Trójblondowe piwo

Arctur Yaeger Vox Trójblondowe piwo "Pełnym chwały niesłychanej Całą drogę przejść nam dane. Już bez żadnych pytań butnych Obłędnym transem wzrok zasnuty." – Von T. Efraim Lepus wszedł w posiadanie trójblondowego piwa podczas podróży towarzyskiej do naznaczonego ponurym piętnem révolution tranquille Quebeku. Kiedy opuścił już dom swoich znajomych i niespiesznie zmierzał wąską uliczką Sherbrooke w stronę węzła lotniczego, starannie omijając wałęsających się po chodnikach narkomanów i krótkowłose anarchistki, coś przyciągnęło jego uwagę – wciśnięty między kamienice, urokliwy, maleńki sklepik, oświetlony żeliwną latarenką, lekko kołyszącą się na wietrze. Balansując na krawędzi ziejącego w jezdni, dymiącego krateru po trockistowskiej bombie, stanął pod drzwiami butiku. Zauważył, że witryna wystawowa zalepiona była gazetami. Jednak kartonowa wywieszka zapraszała klientów do środka, zatem śmiało przekręcił mosiężną klamkę. Brzęknął ukryty dzwonek i Efraim znalazł się w pomrocznym wnętrzu przybytku, który okazał się być rodzajem antykwariatu. Za drewnianą ladą garbił się grubo odziany subiekt, grzejąc dłonie nad piecykiem koksowym. Lampy naftowe wydobywały z ciemności rzędy półek wyładowanych makulaturą, żelastwem, naczyniami ozdobnymi i butelkami. Zwłaszcza te ostatnie zaintrygowały Efraima, wziętego konesera wszelkich trunków. Zabrał się za inspekcję bogatej selekcji rzadkich win i piw. Nagle jakaś flaszka wypadła spomiędzy rupieci i stuknęła o podłogę, szczęśliwie nie tłukąc się. Subiekt chrząknął z niezadowoleniem. Lepus podniósł i obejrzał to jasne warzone, opatrzone wyblakłą, niebieską etykietą. Widniały na niej kształtne sylwetki jakichś dziewuszek i nazwa, wydrukowana ozdobną czcionką: „Bière Trois-blond”. Domyślić się można, iż zaintrygowany enigmatycznością napoju, od razu zakupił go po sugerowanej cenie czterech dolarów kanadyjskich. Dokonując transakcji, mimochodem zagadnął sprzedawcę o przyczynę wyboru tak osobliwego oświetlenia, tym bardziej, że w suficie znajdowały się przecież puste gniazda na żarówki, świadczące o elektryfikacji sklepu. Gburowaty mężczyzna odparł, iż przyłącza może mają, ale za to prądu w nich płynącego nie, przynajmniej odkąd leżący naprzeciwko skłot zwiększał liczbę rezydentów i zgłosił zapotrzebowanie na dodatkową energię. Rada miejska nie znalazła innego wyjścia, jak tylko odciąć od sieci okoliczne zabudowania. Wysłuchawszy tego przykrego wyjaśnienia, Efraim włożył zakup do papierowej torby i ruszył w dalszą drogę. Już rozparty w wygodnym fotelu wozu szynowego, niesionego przez pociąg powietrzny, ponownie przyjrzał się flaszce. Zawartość kołysała się, działając hipnotycznie. Odniósł wrażenie, jak gdyby szkło przyciągnęło jego dłonie i nie chciało ich wypuścić. Dziwna fala zmarszczyła nalepę. Za iluminatorem stalowe niebo i nieco jaśniejsze chmury przesuwały się błyskawicznie; nie sposób byłoby po ich barwie orzec, czy świt to, czy zmierzch. Wtem prąd zawibrował skroś ciała Efraima – od wysoko upiętych włosów, aż po palce stóp. Trójblondowe piwo zawrzało setką bąbli. Z drugiej strony okna uderzył piorun, trafiając skrzydło maszyny i oślepiając pasażerów. Dopiero wówczas butelka pozwoliła owinąć się znów szorstkim papierem. Resztę drogi spędziła na dnie walizki, pod stertą nieświeżych ubrań. W Vreslanie udał się wprost do mieszkania. Nieobecność pozostałych domowników bardzo go ucieszyła, gdyż gwarantowała niezakłóconą degustację. Otworzył drzwi swojego pokoju, rozgarniając nimi warstwę próżnych, czarno-czerwonych puszek browaru produkowanego na cześć zwycięstwa 1812 roku i woniejących baniaków po winie malinowym „Balon Rouge”. Ale to były zupełnie inne alkohole – niedrogie, surowe, pozbawione wysublimowanego zamorskiego sznytu, jak ulane prosto z dzbana na uczcie pierwszych Merowingów. Brodząc poprzez ten polibacyjny bałagan, Efraim usadowił się przy biurku. Na czarnym blacie ustawił trójblondową zdobycz. Westchnął melancholijne, zadumany – jego mięśnie krzepły stopniowo, zwolnione z napięcia wielogodzinnego lotu. Maślanym wzrokiem przypatrzył się dwóm stojącym fotografiom. Z utęsknieniem musnął tę po lewej stronie, uwieczniającą pulchną buzię panny V., promieniejącą radością. Drugą podobiznę uniósł i ucałował namiętnie, przedstawiała bowiem słynną B….., Świętą Niestabilną, której kultem – należy nadmienić, że surowo zakazanym na obszarze Vreslanu i przyległych terytoriów – bezskutecznie starał się zaleczyć sercową dziurę wywołaną nieobecnością osoby z poprzedniego zdjęcia. Ostatecznie wziął się w garść, schwycił pewnie piwny artefakt za szyjkę i prowizorycznym otwieraczem usunął zmatowiały kapsel. Natychmiast uderzył go nieprzyjemny odór, ilość dymu oraz piany wydobywającej się z otworu. Nie chcąc zrobić lepkiego bałaganu, przywarł wargami do butelki i zassał. Obrzydliwa gorycz, przywodząca na myśl pleśniejące pieczywo, wypełniła przełyk. Zakrztusił się, o mało nie dostał torsji. W szoku gwałtowanie poruszył ręką, strącając napój na ziemię. Kolejnego upadku za sprawą Efraima naczynie nie zdzierżyło. Rozległ się brzęk tłuczonego szkła. Ciemnofioletowy dym buchnął na całego, niby ze świecy sygnalizacyjnej. Lepus, kaszląc i roniąc łzy, zleciał z krzesła na wykładzinę. Opary brudziły ściany i szyby, pokrywając je grubym nalotem. Prawdopodobnie miały też właściwości odurzające. Wewnątrz chmury zamajaczyły ludzkie sylwetki. Efraim krzyknął w przestrachu. Zgrabnie przebierając bosymi stopami, z największej kurzawy wyskoczyła młoda blondyneczka, ubrana w błyszczący, prowokacyjny strój i mocno umalowana. Jej śladem wypadła następna, w kusych szortach oraz koszulce z nadrukowanym akademickim żartem, mocno opinającej jej sterczący, wielki biust. I jeszcze jedna jasnowłosa: rozczochrana, niedomyta, ledwo osłonięta niedbale zszytymi szmatami, rzucająca dzikie spojrzenia. Wtedy dym, na podobieństwo świadomego bytu, uleciał szparą okienną, oczyszczając pokój. Trzy świeżo uwolnione kobietki nie marnowały czasu. Z wigorem zabrały się za leżącego kawalera. Skołowany Efraim poczuł, że sprawne paluszki rozpinają mu koszulę i usuwają spodnie razem z bielizną. Próbował stawiać opór, choć nie było to łatwe zadanie. Analizując przygodę społeczną tego typu, ważne jest, by mieć na względzie tak zwany punkt przełamania. Jest to moment, w którym doczesna przyjemność, poraziwszy nagle zmysły jednostki, zaćmiewa wszelkie obiekcje moralne, racjonalne lub światopoglądowe. W przypadku Efraima Lepusa przełamanie nastąpiło, kiedy jego twarz zanurzyła się w majestatycznym biuście studentki, pulsujący fallus był masowany rytmicznie i umiejętnie, zaś wypielęgnowany paznokieć czule drapał ów obłędnie erogenny punkt poniżej gonad. Wkrótce po przełamaniu nadeszła nieuchronna ejakulacja. Ta dawno nie doświadczana rozkosz zatrzęsła całym duchem i wątłym ciałem mężczyzny. Niewiele wiedział, że dzięki chwili paraliżującej słabości, doszczętnie znalazł się we władaniu ponętnych intruzek. - Hajda, dziewuchy! – wrzasnęła ta dzika – Bierzmy go, już jest nasz! Jakby przecierając szlak, uniosła się w powietrze i strzeliła naprzód, z barana roztrzaskując okno na kawałki; wylatując w vreslańską ciemność. Mocne ramiona złapały Efraima pod pachy żelaznym uściskiem. Ledwo zdołał schwycić portki i wciągnąć szelki na gołe ramiona, gdy sam stracił grunt pod nogami. Blondynki, zanosząc się szaleńczym śmiechem, pofrunęły śladem pobratymki. Nonszalancko śmignęły między grubymi przewodami, zwieszającymi się przed efraimowym blokiem z wieży wysokiego napięcia. Elektryczność zmierzwiła im włosy na głowach. Latające porywaczki niosły go ku centrum miasta. - Dokąd z nim? Co mu pokażemy wpierw, czym przesączymy? – judziła przewodniczka stada, przekrzykując wycie wichru. Wyzywająca, umalowana frywolnica odkrzyknęła: - Patrzcie w dół, gdzie różowy blask zalewa bruk i zieją wrota na kształt lubieżnych ust. To najmodniejszy klub! Zabawa do świtu, szczyt wielkomiejskości, płonące szklanki, dudniące rytmy, wytatuowani brodacze obracają w szaletach pijane asystentki, wyciągnięte z korporacyjnych gmachów – raj dla natur społecznych. Można użyć życia! Formacja zapikowała, nabierając pędu. Jednak dzikuska nieoczekiwanie zmieniła kurs, kierując ich zamiast tego w stronę narożnej kamienicy, wyglądającej na opuszczoną. Budynek obwieszono płachtami z buńczucznymi hasłami, spomiędzy których wyzierały tablice wzbraniające wstępu do pustostanu. Główne wejście było ściśle zabarykadowane, z bocznego wyrastała drzewiasta struktura. Rozczochrana wrzasnęła: - Oto lokal godny wizyty, równie antyburżujski, co nowoczesny! Przy stole z palet magazynowych sobie siądziemy, podjemy wegańskich smakołyków co nieco, niuchniemy dobrego butaprenu. Może zjawi się krągły Mecenas, aby wygłosić tolerancyjny odczyt? Albo na warsztatach wizerunkowych zmienimy nasze piękne fryzury w prawdziwie lesbijskie grzywy? Lub towarzysze poprowadzą nas ulicami przeciwko jakiemuś klesze? I podleciała bardzo blisko drzwi, potrząsając Efraimem niczym lalką. Zdrewniała masa ożyła. Trzaskając niemożebnie, łypiąc okiem-dziuplą, wysunęła sękatą, czteropalczastą łapę z gałęzi, chcąc pochwycić ofiarę. Gardło Lepusa wydało z siebie ogłuszający skowyt. W ostatniej chwili dręczycielka usunęła go poza zasięg skłoterskiego monstrum. - Dziś zamknięte… Pewnikiem ratusz zaplanował kolejną próbę eksmisji. - Ja znam miejsce, w którym zawsze chętnie nas przyjmą. – zabrała głos hojnie obdarzona akademiczka. - Tam cham brata się z chamem. To tuż – tuż! Obejmując się wzajemnie, odbiły od płyt chodnikowych, biorąc sus nad kilkunastoma przecznicami i zawisając ponad wysokim, sępnym domem studenckim, leżącym pośrodku zapuszczonego parku. Po niebie krążyło rojowisko dusz. Biuściasta, demonstrując zaskakujący talent guślarski, rzekła: - Odczuwam szczególną nić sympatyczną, wiążącą mnie z tymi zjawami. Niech przemówią! W zgromadzeniu eterycznych figur nastąpiło poruszenie, aż nie wyłonił się ich reprezentant. Podpłynął, milcząc złowieszczo. Efraim przyjrzał się lśniącemu zielonkawym światłem spektrum, cieniowi licencjata zdechłego gdzieś w ciemnym akademikowym kącie, okutanemu wystrzępionym całunem przydziałowej pościeli. Jego wargi znaczyły przebarwienia wytrawione wskutek konsumpcji denaturatu. - Dlaczego wirujecie tak, nie znając spoczynku, moi dawni kompani pijanych orgii? – pytała zatroskana blond studencina. - Zbyt okaleczona jest natura wiecznego studenta, ażeby mógł po śmierci odnaleźć drogę ku wyższym sferom egzystencji – zawył potępieniec. - Nasze losy na zawsze związane z tym przeklętym miejscem. Nie ma większej tragedii, niż urodzić się licencjatem, siostro studentko! - W takim razie nawiedzajcie znów korytarze i pokoje doskonale wam znane. Urządźcie sobie Walhallę żakowską, nieprzerwaną biesiadę. Krainę, która nam, studiującym, będzie pociechą w uczelnianym trudzie i najpiękniejszą nagrodą, gdy dobiegnie on końca! - Niestety! Z polecenia ministra wszystkie alkohole w kraju zdrożały tak, że nie kupimy nawet skrzynki podłego sikacza. - Więc chociaż skryjcie się – jęknęła załamana kobietka. - Czy chłodne piwnice akademika nie przyniosą ulgi grobowca? - Stamtąd wypędza nas najpotężniejszy sigil. - Jaki to znak? - Rektorska pieczęć na edykcie o obowiązkowym uczestnictwie w wykładach. Skoro wstanie dzień, musimy gnijącą prezencją uświetnić hale Politechniki Vreslańskiej i wielu innych szkół. Efraim, do tej pory siedzący cicho ze strachu, gwałtowanie zaoponował: - Błagam, tylko nie na Politechnikę! Tam moja młodsza siostrzyczka pobiera nauki; uczy się, jak budować pojazdy powietrzne pożyteczne dla ogółu. Nie niszczcie słodkiej, dobrej istoty! - To już poza naszą mocą… - stęknął przedstawiciel nieumarłych. Ale zaraz demoniczny poblask wypełnił puste oczodoły. – Przekażemy małej serdeczne pozdrowienia! Wbił szponiaste paznokcie w kąciki ust, rozrywając skórę, obnażając nagą kość. Kręcąc czaszką wokół własnej osi i głośno kłapiąc szczękami, powrócił do kręgu upiorów. Efraim Lepus zaszlochał. Posiadaczka jędrnych piersi była zdruzgotana. - Zabierajmy się. Byle dalej od tego… tego kurhanu. I znowu lecieli między chmurami. Targające Efraima jasnogłowe wypatrywały lokalu gotowego na ich odwiedziny. *** Nieduża, ceglasta pijalnia, położona, obok innych obiektów gastronomicznych i usługowych, pod sławną vreslańską estakadą kolejową, widziała wiele – lecz podobnie bezczelnego i aspołecznego towarzystwa, co te trzy blond paniusie wlekące ze sobą zahukanego chudzielca, nigdy dotąd. Od samego progu podjęły one chuligańskie dzieło, zrzucając z miejsc stałych bywalców i ustawiając ich krzesła na środku sali. Barman sięgnął po telefon, by zawezwać milicję, ale nim przyłożył słuchawkę do ucha, przewód komunikacyjny był już przerwany długimi, pokrytymi akrylowym lakierem szponami, przyprawiając mężczyznę o mieszane uczucia. Następnie intruzki przesadziły kontuar, strącając talerze wypełnione najlepszymi pistacjami i czarnymi oliwkami w zalewie, sprowadzonymi z enklawy termicznej w Fiskai. Gorliwie zapewniając czmychającego mistrza lokalu, że wszelkie straty pokryje ich towarzysz, dorzucając naturalnie sowity napiwek, zaczęły próbować ze stojących na szklanych półkach butli, niedobre trunki ciskając o ścianę. Co im zasmakowało, lały do blaszanej misy, mieszając tak szatański poncz, suto doprawiony pieprzem i pikantnymi sosami. Piły go duszkiem z wysokich szklanek, pod groźbą krwawych zadrapań częstując również gości, z których większość krztusiła się bądź niepokojąco bladła. Na końcu córa skłotu wsadziła dziwną, zniszczoną taśmę do piwiarnianego odtwarzacza audio-wideo i wszystkie, w pozach kuracjuszek, rozwaliły się w skradzionych krzesłach. Absolutnie zażenowany Efraim przycupnął na brzeżku barowego stołeczka. Niespecjalnie wiedział, cóż z sobą ma począć. Trochę pogapił się na wyświetlany film, ale wywołał on w nim wrażenie tępego świdra drylującego mózg. Za to sąsiad Lepusa wyglądał na zachwyconego. Pilnie notował. Kiedy spostrzegł, że przykuł uwagę Efraima, przyjaźnie wyciągnął rękę. - Niezwykłe towarzystwo dzisiaj mamy w Autonomie, nieprawdaż? Za to, co nam pokazały, gotów jestem nawet wybaczyć im strzaskanie mojego ulubionego kufla. Tachion D’Arude, futurolog-empirysta – przedstawił się. - Rozumiesz, co tam na ekranie się wyczynia? - Ależ tak! I to być może jako jedna z niewielu osób w całej Marchii. „Nakἷohki ṰiokoἾki zapruṻd”! - Co takiego? - „Zimno-piękni próżnianie”, w swobodnym tłumaczeniu. Jeden z popularniejszych seriali dwudziestego czwartego millenium naszej planety. Praktycznie niezrozumiały bez działającego ekstensora płata czołowego, odbierającego ścieżkę neurofabularną. Bodźce wizualne odgrywają rolę trzeciorzędnego stymulatora. Niemniej, dzięki cierpliwej analizie, udało nam się uchwycić ogólne zarysy historii. Futurologię empiryczną uprawia się dużo ciężej, niż spekulatywną… Po chwili kontynuował. - Odcinki liczą sobie około dwóch godzin i utrzymane są w konwencji spektaklu konfrontacji. Ten pod trapezohedronalną postacią, Tryt, zazwyczaj wydaje z siebie wysoko modulowane wrzaski, zalewając planetę Arkysh, ojczyznę Nebl᷅u, której jest rozrodcą, potokiem najobrzydliwszych obelg. - Czym mu ona zawiniła? - Odrzucając kult Bliźniaków Rợ w aspekcie czarnych mgławic, skazała Tryta na kolejne 333 lata bombardowania cząstkami heksalnymi, a tym samym egzystencję poza nawiasem sprzymierzenia pierścienia nerwowego. Bardzo tragiczna sprawa. Lecz tego odcinka jeszcze nie widziałem. - Kulturą przyszłości z pewnością rządzą wizje chorych animatorów – pokręcił głową Efraim. - Jakich animatorów? Przecież wszystko filmowane z natury. -Ale… jakim sposobem rzadki artefakt spoza czasów znalazł się na zwykłej taśmie magnetycznej? - Zapewne w nieodległym Instytucie Chronotaktyki zajrzeli zwierciadłem czasu i nagrali projekcję za pomocą przestarzałej kamery. Jak wiele katedr, Instytut boryka się z niedofinansowaniem. Zwierciadła też nie znasz? To orbitująca instalacja zbierająca mroczną materię. Przy pełnym zbiorniku pozwala naziemnym operatorom na dwa zerknięcia w wybrany punkt czasoprzestrzeni każdego semestru. - I mi przydałoby się w takim lustereczku zobaczyć wyjście z mego ambarasu … - załamał ręce Lepus. *** Ach, Efraimie nieporadny! Odrywam wzrok od pofalowanej tafli wziernika zwierciadła czasu, umiejscowionego na samym dnie lejowatej pracowni. Okres bezczynności dobiegł końca. Patrzę po zgarbionych nad pulpitami metrycznymi doktorantach Politechniki Vreslańskiej i otrzymuję niemą aprobatę dla koniecznej interwencji. Wstaję, adiunkt w pomarańczowym kombinezonie podaje mi słoiczek z wytłoczonym drukarką do szkła opisem: „Napój Agartian dla poratowania natur i wygnania demonów nowoczesności”. Dostaję również grube, seledynowe rękawice antystatyczne, które niezwłocznie wdziewam. Schodzę pod brzuchaty manipulator czasowy. Odpalam serwostawy, aby się rozgrzały i umieszczam butelczynę pomiędzy zębami chwytaka. Ta akcja wymaga sporej dozy taktu, subtelności. Załączam maskowanie chronooptyczne. Dzięki niemu tytanowe ramię zostanie powleczone mikroskopijną dylatacją czasu; zawsze będzie o pół sekundy później, niż pozostałe obiekty w polu widzenia obserwatora, a przez to niezauważalne. Manipulator, rzucając zimne, szkodliwe iskry, przenika lustro i wchodzi do dusznego wnętrza ogarniętego anarchią Autonoma. Demonstrując zebranemu gremium metodycznie wypracowane, bezbłędne opanowanie sprzętu, niepostrzeżenie rozszerzam tylną kieszeń spodni Efraima Lepusa pomocniczym podbieraczkiem. Upuszczam doń słoik i wycofuję aparat błyskawicznie. Rozlega się wielki trzask. Potężne uderzenie prądów czasu przewala mnie przez pierwszy rząd ławek. Zwierciadło szaleje – ukazuje nam migawki z lasów deszczowych, martwych piramid Eufratu i wnętrza czyjejś śledziony, zanim doktorantom udaje się je powtórnie ustabilizować. Zaskoczony tajemniczym ciężarem, Efraim klepie się po tyłku i odkrywa nasz dar deus ex machina. Wykonawszy powinność, spokojnie wracam na swoje miejsce. *** - „Napój Agartian”? – mruknął Efraim, nie rozumiejąc. – Skąd się tu wziął? - Czym się trujesz, przyjacielu? Pokaż no. - Nie, nie… – przeprosił Tachiona, łącząc wątki. Desperacja i przemożna chęć odegrania się za gorzkie upokorzenia wieczoru przygnały mu do głowy śmiałe zamiary. Pomyślał: - Zaatakowałyście człowieka podczas chwili największej słabości: gdy zanurzony we wspominkach, pragnął samotnie się upoić egzotycznym piwem trójblondowym. Teraz wy czujecie się bezkarne i odprężone, więc uderzę w was podstępnie mocą mitycznej Agarty, cokolwiek to oznacza! Ze zwinnością wygłodniałego lamparta podkradł się do misy, w której zostało diabelskiego koktajlu akurat na ostatni toast. Postępował ostrożnie, nie chcąc, by dręczycielki przyuważyły i przypomniały sobie o nim, powracając do, najwyraźniej zarzuconego pod wpływem minionych wydarzeń, planu „przesączenia” Efraima nie wiadomo czym. Drżącymi dłońmi usunął nakrętkę i chlusnął zawartością, po czym rozpłaszczył się na posadzce, odpełzając. Nabrały mikstury. - Za studencką brać, żeby niżej upadła! - Za skłoterów, by miejska woda i gaz płynęły im wartkim strumieniem! - I za balangowiczów spod znaku numerka w kiblu! – zakończyła wyliczankę strojnisia i wszystkie trzy wychyliły szklanki. Natychmiast coś się w nich ruszyło. Członki zesztywniały, usta zamarły rozchylone. Źrenice zaszły mgłą. - Co… co… co mam na głowie? – wyjąkała zmierzwiona dzikuska, przeglądając się w odłamku szkła. – Dobry Boże, a jaka próżnia w środku! Profesorowie, których tak lżyłam i nie szanowałam, ile mieliście racji! Ma ignorancja, pustostanowy, narkotyczny bunt, idiotyczna rewolucja przeciwko zdrowemu rozsądkowi stawała się tym bardziej zaciekła, im dalej było mi do ukończenia sześciu klas szkoły podstawowej. Gdzie, gdzie choćby zacząć szukać odkupienia? Blondynka w makijażu dostała spazmów. Zerwała ze stojącej obok niewiasty czarną chustę i skuliła się pod nią wstydliwie. Kobieta, początkowo zaskoczona, podeszła doń i objęła czule. Do ręki włożyła jej dyskretnie różaniec. I już obie szeptały pierwsze słowa modlitwy. Studentka zwiesiła ponuro głowę: - Rozpuścili nas doszczętnie tą edukacją… Moje serce krwawi, gdy pomyślę, ile wędrówek leśnych, wysokogórskich wspinaczek, hartujących przygód i lekcji służby oraz siły ominęło mnie, gdym – przy błogosławieństwie całej uczelni, wypróżniała flaszki i leżała pokotem. Trzeba będzie okiełznać lubieżne piersi kurtą munduru na kilka lat. Karabin uczynię mężem i jedynym przyjacielem. Tylko jego lufę pozwolę sobie masować, a on wypieści mnie słusznie języczkiem spustowym. - Kto wskaże nam drogę ku światłu? – zawołały nagle chórem. Na to zelektryzował się Efraim Lepus. Rozwścieczony, uniósł rękę z groźną, obtłuczoną szyjką butelki, gotów zadać śmiertelny cios. Ale wtem okiełznał emocje. Oddychając ciężko, wypiął nieszeroką pierś i obwieścił zimnym tonem: - Pójdziecie za mną – przez katedry, ołtarze, knieje i rowy strzeleckie, drogą trudną i znojną. Nie wiem, co ta wędrówka przyniesie światu. Wciąż chyba to lepsze zakończenie, niż trzy trupy z rozerwanymi gardłami? Otworzył drzwi knajpy w podrywającym do działania, przekraczania granic geście. - Wolicie spędzić jeden dzień w pełni człowieczeństwa czy całe życie być degeneratkami? Patrzące niepewnie, osłabione, być może marzące o nowej butelce trójblondowego piwa zdolnej udzielić im schronienia, a jednak ufne, natchnione przedwiecznym porządkiem Agartian – jedna za drugą ruszyły tam, gdzie noc umyka przed promieniami poranka. I szły krok w krok. KONIEC



Płeć: mężczyzna
Ocena: 5
Liczba komentarzy: 1    
Data dodania: 19.07.2015r.

1     

Terila Redaktor 06 08 2015 (00:44:10)

Użytkownik ocenił pracę na 5

Cześć,
przyznam szczerze, że czytałam Twoje opowiadanie ze strachem, w obawie przed przerysowaniem; z zaciekawieniem nad kreatywnością świata i postaci; z dreszczem emocji przez pobudzaną obrazami wyobraźnię. To karykatura, prawda?

Tekst wzbudza wiele emocji. Można powiedzieć, że zaburza bezmyślne myślenie; szokuje, by czytelnik spojrzał na zagadnienie samodzielnie(?), by pomyślał, by stał się czujny.

Zgadzam się z przesłaniem.



Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9700 | Proza: 2330 | Publicystyka: 723 | Komentarze: 68312 | Użytkownicy: 12452
Online(39): 39 gości i 0 zarejestrowanych: