Teoria względności cz. III

Joanna znosiła macierzyństwo bardzo zmiennie: po początkowym okresie radości, przyszły dni pochmurne i ciemne, w które najczęściej starałem się ulatniać z domu jak najszybciej. Zazwyczaj wtedy wpadałem do barów, ale starałem się nie siedzieć tam długo. Wobec wizji ojcostwa próbowałem, na swój własny, osobliwy sposób, być odpowiedzialnym. Owa odpowiedzialność przybierała bardzo różne oblicza: od bezskutecznego, acz ożywczego szukania roboty, po zmniejszoną ilość kolejek w knajpach, które, wobec czasów bez telewizorów, stały się naszym oknem na świat. Wydawało mi się to rozsądnym układem, jako że z pobudek szlachetnych zdecydowałem zaprzestać lub ograniczyć niektóre z trapiących mnie uzależnień, chociaż w głębi duszy wiedziałem, że Joanna w żaden sposób by tego nie aprobowała. Nie o taką odpowiedzialność jej chodziło, mogłem to stwierdzić na pierwszy rzut oka, ale przecież nie mogłem spytać ciężarnej kobiety bezpośrednio, czego ona właściwie chce. Byłoby to nader nierozsądne. Kiedy Joanna powiedziała mi ostatecznie o ciąży, zawiadomiłem natychmiast znajomego doktora, aby ją przebadał. Zostawił także listę, co powinna jeść, patrząc na mnie uważnie, jakby sprawdzał, czy słucham, co do mnie mówi. Słuchałem całym sercem. Dziecko przypomniało mi, że są rzeczy ważniejsze niż absencja w Kampanii, ważniejsze niż stracone tytuły i rozkradziony majątek. Nasz ród przetrwa, pomyślałem w pierwszych chwilach, jednak wydawało mi się to takie oficjalne… jakby mówił je mój ojciec lub dziadek, nie ja. A tak naprawdę dziecko miało sprowadzić nam normalność albo chociaż jej namiastkę. Postanowiłem, że sumiennie będę dbał o to, abyśmy mieli, co jeść. Żadnych półśrodków. Lekarz powiedział wyraźnie, że Joasia ma odżywiać się teraz za dwoje i ma to być jedzenie zdrowe, takie, po którym płód rozwijać będzie się prawidłowo. Poczułem w sobie nagłą iskrę zapału aktywisty, by coś działać w tym kierunku. Po kilku miesiącach bez pracy, co w tamtym okresie oznaczało życie ponad stan, poczułem spontanicznie, że w końcu mogę zrobić coś konstruktywnego. Lekarz nieprzypadkowo wspomniał o jedzeniu. Kartkowy przydział nie starczał nawet na dwa tygodnie, a więc handel kwitł w najlepsze. Dwa razy w tygodniu wybierałem się na plac Żydowski, aby tam kupować żywność. Były to niebezpieczne wyprawy, bo Niemcy za punkt honoru postawili sobie sterroryzowanie lokalnej ludności: przepełnione targi były do tego idealnym miejscem, ale oczywiście nie osłabiało to żyłki do interesów; przeciwnie – ludzie zaczęli chodzić tam całymi rodzinami, jakby dzieci miały chronić ich przed łapanką. Tak jednak nie było. Patrzyłem na tych półgłówków i w głębi duszy byłem zadowolony, że mojej brzemiennej ukochanej nikt nie wystawia na niepotrzebne ryzyko. I znów poczułem się odpowiedzialnie. Dbałem o Joannę najlepiej jak mogłem, a w miarę jak mijał czas, jej nastroje zmieniały się jak w kalejdoskopie, jednak zdawały się w jakiś istotny sposób łączyć z wydarzeniami, których byłem świadkiem lub zdołałem usłyszeć w krakowskich lokalach. Gdy w połowie roku czterdziestego Niemcy zaczęli wysiedlać Żydów, jej humor gwałtownie się pogorszył, aby następnie uspokoić się na kilka tygodni, aż do następnych odwiedzin Małgorzaty – koleżanki ze studiów. Utrzymywała z nią i z innymi studentami stały kontakt lub przynajmniej próbowała to robić. Jednak zacząłem zauważać wyraźnie narastające napięcie przed i po każdej z wizyt. Bolesne wydarzenia na zachodnim froncie i dramat codziennego życia w niemieckim Krakowie zdawały się ranić Joasię tak mocno, że w październiku – na około dwa miesiące przed prognozowanym terminem ─ zabroniłem jej takich spotkań, trwożliwie przypominając sobie w jaki sposób reagowała na doniesienia o aresztowaniach profesorów, w okresie jeszcze sprzed ciąży i wysiedleniach naszych arystokratycznych kolegów z Alei Trzech Wieszczów, którzy mieli zwolnić swoje nowoczesne mieszkania dla aryjskich oficerów. Zamiast tego odnowiłem kontakty z Jurkiem, który wojnę przeżywał zdecydowanie ciężej ode mnie. Hela wspierała męża i dotrzymywała towarzystwa Joannie, kiedy tylko mogła, ale im dłużej wojna trwała, tym rzadziej mogłem ją widywać w naszym mieszkaniu. Nie było to dla mnie zaskoczeniem, ale na pewno było bolesne. Ja i Jurek byliśmy nierozłączni i taka była matczyna idea na przetrwanie przez nas okupacji. Czułem się źle z tym, że nie wypełniam woli matki, nawet jeśli nie była ona wypowiedziana bezpośrednio. Dobrze znałem jej koncepcję i nie musiałem zadawać wielu pytań. Jurek pracował, ja nie i spotykaliśmy się, kiedy tylko był na to czas, ale czasu było coraz mniej zarówno dla rodziny, jak i tego, który dzielił Joannę od porodu. Tuż po tym, kiedy dowiedziałem się o szykowanej mi przez los niespodziance, zdecydowałem, że najwyższa pora się oświadczyć. Byłem na to gotowy już wcześniej, ale sytuacja nie sprzyjała podobnym deklaracjom, więc zwlekałem, czekając uporczywie na lepsze jutro, które nigdy nie nadeszło. Więc znalazłem się w takiej, a nie innej sytuacji i nie było sensu czekać dłużej. Kochałem Joannę, Joanna kochała mnie, a już wkrótce mieliśmy pokochać nasze dziecko. Czy to nie był ten stereotyp szczęśliwej rodziny? W czerwcu wzięliśmy ślub i urządziliśmy kameralne wesele. Nie było sensu narażać się na specjalną wystawność, jeśli materialna sytuacja nie tylko nas, ale i wszystkich mieszkańców Krakowa mogła się z dnia na dzień gwałtownie pogorszyć. Przyjechała najbliższa rodzina, kupiliśmy wódkę, jak przystało na porządne wesele i cieszyliśmy się, że póki co możemy się widzieć w komplecie. Było to pocieszające, dawało jakieś złudne poczucie optymizmu, a mimo wszystko było dobrym uczuciem; jak wiosenny powiew nadziei po surowej zimie. * ─ Myślę, że to będzie chłopiec – powiedziała pewnego wieczora. Siedzieliśmy przy wątłym świetle nocnej lampki; jej głowa spoczywała na moich kolanach, ja w spokoju czytałem książkę z arsenału ojca. Przez chwilę milczałem, aby następnie się odezwać: ─ Zawsze myślałem, że chciałabyś mieć dziewczynkę. ─ Nadal chcę – odparła. ─ Ale jest wojna, a wojna to czas mężczyzn, nie kobiet. Dlatego rodzi się was więcej. Nie mogłem nie zgodzić się z tą koncepcją i zaakceptowałem jej moralną słuszność. Czyż nie byłoby okrucieństwem, gdyby córka miałaby się wychowywać w czasach, gdzie byle Niemiec mógłby jej zrobić krzywdę? Zaległa między nami cisza, której żadne z nas nie odważyło się przerwać, zagłębiając się w myśli i nowe scenariusze, które snuły nasze umysły. Dziecko absorbowało większość naszego czasu. Byliśmy bogatymi ludźmi, przynajmniej według ogólnie obowiązujących wojennych standardów, więc mogliśmy sobie pozwolić na ten luksus. Na tydzień przed rozwiązaniem, ojciec Joanny przyjechał do Krakowa, zgodnie z zapowiedziami, które wygłosił na weselu. ─ Choćby to była ostatnia rzecz w moim życiu, przyjadę do was i zobaczę swojego wnuka! ─ krzyknął ponad stołem i dzierżąc kielich w prawej dłoni wypił łapczywie jego zawartość, wyzywając los na pojedynek. Ułańska fantazja ojca nie obracała się jedynie w sferze fikcji, co udowodnił zjawiając się na początku grudnia. ─ Władek! ─ zawołał, kiedy otworzyłem mu drzwi i po męsku wyściskał mnie, nie kryjąc radości. ─ Dobrze was widzieć całych i zdrowych! Chociaż nigdy nie przejawiał w stosunku do mnie szczególnej sympatii, uważając mnie przed wojną za potencjalne kłopoty, jego podejście gwałtownie zmieniło się, kiedy nadeszła okupacja. Powinien mnie nienawidzić, jak wszyscy ci, którzy mieli mi za złe dezercję we wrześniu trzydziestego dziewiątego. W końcu był piłsudczykiem, ułanem, wiernym żołnierzem Rzeczpospolitej Polskiej. Co więc się stało, że wybaczył mi to tak łatwo? Musiał wiedzieć, że to komisja wykluczyła mnie z udziału w wojnie i początkowo sądziłem, że właśnie ten fakt bronił mojego honoru przed surowym osądem teścia. Zrozumiałem jednak, że proste wytłumaczenia mają zazwyczaj jedną, zasadniczą wadę: bywają za proste. Stało się to dla mnie jasne, kiedy jego pobyt w Krakowie dobiegał końca i wyjawił swoje prawdziwe intencje. Pierwsze skurcze porodowe zaczęły się na dwie godziny przed dwudziestym piątym grudnia i było momentalnie jasne, że nie skończą się, dopóki nie nastanie nowy dzień. Była w tym jakaś poetycka sprawiedliwość, iż dziecko urodzi się w Boże Narodzenie; pełen sprzeciw wobec religijnej ignorancji Niemców. Pamiętam wyraźnie, że śpiewaliśmy wtedy kolędy i pośród naszych melodyjnych głosów, nagle wyodrębnił się krótki krzyk, a potem Joanna zachwiała się. Zdążyliśmy ją z Jurkiem złapać i usadowić spokojnie na sofie. Oddychała krótko i nieregularnie, niemal chaotycznie. ─ Idź po doktora Malickiego ─ powiedziałem do brata. ─ Mieszka piętro niżej. Powiedz, że zaczęła już rodzić. Kiwnął głową i zostawiając Helenę, popędził schodami na dół. Trzymałem Joannę za rękę i poczułem gwałtowne podniecenie na myśl, że moje dziecko narodzi się za kilka- lub kilkanaście godzin. Przelotne uczucie, które zostawiło tak mocny emocjonalny ślad w mej pamięci, było niezwykle silne, namacalne; krótkie, szarpane wdechy, słowa otuchy od Heleny… wszystko to pamiętam co do najdokładniejszego szczegółu. Myślę, że gdybym skupił się dostatecznie mocno, mógłbym powiedzieć, jakie ozdoby miała nasza choinka, jakie ubranie nosiła Joasia, jak niepewnie zachowywał się ojciec, który chodził po pokoju tam i z powrotem, podenerwowany jak nigdy dotąd. Może nie sądził, że uda mu się zostać naocznym świadkiem tego całego wydarzenia. Jurek przyprowadził lekarza w dziesięć minut później: wciąż miał na sobie odświętny garnitur, za nim maszerowała dumnie żona, która – tak się składało – była położną. Kazała nam przenieść Joannę do sypialni i zamykając mi drzwi przed nosem, powiedziała: ─ Proszę tutaj poczekać. ─ Chwyciła mnie za spoconą dłoń. ─ To silna kobieta, wszystko będzie dobrze. Uwierzyłem jej; sposób w jaki mówiła, przypominał w pewnym stopniu ton mojej matki. Znów pomyślałem o realnej, chłodnej ocenie, którą matka traktowała wszystko i wszystkich, i w głębi duszy stwierdziłem, że kimkolwiek jest ta kobieta, musi mieć absolutną pewność, co do wypowiadanych przez nią słów. Jak więc mogłem jej nie zaufać? Wróciłem do salonu, gdzie dogasające świece rzucały bladą poświatę na stół i na zebranych przy nim ludzi: ojciec palił papierosy, kusząc mnie do wrócenia do nałogu, a Jurek i Helena siedzieli obok siebie, trzymając się za ręce. Była w ich postawie jakaś doza niepewności, którą mogłem łatwo wyczuć; jakby mieszane emocje targały nimi od samego początku. Hela miała na twarzy blady uśmiech, ale bez cienia wątpliwości mogłem rozpoznać w jej oczach smutek. I chociaż nie miałem pojęcia dlaczego, nie zapytałem o to, ani nie odezwałem się do nikogo w żaden inny sposób. Podszedłem do okna i stojąc w bezruchu, utrzymywałem wzrokowy kontakt z własnym odbiciem. Kiedy wrzaski rozpoczęły się na dobre, zaczęły mnie nachodzić czarne myśli; myśli, które skrzętnie tłumiłem w sobie od pamiętnego dnia, w którym dowiedziałem się o ciąży Joanny. A co jeśli będą komplikacje? Co jeśli stres, który mimowolnie przeżywała w związku z toczącą się krwawą wojną, odbije się na zdrowiu dziecka? I wreszcie – co, jeśli po prostu tego nie wytrzyma; co jeśli nie jest tak silna, jak mówiła doktorowa? Kolejny krzyk Joanny wyrwał mnie z tych rozmyślań. Zapragnąłem zapalić papierosa, a uczucie to było równie silne, jak silne musi być pragnienie alkoholika, aby ponownie się napić. Odmówiłem sobie tej przyjemności, podobnie jak robiłem to przedtem. „Musisz być twardy” – mówiłem do siebie. Nastał długi okres wyczekiwania. Czas dłużył się i dłużył, a świece świeciły coraz słabiej, wosk leniwie skapywał z powyginanych trzonów i brudził biały obrus. Wszyscy milczeli. Hela sączyła wino, teść co jakiś czas zapalał papierosa, zegar tykał, nieustannie odmierzając czas do oczekiwanego przez wszystkich porodu. Siedziałem, wpatrzony w dokładnie zaciemnione okna, nieobecny, z uwagą skupioną na problemach, jakie teraz staną przede mną i przed Joasią. Odpowiedzialność już nie tylko za nas, ale także za dziecko. Bezwzględna odpowiedzialność. Jak mogłem pozwolić sobie na wycieczki po Krakowie, nie bacząc na uliczne łapanki? Jak mogłem czerpać garściami z rezerw, które miały nam wystarczyć na czarną godzinę? Co mi przyszło do głowy, żeby przesiadywać knajpach, nie licząc się z ryzykiem spotkania przeróżnych szumowin i szmalcowników? Rozmaite pytania kłębiły się w mej głowie. Zdałem sobie sprawę ze swojej absolutnej bezmyślności, o tym, że przez cały okres ciąży, narażałem Joannę na nieprawdopodobne ryzyko. Przerażała mnie idea bycia ojcem z jednej strony, napawała przedziwnym uczuciem fascynacji z drugiej. Cokolwiek by się nie działo – będę miał potomka, kogoś, kto będzie moim światłem w tunelu bez względu na to, co dzieje się tam ¬– za murami, za ciepłym wnętrzem naszego mieszkania. Tam, gdzie okupant bił i mordował, przesłuchiwał, wymuszał i chwytał w swe sidła każdego, kto patrzył krzywo na Rzeszę. Dochodziła druga w nocy, kiedy krzyki Joasi ustały, a pojawiły się zupełnie inne, płaczliwe, rozpaczliwie usiłujące wrócić tam, skąd przyszły. Wyszła doktorowa z malutkim zawiniątkiem i powiedziała, że synek jest zdrowy. Odetchnąłem głęboko i spojrzałem na pierworodnego – wydawał się niesamowicie kruchy jak na te ciężkie czasy. Wiedziałem jednak, że to tylko złudzenie, efekt szoku, jaki wywołał we mnie sam poród. Podszedłem do Joanny. Wyglądała na szczęśliwą, zupełnie nieprzejętą niedawno doznanym bólem. Była wyczerpana, ale piękna i uśmiechnięta i mimo wszelkich obaw, wiedziałem po raz kolejny, że wszystko będzie dobrze. Kiedy wróciła doktorowa z umytym noworodkiem, Joasia rozpromieniała jeszcze bardziej, a ja zrozumiałem, że muszę zrobić wszystko, aby taka już pozostała – szczęśliwa i niewzruszona na bezwzględność okupacji. Gdy teść gratulował mi syna, ściskając mnie po ojcowsku, zdałem sobie sprawę, że właśnie zaczął się zupełnie nowy etap w moim życiu. Etap, którego biegu w żaden sposób nie mogłem przewidzieć. Ale czy to było w tym coś złego?



Płeć: mężczyzna
Ocena: 3
Liczba komentarzy: 1    
Data dodania: 22.06.2014r.

1     

soban84 Użytkownik WPMT 29 06 2014 (20:17:48)

Użytkownik ocenił pracę na 3

Witaj. Tym razem przywilej recenzji twojej pracy spadł na mnie. Na potrzeby recenzji przeczytałem twoje poprzednie prace. I powiem ci nie jest dobrze. Praca nie jest zła, ale w porównaniu do części drugiej i pierwszej widać regres.
W oczy rzucają się rozwlekłe zdania. Sam miewam z tym problemy. Wiem ze raz zapisaną myśl trudno się edytuje. Ale
Wydawało mi się to rozsądnym układem, jako że z pobudek szlachetnych zdecydowałem zaprzestać lub ograniczyć niektóre z trapiących mnie uzależnień, chociaż w głębi duszy wiedziałem, że Joanna w żaden sposób by tego nie aprobowała.

Nie dość że czyta się to bardzo nieprzyjemnie. To dodatkowo tracisz władzę nad przekazem. Układ to jakaś umowa pomiędzy dwiema stronami. Ze zdania nigdzie nie wynika jaki to ma być układ. Mamy za to wiele karkołomnych prób zamknięcia niezmiernie długiej myśli w jednym zdaniu.
Do treści zastrzeżeń nie mam. Nie czuję się dobrze w obyczajówce
Kolejna rzecz to chaos w pracy. O ile rozwlekłe zdania bez trudu wybaczam o ile to co tutaj zaprezentowałeś kompletnie zbiło mnie z tropu. Po pierwsze "Joanna znosiła macierzyństwo zmiennie" ? czy "Joanna znosiła ciąże zmiennie" ? Bo to naprawdę istotny błąd rzeczowy wprowadzający chaos na lini czasowej akcji. Później jest tylko gorzej.
Najpierw opisujesz długotrwałe zmiany w bohaterze jakie wywołała w nim wieść o ciąży.
Żeby zaraz wrócić do początku czyli zabranie jej do lekarza zaraz po upewnieniu się" że to na pewno" opisywaniu ich życia i kontaktach towarzyskich tuż przed rozwiązaniem. By znowu wrócić w kolejnym akapicie do początku:
"Tuż po tym, kiedy dowiedziałem się o szykowanej mi przez los niespodziance, zdecydowałem, że najwyższa pora się oświadczyć."
Istny groch z kapustą, niestety w pierwszej połowie twojej pracy chronologia praktycznie nie istnieje. Poukładaj to chronologicznie. A jeżeli chcesz użyć retrospekcji, prowadząc narrację w pierwszej osobie, musisz wyraźnie to zaznaczyć.
Pomimo całkiem dobrej drugiej połowy, nie mogę ci dać więcej niż trzy.


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9701 | Proza: 2330 | Publicystyka: 721 | Komentarze: 68305 | Użytkownicy: 12452
Online(22): 22 gości i 0 zarejestrowanych: