Sky
Pseudonim: Sky
Imię: Agata
O sobie: "Lu­bię tę aurę ciem­ności, która go otacza. Lu­bię je­go twarz, smut­ne oczy. Jest dziw­nie piękny, niczym noc bez gwiazd."
Napisanych prac:
- proza: 1

Średnia ocen: 5.3
Użytkownik uzyskał: 3 komentarzy

Najlepiej oceniane prace:
"Udręczeni [cz.1]" 25.08.2013

Inne prace tego autora:
"Udręczeni [cz.1]" 25.08.2013


Najnowsza proza (wszystkie):
"Buntownik" - mistylady
"Uderzyłam go... cz.1" - Pokoras
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"Raz, dwa, trzy - Baćka..." - Edward Horsztyński
"Przygody, dnia jednego,..." - Falcor
"Trójblondowe piwo" - ArcturV
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"O tym, jak powstały..." - nic
"Przed siebie" - Unwritten96
"List do K. cz. III" - Nieważne

Udręczeni [cz.1]

Na świecie żyje ponad siedem miliardów ludzi. Siedem miliardów osobliwych historii, niespełnionych marzeń i ślepej wiary w swoją marną, a jednak tak bardzo znaczącą wartość. Łudzimy się, że nasze czyny mają wpływ na zmiany zachodzące w życiu – są mostem prowadzącym do chwały, jakiej nigdy nie zaznamy. Przychodzimy na ten świat z przeświadczeniem, że potrafimy stworzyć swoją historię – taką, której pragnie każdy człowiek. Jesteśmy w stanie ułożyć elementy układanki z tak dokładną precyzją, że, w końcu, stwarzamy coś, co wybija się ponad granice przeciętności, ocierając o wyżyny doskonałości tak nieosiągalnej, że absurdalnej w swoim istnieniu. Jednak to nadal tylko złudzenia – zwykłe, ludzkie i nieśmiało ciche marzenia, skrywane w najciemniejszych zakamarkach naszych umysłów. Nie jesteśmy na tyle odważni, by opowiedzieć o nich innym. Bo co by było, gdyby ktoś się dowiedział? Ile upokorzeń musielibyśmy znieść, ile obelg wysłuchać? To nie miałoby żadnego sensu, prawda? Udawanie jest łatwe, proste – udawanie to nie to, co prawda, której tak bardzo się obawiamy. Nie sprawia, że nasze serca zaczynają szybciej bić, niemal uderzając o żebra w swoim szalonym, brawurowym rytmie. Nie wzbudza też w nas strachu – tego z rodzaju tych, które zatrzymują nas w miejscu, paraliżując nie tylko ciało, ale i umysł. Wtedy prawda ucieka z naszych ust pod wpływem czynników, na które nie mamy wpływu. W ostateczności gra jest prostsza, a kłamstwo bardziej doskonałe – ono nigdy nie ma wad. Potrafimy się go wyuczyć, dostosować do naszych norm i zasad, wmawiając sobie, że nasze poczucie moralności nie zostało ani trochę zachwiane. Stoimy przed tłumem mniej lub bardziej obcych ludzi, a słowa wypływają z naszych ust szybciej niż zdążymy je przeanalizować i – o dziwo! – są całkiem dobre. Jeszcze nie doskonałe, ale dobre. Doświadczenia nabieramy z czasem, wraz z kolejnymi słowami nakładającymi jaskrę na oczy ofiar naszych kłamstw. Mogą nami pogardzać – i to nie jest ani trochę w porządku – ale nadal jest to ta łatwiejsza droga. O wiele, wiele łatwiejsza. Nikt nie wie, w którym momencie życia budzi się w człowieku szaleństwo. Bo to, że ono istnieje od zawsze, jest bardziej niż pewne. Ukryte jest głęboko, w najmroczniejszym kącie szlachetnej, ludzkiej wrażliwości i ujawnia się od czasu do czasu w zastraszająco małych ilościach. Nie jest szkodliwe, jeśli tylko o nim nie myślisz. Żyjesz tak jak chcesz, tworząc plany na przyszłość, realizując je, tkwiąc w kręgu dobrych znajomych, którzy i tak nic dla ciebie nie znaczą. I to jest w porządku. Problemy zaczynają się w chwilach samotności, gdy twój umysł wystawiony jest na ataki przerażających, morderczych myśli. Na początku to tylko sekundy, z pozoru nic nie znaczące momenty zachwiania, wątpliwości, ale z biegiem lat stają się one coraz dłuższe i coraz bardziej natarczywe. Zdobywasz więcej życiowego doświadczenia, kłopoty czają się za tobą niczym niechciany cień, a bliscy nagle stają się dziwnie obcy. To ta granica, której nie można przekroczyć, ponieważ, gdy to zrobisz… To będzie oznaczać twój koniec. Michael Botwright uważał się za przeciętnego człowieka. Co rano budził się o szóstej, przyrządzał zwykłe kawalerskie śniadanie – głównie jajka, bekon i wyjątkowo mocna kawa – a potem wsiadał do swojej srebrnej Toyoty i wyruszał do pracy w centrum. Spędzał w biurze osiem godzin z obowiązkową przerwą na lunch, a potem wracał do domu i do późnej nocy pracował nad jakimś projektem, oglądał maratony ulubionego sitcomu w telewizji albo – gdy już nie mógł znieść samotności – wychodził z kolegami na piwo do pobliskiego pubu. Od czasu do czasu umawiał się na randki. W prawdziwym związku nie był od czasu rozwodu, czyli od prawie trzech lat. Żona zostawiła go dla innego, zabierając ze sobą, wtedy czteroletnią, córkę. Małą widywał raz do roku, gdy przyjeżdżała na obowiązkowe dwa tygodnie wakacji, zmuszona do opuszczenia słonecznej Florydy dla ponurego Bostonu. Michael Botwright nie miał emocjonującego życia. Gdyby wiedział, że dwudziestego ósmego maja dwa tysiące trzynastego roku zginie, z pewnością odczułby ulgę. Ten dzień nie różnił się niczym od innych. Ot, zwykły wtorek pełen korków na autostradzie, zimnej kawy i solidnego bólu głowy, który dopadał Michaela od dobrych pięciu dni. Wróciwszy z pracy, rzucił teczkę na fotel w zagraconym, ale słonecznym salonie i poszedł do łazienki, szukając jakichś tabletek. Na półkach nad umywalką stało kilkanaście małych opakowań kolorowych proszków i pastylek, aspiryny i stare opakowanie prezerwatyw XXL. Mimochodem zerknął na nieotwierane jeszcze fioletowe pudełko i wyciągnął okrągłe opakowanie na tabletki. Patrzył na nie zamglonym, nie do końca przytomnym wzrokiem, nie mogąc sobie przypomnieć, którą powinien wziąć. Ból rozsadzał jego czaszkę na kawałki, drapiąc po kościach i rozrywając nerwy na drobne strzępki. Skrzywił się, zaciskając dłoń na brzegu lśniącej, białej umywalki. Wyciągnął dwie biało-fioletowe kapsułki (nagle przypomniał sobie, że jego była żona uwielbiała ten kolor) i, mając nadzieję, że to nie środek na przeczyszczenie, połknął obie. Zatrzasnąwszy drzwiczki szafki, zmierzył wrogim spojrzeniem odbicie w lustrze. To, co zobaczył nie zrobiło na nim większego wrażenia. Przystojny blondyn ze śladem jednodniowego zarostu, kwadratową szczęką, mocno zarysowanymi rysami twarzy i wręcz paskudnie bladoniebieskimi tęczówkami, których kolor niemal stapiał się z bielą białek. Pod oczami widniały sińce – oznaki ostatnio nieprzespanych nocy – a sine usta drżały nieznacznie. Uniósł dłoń do twarzy, przesuwając opuszkami palców po szorstkiej skórze naznaczonej zarostem i przeczesał nimi gęste, jasne włosy – teraz zmierzwione, jakby dopiero wstał z łóżka. Nadal opierając jedną dłoń na umywalce, rozwiązał granatowy krawat i cisnął go w kąt. Powoli, bardzo powoli, rozpinał niewielkie guziki koszuli, a dłoń drżała mu coraz bardziej. Świat nagle zawirował, przed oczami pojawiły się ciemne plamy, a krótki promień bólu niemal rozsadził mu czaszkę. Bał się unieść głowę i spojrzeć w lustro. Był pewien, że zobaczyłby krew spływającą po twarzy, kawałki skóry we włosach i wielką, śmierdzącą dziurę z lewej strony. Paraliż ogarnął całe jego ciało. Przymknął powieki, starając się uspokoić skołatane nerwy i uchylił je ponownie, a wtedy wszystko się uspokoiło. Oddychając ciężko jak po długim maratonie – powietrze boleśnie drażniło jego płuca – ściągnął spodnie i wszedł pod prysznic. W jego życiu nigdy nie wydarzyło się nic na tyle interesującego, by można było to opisać. Wychowywał się z rodzicami, starszą o trzy lata siostrą i paskudnie wrednym kotem w typowym amerykańskim domu w środkowym Maine. Jako nastolatek był wysokim, wręcz makabrycznie chudym chłopakiem z potężnym atakiem trądziku i godnymi pożałowania flanelowymi koszulami w kratę. Najczęściej czerwonymi – Michael lubił czerwone koszule. W kratę. Czerwone koszule w kratę były nieodłączną częścią jego życia. Nienawidził czerwonych koszul. W kratę, rzecz jasna. Nie był jednym z tych odrzuconych przez społeczeństwo dzieciaków z wysokim ilorazem inteligencji i najlepszymi ocenami ze wszystkich przedmiotów, prócz wf-u. Jakoś ciągnął na trójach aż do końca szkoły średniej, dopóki nie poszedł na studia. Wtedy też go nie olśniło, ale nagle został niemal siłą zmuszony do dołączenia uniwersyteckiej drużyny pływackiej. Koszule odeszły w niepamięć, trądzik zniknął – wydawałoby się – wieki temu, a młodzieńczy brak urody przerodził się w męski, twardy urok. Gdyby nie to, nigdy nie poznałby swojej przyszłej żony – cholernej suki z blond grzywką i prześlicznymi, pastelowymi sweterkami. Wtedy jeszcze nie wiedział, że za tą wręcz anielską niewinnością i słodyczą kryje się największa zołza świata. Odkrył to po trzech latach małżeństwa. Dwa lata później ogłosiła mu, że poznała bardziej „wartościowego” mężczyznę od niego, zabrała córkę (mała Emily geny niewątpliwie odziedziczyła po matce) i wyjechała na Florydę, zostawiając mu papiery rozwodowe. Domu nie chciała – jej nowy „wartościowy” mąż miał o wiele większy. Plus szereg kart kredytowych. Po rozwodzie nadal pracował w jednym z przeciętnych biur architektonicznych w mieście, jeździł starą Toyotą i uprawiał seks średnio raz na dwa miesiące. Krótko mówiąc: żyć, nie umierać. Miał z życia naprawdę cholerną frajdę. Zakręcił wodę, jeszcze chwilę stojąc, zamknięty w kabinie, a przez jego głowę przemknęło kilkadziesiąt obrazów, a żadne z nich nie było związane z nim. Fragmenty „Koła fortuny”, „Czarodziejów z Waverly Place”, które jego córka tak bardzo uwielbiała, a nawet ślub jego siostry. Słowa przysięgi rozbrzmiały w jego głowie, a w tle słychać było Kurta Cobaina śpiewającego „Don’t go ‘round tonight. It’s bound to take your life. There’s a bad moon on the rise.” Z ciężkim westchnieniem wyszedł z kabiny, wycierając ciało grubym, szorstkim ręcznikiem w kolorze skrzepniętej krwi. Rzucił go niedbale na pokrywę plastikowego kosza na pranie i nago wymaszerował w stronę kuchni. Gdyby głowa tak bardzo nie bolała, może usłyszałby odgłos kroków dochodzący z piętra. A może nie chciał? A co, jeśli jego podświadomość wiedziała, że nad nim czai się niebezpieczeństwo i tylko sufit oddziela go od niechybnej śmierci? Nic z tym nie zrobił. Przeczucie poszło w cholerę, zostawiając go z tanim ekspresem do kawy. Nie zauważył tej chorej, niemal namacalnej ciszy, jaka zapanowała w domu. Nie wyczuwał napięcia, wypełniającego każde pomieszczenie, każdy mebel. Wydawało się, że wszystko wokół zamilkło, czekając na jego ruch. Coś czaiło się w korytarzu na piętrze i powolnym krokiem sunęło w dół. Wysoki cień pełzał po ścianie niczym w tanim horrorze, a przez uchylone okno na półpiętrze wleciał łagodny podmuch wiatru. Stary dom na zachodnich przedmieściach Bostonu od dawna nie słyszał dwóch oddechów. Jeden zmęczony, ciężki, a drugi spokojny, lodowato opanowany. Michael nalał kawy do kilkuletniej filiżanki i uniósł ją do ust. Gorący napój oparzył jego język. Syknął z bólu i z zaskoczenia. Nie pomyślał. Zapomniał. Kurna, jak mógł zapomnieć?! Odstawił filiżankę na blat szafki, klnąc na samego siebie, że przez chwilę tak bardzo się tym przejął. Podszedł do lodówki, niemal wsadzając do niej głowę, szukając czegoś, co mógłby zjeść na kolację. Mrożonki, karton przeterminowanego mleka i paczka chipsów bekonowych, która przypadkiem się tam znalazła. Na dole stał sześciopak Stone’a i to nim się zajął. Do diabła z kawą! Nie zamykając drzwi lodówki, otworzył jedną butelkę i przechylił ją od razu, wlewając do siebie połowę bursztynowego trunku. Przełykał szybko, niemal boleśnie. Miał ostatnią szansę, by zauważyć, ale oczywistym jest, że tego nie zrobił. W chwili, gdy płyn spływał w dół jego gardła, porażający ból przeszył jego plecy. Mięśnie przestały go słuchać, butelka upadła i rozbiła się na białych płytkach, a on sam wpadł na lodówkę. W jego głowie brzmiały słowa piosenki, o której dawno już zapomniał. „There’s a bad moon on the rise.” Po drugiej stronie ulicy zaszczekał pies.



Płeć: kobieta
Ocena: 5.333
Liczba komentarzy: 3    
Data dodania: 25.08.2013r.

1     

civilizacja Redaktor 27 08 2013 (00:35:10)

Użytkownik ocenił pracę na 5

Intrygująco. Chociaż początek jest nieco za mocno refleksyjny jak na taka opowiastkę, wybaczam ci to po przeczytaniu pozostałych akapitów.
Masz świetne opisy, płynne, plastyczne. Czyta się naprawdę szybko, chociaż czasem mam wrażenie, że przesadzasz. Zagłębiasz się w opisywanie każdego detalu chyba za bardzo, co nieco psuje klimat. Może to złudne wrażenie, ale czasem rzucało się to w oczy.
Nie bardzo chwytam ten zamysł, który miałaś na początku. Myślę, że takie refleksje byłyby dobre, żeby wcisnąć je gdzieś później, do prywatnych przemyśleń bohaterów, w miarę jak akcja rozwinie się dalej. W sumie dałbym sześć, ale ten początek mocno mi nie pasował. Zwłaszcza jak wręcz błyskawicznie przeszłaś do historii Michaela.
Niemniej jednak praca mi się podobała i daję zasłużoną piątkę.
Oby więcej takich na portalu.
Pozdrawiam.

Anima użytkownik 26 08 2013 (21:55:36)

Użytkownik ocenił pracę na 6

Zachwyciłam się. Całkowicie. Ujmuje mnie wszystko, od początkowego, może nieco filozoficznego - tylko odrobinę - wykładu, aż po szczegóły, emocje, wydarzenia, postać. Każde słowo, które piszesz coś znaczy. To taki cichy majstersztyk. Początkowe wrażenie - to będzie zwykła historia z przemyśleniami. Ale potem podkradasz się i zmieniasz całkowicie zdanie czytelnika. Z każdą chwilą wciągamy się coraz bardziej i niecierpliwie krążymy oczami po tekście, analizując i zastanawiając się, co się wydarzy. Całe życie Michaela okazało się być życiem niespełnionym. Pracował, bo musiał, bo się przyzwyczaił, bo nie miał odczucia, że coś jeszcze może zmienić. I to jest bardzo ważny aspekt w społeczeństwie. Ilu jest takich ludzi! Przeżyli jakiś zawód, który ostatecznie wpłynął na ich dalsze życie. Podoba mi się, że poruszasz ten temat. Nie unikasz ciężkich myśli, ty wyciągasz argumenty i odpowiednio je uzasadniasz... Zakończenie nie zaskoczyło mnie specjalnie, trochę spodziewałam się takiego zdarzenia. Niemniej jednak całość oceniam bardzo wysoko zarówno pod względem technicznym, jak i fabularnym. Paujina wypisała ci błędy, które popełniłaś, ja znalazłam gdzieś w środku jeszcze jeden zgubiony przecinek. Mimo to praca jest doskonała i z ogromną radością stawiam ci szóstkę, gdyż uważam, że warto. Któregoś dnia z całą pewnością przeczytam dalszy ciąg!
Pozdrawiam. ;)

paujina Użytkownik 26 08 2013 (13:55:01)

Użytkownik ocenił pracę na 5

świetne! wciąga już od pierwszego zdania. doskonały, płynny, dojrzały styl. cud, miód! :)
jedynie pod koniec pomyłka, przy sześciopaku Stone'a - nim się zajął. i brakło przecinka w trzecim zdaniu od końca.

gratuluję i czekam na więcej :)


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9701 | Proza: 2330 | Publicystyka: 721 | Komentarze: 68314 | Użytkownicy: 12452
Online(41): 41 gości i 0 zarejestrowanych: