówić, to po pierwsze. A po drugie, pewnie nawet nie chciałabyś tego wysłuchiwać. I nie musisz – tym razem wypił pół kufla dwoma haustami, po czym otarł usta wierzchem dłoni. Oparł łokcie na blacie stolika, jednocześnie patrząc w oczy swojej towarzyszce, która nie spuszczała z niego wzroku.
- Wiedz, że możesz mi wszystko powiedzieć. Cokolwiek to jest, nie będę cię osądzać.
***
- Proszę wejść – drzwi gabinetu Toma Cruena uchyliły się i ponownie zamknęły, a przy jego biurku stanął mężczyzna w średnim wieku z dwudniowym zarostem i krótko ściętymi ciemnymi włosami z przebłyskami siwizny. Tom Cruen obrócił się w jego stronę na swoim skórzanym pikowanym fotelu, który miał podkreślać powagę i wysoki statut jego osoby. Oparł łokcie na biurku, a dłońmi podparł podbródek. Nie był młodzieńcem, ale nie był też starcem. Tak samo jak dokładnego stanu swojego konta, nigdy nie wyjawiał swojego wieku.
- Witam, panie Cruen. Czym mogę służyć?
- Poprosiłem o twoje przyjście nie bez powodu, Adamie. Jesteś najlepszym prawnikiem w tym mieście, a nie jestem do końca pewien, czy nie będę w najbliższym czasie kogoś takiego potrzebował. Napiłbyś się whisky, Adamie?
- Tak, proszę – odebrał od swojego nowego szefa do połowy zapełnioną szklankę. Nawet pomimo tego, jeszcze nie do końca czuł się rozluźniony w towarzystwie takiego człowieka. Krążyły o nim różne plotki, niekoniecznie dobre. Co prawda ludzie gadali na wszystkich bogaczy, jakich znał, jednak osoba pana Toma miała w sobie coś niepokojącego. Nie był pewien, czy chce znać o nim prawdę, oraz czy chce mieć z nim cokolwiek do czynienia.
- Cóż, Adamie, w dalszym ciągu mam nadzieję, że sprawa nie wyjdzie na jaw i nikt jej nie rozdmucha. Trzeba być dobrej myśli.
- Czy mógłby mi pan powiedzieć o co dokładnie chodzi?
- Tak, oczywiście, Adamie. W końcu masz mi pomóc. Historia jest dość długa i zawiła, ale sądzę…
- Na razie chciałbym tylko usłyszeć co takiego się stało, że będę musiał pana chronić.
- Tak, oczywiście, Adamie. Otóż… Zabiłem człowieka.
Dwa ostatnie słowa zawisły w powietrzu, a szklanka Adama z trunkiem nieoczekiwanie wymknęła się z jego rąk, by odbyć bliskie spotkanie z podłogą.
***
- Andrew, powtarzam ci po raz kolejny. Możesz mi wszystko powiedzieć. Jeżeli boisz się, że ktoś inny się o tym dowie, to nie martw się, nie dojdzie do tego. Obiecuję.
- Wiem, że mogę ci ufać. Zawsze mogłem – patrzył na dno pustego kufla. Był zawstydzony, jak zawsze, gdy musiał mówić o uczuciach. – Ale tu nie chodzi o ciebie. Tym razem chodzi o mnie. Zmusiłem do czegoś swojego najbliższego przyjaciela. Obmyśliłem wszystko, cały plan, ale nie miałem jaj żeby samemu go zrealizować. Więc poprosiłem go o to. Powiedział, że spróbuje i zrobił to. Byliśmy od tej pory wspólnikami w całej sprawie, z tym, że ja siedziałem spokojnie na tyłku i wysługiwałem się nim pod pretekstem, że on zrobi wszystko lepiej, gdy tak naprawdę bałem się kiwnąć palcem. Jestem tchórzem. Ale było kilka komplikacji i plan niestety się nie powiódł. Postawiliśmy na niego wszystko i pozostaliśmy z niczym. A ja całą winę zrzuciłem tylko na Vincenta, mimo, że to przeze mnie i moją nierealną fantazję, on w ogóle został w to wmieszany.
- Chyba zaserwowałeś mi okrojoną wersję całej historii.
- Tak, ale zawarłem w tym trochę sensu. Teraz już nawet nie będę mógł go przeprosić. Jestem głupcem, łasym na pieniądze głupcem.
- Niektórzy właśnie za to cię kochają.
Zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, zamknęła mu usta pocałunkiem.
***
-… zabił pan człowieka? – prawnik wypowiedział te słowa, jakby były najgorszym ze wszystkich przekleństw, jakby po ich wypowiedzeniu sam miał zostać przeklęty.
- To była konieczność. Inaczej byłbym zrujnowany! – wstał z fotela, uderzając w tym samym momencie dłońmi o biurko. Miałem dać się szantażować jakiemuś szczurowi z biednej dzielnicy?!
- I dlatego pan go zabił?! – Adam poczuł w sobie siłę, a spięcie ustąpiło wielkiemu wzburzeniu.
- Co? Nie, oczywiście, że nie, Adamie. To nie jego zabiłem.
- Zabił pan niewinnego człowieka?
- Jej życie i tak było smutne. Tylko skróciłem jej ból, możliwe więc, że tak naprawdę zrobiłem dobry uczynek.
- Zabił pan kobietę!
- Czy zabicie kobiety jest gorszym przestępstwem niż zabicie mężczyzny? Nonsens!
- To dlaczego, gdy Titanic tonął, pierwsze do szalup miały wchodzić kobiety i dzieci?
- Adamie, dość tych bzdur. Teraz dla ciebie najważniejsze będzie obmyślanie, jak ewentualnie wyciągnąć mnie z tego bagna. Zapewniam, że jestem hojny dla moich pracowników.
Pan Cruen na kawałku papieru napisał sugerowaną kwotę zapłaty, co sprawiło poważne uszkodzenie kompasu moralnego Adama.
***
5.04.2012
Diano, gdybyś tu była! To wszystko przeze mnie, nie powinienem był się na to dać namówić. Nie poznalibyśmy się, to prawda… Ale przynajmniej byś żyła.
Czy kiedykolwiek mi wybaczysz?
Zawsze będę Cię kochał,
Vincent
***
Tom Cruen właśnie palił cygaro w swoim gabinecie i rozmyślał o wydarzeniach ostatnich dni. Na małym kalendarzu stojącym na brzegu biurka, widniała data - siódmy kwietnia. Sielankę zakłóciło pukanie do drzwi.
- Wejść! – odkrzyknął od niechcenia, niezadowolony, że ktoś śmie zakłócać jego spokój. W drzwiach stanął mężczyzna w długim, ciemno-szarym płaszczu. – Wiedziałem, że jeszcze tu zawitasz. Chociaż miałem nadzieję, że śmierć pani Diany odciągnie cię od pomysłu szukania brudów na mnie i kazania mi płacić za milczenie.
- To nie był mój pomysł – nieznajomy wpatrywał się w Toma swoimi przekrwawionymi oczami. Wyglądał jak szukający ofiary wygłodniały sęp.
- Chłopcze, nie obchodzi mnie, czyj to był pomysł. Obchodzą mnie wyłącznie straty, które mogłem ponieść.
- Straciłem wszystko, chcąc zyskać coś, czego nie pragnąłem, dla osoby, dla której najwyraźniej nic nie znaczę. A ty zabiłeś Dianę.
- Wiem, że ją zabiłem, kochany. I ostrzegałem, że to zrobię, więc nie graj tu przede mną pokrzywdzonego. Powinieneś się cieszyć, że tobie darowałem życie. Nic by się nie stało, gdybyś mnie do tego nie zmusił, twoja stopa miała nigdy już nie postać w moim domu. Tylko dotrzymałem obietnicy, nie rzucam słów na wiatr.
- Ja też nie. A wczoraj obiecałem coś sobie, także obiecałem coś Dianie. Chociaż tak mogę wynagrodzić jej to, co się stało. Zrobię to, co postanowiłem zrobić, a później niezwłocznie się z nią spotkam. Dama nie może dłużej czekać.
- O czym ty…
Vincent wymierzył broń w stronę bogacza, by chwilę później w pokoju dało się słyszeć bicie tylko jednego grzesznego serca, nie dwóch.
***
6.04.2012
Diano, ciężko jest żyć bez Ciebie. A jeszcze ciężej żyć ze świadomością, że to ja ponoszę winę za wszystko.
Co mam zrobić?
Nie wiedziałem, że będziesz znaczyć dla mnie aż tyle. Pomyśleć tylko, że jedynym zyskiem w tej całej sprawie miały być tylko pieniądze.
Ale dostałem Ciebie.
I straciłem.
Obecnie nie mając nic, staram się myśleć trzeźwo. Chcę być z Tobą. A ten, przez którego nie mogę, musi ponieść konsekwencje za swój czyn.
I poniesie jutro.
Wiem, że to, co zrobię, jest złe i sprowadzi hańbę na mą osobę, ale nie dbam o to. Nie wiem, czy dokonanie zemsty sprawi, że poczuję się lepiej. Możliwe, że poczuję się jeszcze gorzej.
Jednak wszystkie złe emocje znikną, gdy zobaczymy się znowu.
Ten list doręczę Ci osobiście.
Do zobaczenia niedługo,
Vincent
***
- Tutaj teraz mieszkasz? – Andrea poprawiła swą blond czuprynę, gdy razem z Andrew stali na klatce schodowej przez drzwiami do jego mieszkania. Nie sądziła, że gdy do siebie wrócą, będzie jej tak łatwo zapomnieć o jego zdradzie i o wszystkich przewinieniach, także jej. To, czego się bała, stało się nieistotne, a pozostała tylko radość. Jeszcze nigdy nie była tak szczęśliwa.
Po skończeniu mocowania się z kluczem w zamku, Andrew wziął ją na ręce i przeniósł przez próg. Marzył o tej chwili od wielu lat, a gdy marzenie stało się rzeczywistością, poczuł jakby osiągnął już wszystko. Wszedł do małej, ciasnej kuchni, by zrobić kolację dla swojej ukochanej, która poszła rozgościć się w salonie. Nadal nie mógł nacieszyć się perspektywą wspólnego życia, a uśmiech towarzyszył mu cały czas.
- Andrew!
- Co się stało? – spojrzał na nią pytająco, z nadzieją, że nie zamierza z nim zerwać, tak jak to zrobiła trzynaście lat temu.
- Przed chwilą dzwonił jakiś mężczyzna, chciałam cię zawołać, ale powiedział mi, że mam ci to przekazać - w jej oczach widać było skrępowanie i przerażenie.
- O co chodzi? Powiedz wreszcie – położył dłonie na jej ramionach.
- Vincent nie żyje.
Uśmiech pośpiesznie spełzł z jego twarzy, krzyk zamarł mu w ustach. Nastała tylko złowroga, martwa cisza.
Ocena: 0
Liczba komentarzy: 4
Data dodania: 01.02.2012r.
Statystyki: Wiersze: 7853 | Artykuły: 264 | Recenzje: 234 | Proza: 1645 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46575 | Użytkownicy: 3566
Online(41): 36 gości i 5 zarejestrowanych:
Salem_de_Lincourt, Dawied, Fał, Pawlak, Khelben