warto go przeczytać
“So long my luckless romance
My back is turned on you
Should\'ve known you\'d bring me heartache
Almost lovers always do…”
Obserwowałam klientów z uśmiechem. Pozostał na mojej twarzy jeszcze od wczoraj. Jackson stwierdził, że nie ma sensu przewozić wszystkich mebli, jakie kupiliśmy do mojego mieszkania, skoro czekał je remont. Musiałam się z nim zgodzić, wszystko byłoby upaćkane farbą od góry do dołu. Już sobie wyobrażałam opłakiwanie tego pięknego fotela z metalowymi wykończeniami, na którym rozlało się jakieś cholerstwo, którego nie można zmyć. Zapewnił mnie, że zostawi zakupy w swoim garażu. I po moim nastym pytaniu, czy to na pewno nie będzie kłopot, kazał mi przyrzec, że nie zapytam go po raz kolejny, bo w innym wypadku postawi mnie za barem na całą noc. Muszę przyznać, że podziałało. Nie zachwycało mnie nawet myślenie o mieszaniu drinków. Ale obserwowanie jak dobrze sobie z tym radzi, było samą przyjemnością. Gdy na niego spojrzałam, mrugnął do mnie porozumiewawczo. Jego oczy znów się śmiały.
- Ann? Mogę cię prosić? – John wystawił głowę zza drzwi zaplecza. Zaniepokoiłam się, ale podążyłam za znikającą czupryną. Zaprowadził mnie do małego pokoju, gdzie mogłyśmy się przebrać z ‘cywilnych’ ubrań w coś wygodnego.
- Jak wiesz, dużo wczoraj myślałem o poprawieniu wizerunku baru. Beth i Mary już wiedzą. To twój nowy strój do pracy – wskazał na leżącą na krześle kupkę ciuchów. Rozluźniłam się nieco. Przybrałam entuzjastyczny wyraz twarzy. Wyszedł, zamykając za sobą drzwi.
Przyjrzałam się dokładniej ubraniom. Zrobiło mi się słabo… Biała koszulka z krótkim rękawem była w porządku, praktyczna i nieprzeszkadzająca w pracy. Jednak kusa spódniczka w odcieniu soczystej czerwieni sprawiła, że poczułam się nieswojo. Nie raz nosiłam już podobne rzeczy, w końcu byłam dziewczyną. Ale taki wybór, biorąc pod uwagę klientelę, był co najmniej ryzykowny. „Ann, czy ty właśnie boisz się o swoją cnotę?” – głos z tyłu głowy zachichotał. „A żebyś kurczę wiedział!” Nie do końca przekonana ubrałam nowy ‘mundurek’. Przejrzałam się w lustrze. Nie było najgorzej… Lecz kiedy tylko odwróciłam się tyłem, miałam ochotę jęknąć. Diabelski ogon ciekawsko wyglądał spod materiału, chcąc zaprzyjaźnić się z co bardziej interesującymi typkami spod ciemnej gwiazdy. Szef mnie zabije…
- Jacks! – zawołałam rozpaczliwie, ukrywając się za drzwiami. Wysunęłam zza nich tylko głowę. Przeprosił kobietę siedzącą przy barze. Podszedł do mnie zaciekawiony, wycierając dłonie o ręcznik przewieszony za paskiem krótkiego fartucha.
- Mam problem – wciągnęłam go za rękę do pomieszczenia. Wydawał się zdumiony moją bezpośredniością. Pewnie i tak nie ruszyła bym tej wielkiej góry człowieka, ale z zaskoczenia jakoś mi się udało. Patrzył na mnie z niezrozumieniem. Zakrywając twarz dłońmi z zawstydzenia, odwróciłam się do niego plecami. Przez chwilę nic się nie działo. Zabrałam jedną dłoń, by sprawdzić jego reakcję. Jego oczy były okrągłe jak spodki. Zamrugał kilkakrotnie, żeby ukryć zaskoczenie. Niecodziennie widzi się dziewczynę z czymś takim na nodze…
“Off alone into the great unknown
You\'re not me, you\'re a model of freedom
All you need are your kicks when you need \'em
Come and go, caught that slow alright…”
- Myślisz, że szef odetnie mi głowę i dla pewności odprawi egzorcyzmy nad moim ciałem? – roześmiał się serdecznie. Był to jeden z najmilszych dźwięków, jakie słyszałam. Niski głos przyjemnie dudnił w małym pokoju. Otarł łzy, nie mogąc powstrzymać uśmiechu, gdy nieuważnie znów odwróciłam się do niego tyłem.
- Z czystej ciekawości, masz tego więcej? – uderzyłam go otwartą dłonią z przedramię. Wywołało to jedynie kolejną falę przyjemnych dla mojego ucha dźwięków. Mógłby do mnie mówić całe dnie, a ja i tak nie miałabym tego dosyć. Było w nim coś niesamowicie męskiego i pociągającego. Zresztą działał tak na wszystkie kobiety, które przychodziły wieczorami napić się czegoś mocniejszego. Poza tym nie tylko na takie…
- Spodoba mu się. To nie jest prowincjonalny bar dla porządnych ludzi. Nawet klienci wyglądają tu gorzej. Zresztą nie tylko oni – podciągnął rękaw koszuli i zaprezentował kilka sporych tatuaży na ramionach. Patrzyłam na nie zafascynowana, dotknęłam jego skórę niepewnie. Były tak piękne, że wydawało mi się, że znikną pod moim dotykiem. Jednak nadal tam były – kobieta pin up, krzyż, motocykl i kilka mniejszych, niezrozumiałych dla mnie rysunków. Czułam jego czułe spojrzenie.
- Nie martw się, mała – pocałował mnie w czoło, widząc moje chwilowe zawieszenie w próżni pozbawionej kontaktu ze światem. Uśmiechnął się zawadiacko i wyszedł. Zadrżałam. Nadal nie mogłam się przyzwyczaić do dotyku jego ust. „Co z tobą jest nie tak?” Ze zrezygnowaniem pokręciłam głową. Schowałam stare ciuchy do torby i zamknęłam je w schowku. Uśmiechnęłam się. „Szalone miejsce…”
“I watched you disappear into the clouds
Swept away into another town
The world carries on without you
But nothing remains the same
I\'ll be lost without you
Until the last of days…”
Usłyszałam rozdzwoniony telefon, gdy otwierałam drzwi do mieszkania. Szybko rzuciłam torbę na ziemię i pognałam do aparatu, nawet nie zamykając drzwi.
- Halo? – zdyszana, oparłam się o ścianę. „Źle z tobą, skoro ten bieg tak cię wykończył” Bardziej jednak zmęczyło mnie zaskoczenie i ciekawość, któż może dzwonić o tej porze. Przecież dochodziła już druga w nocy. Musiałam porozmawiać z Beth, chodziła podłamana od dłuższego czasu. Po zamknięciu baru usiadłyśmy i wylała z siebie wszystko, co ją trapiło. Zużywając przy tym cała paczkę chusteczek. Jej synek zachorował, a ona nie ma pieniędzy na leki dla niego. Były mąż ma ją gdzieś i nawet nie odbierał telefonów. Dopiero, kiedy wyjaśniłam cała sytuację John’owi, ten stwierdził, że od dłuższego czasu należała się jej premia. Była taka szczęśliwa, że znowu się rozpłakała. Uśmiechnęłam się…
- Ann? Nareszcie. Dzwonię od kilku godzin. Gdzieś ty się podziewała? – Izzy był wyraźnie niespokojny. Kiedyś pewnie moje serce zaczęłoby szybciej bić, ale teraz odczuwałam tylko szczęście, ze znów mogę go usłyszeć. Ton jego głosu nie zaniepokoił mnie w najmniejszym stopniu, choć powinien…
- Zasiedziałam się w pracy – po drugiej stronie zapadła cisza. Zapewne przetwarzał informację, że jego przyjaciółka, nie tak dawno gwiazda sceny rockowej, teraz pracuje jako kelnerka. Stoczyłam z nim długi bój o moją rację. Nawet gdyby mi zabronił i tak przyjęłabym tę ofertę.
- Hm… Jutro jest konferencja prasowa. Fani są zaniepokojeni, że nie pojawiłaś się na ostatnich dwóch występach. Menadżer uznał, że najlepiej ogłosić oficjalnie twoje… chwilowe wyłamanie się ze składu koncertowego. Możesz być o 10 w Gravity Hotel? – spieszył się gdzieś. Wydawało mi się, czy słyszałam w tle damski głos, który go wołał…
- Jasne, nie spóźnię się… - odłożył słuchawkę. „Coś przerwało połączenie?” Zamknęłam drzwi i rozebrałam się. To był naprawdę zwariowany dzień… Usiadłam na parapecie, przyglądając się porzuconej w kącie gitarze. Nie wiedziałam, czy podjęłam właściwą decyzję. Ostatnio nie wiedziałam nawet, jak się nazywam i czy ja, to na pewno ja. Wszystko się pogmatwało… Czuję, że żyję nieswoim życiem. Jakby było pożyczone. Nie umiałam jednoznacznie powiedzieć, czy chcę to dalej ciągnąć. Takie zdublowanie nie było dobre na dłuższą metę. Czas pokaże…
“Eager to please,
Trying to be what they need
But I\'m so very tired
I\'ve stopped trying to find
Any peace in my mind
Because it tangles the wires…”
To miała być mała konferencja. Tylko kilku reporterów z najważniejszych gazet muzycznych. Tymczasem pod hotelem tłoczyło się co najmniej trzydziestu fotografów. Poprawiłam okulary przeciwsłoneczne i pewnym krokiem ruszyłam do gmachu. Gdy tylko mnie zauważyli, zaczęło się piekło. Zachwiałam się na wysokich obcasach, kiedy otoczyli mnie ciasnym kołem. Oślepiali fleszami. Nie wiedziałam, w którą stronę iść, żeby się stamtąd wydostać. Silna ręka pociągnęła mnie w prawo. Rozpoznałam znajomego ochroniarza i dziękowałam mu w duszy na klęczkach, że zaprowadził mnie pod ramię do holu. Inaczej na pewno bym się przewróciła. Schowaliśmy się w korytarzu prowadzącym do sali konferencyjnej. Odetchnęłam, gdy zobaczyłam Izzy’ego, który siedział już na swoim miejscu. Przed nim stała kartka z imieniem i nazwiskiem. Przytulił mnie mocno. Był cały i zdrowy. Ubrał się jak zwykle po swojemu. Skórzane spodnie i niebieska koszula nieudolnie wepchnięta za pasek. Cieszyłam się, że go widzę. Nie zauważyłam nikogo innego. Jednak nie miałam czasu na dłuższe rozmyślania, bo do pomieszczenia zostali wpuszczeni reporterzy i znienawidzeni przeze mnie fotografowie. Po chwili przyszedł również menadżer i jeszcze jakiś człowiek, którego nie znałam. Usiadłam na swoim krześle, z uwagą patrząc na wszystkie twarz. Były obojętne i czujne na każdy najmniejszy szczegół, który mogliby rozdmuchać w skandal.
- Witamy. Chcieliśmy złożyć oficjalne oświadczenie. Ann przez najbliższy czas nie będzie koncertowała z Whistle – w pokoju podniósł się szum i gwar rozmów. Aparaty fotograficzne zaklikały ostrzegawczo – cały czas na posterunku. Menadżer uniósł brwi w niemym geście pozwalającym na zadawanie pytań.
- Ken Jovi, Mystery Sound. Jaki jest powód tej przerwy? – niski facet pod czterdziestce podniósł dłoń. Spojrzałam w jego czujne czarne oczy. Miał nadwagę i aż go korciło, żeby zapisać coś w swoim małym notesie.
- Ann jest wyczerpana tempem pracy. Potrzebuje trochę wolnego, by wrócić do formy – niektórzy skwapliwie zapisali kilka słów na swoich kartkach. Inni z uwagą słuchali dalej, nawet nie odwracając wzroku i trzymali swoje magnetofony jak najbliżej stołu, gdzie siedzieliśmy. Wydawał mi się to dobry powód, nie wzbudzał nadmiernego zainteresowania.
- John Jackson, Buzz. Czy jest znany termin powrotu do składu koncertowego? – tym razem wstał wysoki blondyn. Młody chłopak z uwagą patrzył to na mnie, to na menadżera. Nie wiedział, kto udzieli mu odpowiedzi. Izzy spojrzał na mnie zaciekawiony.
- Jest jeszcze nieznany. Nie chcemy poddawać Ann presji czasu – kilka osób mówiło naraz. Izzy starał się ich uciszyć razem z Ronem, menadżerem. Po kilku minutach w pokoju znów panował spokój.
- Howard Pool, RADIOactive. Ann, mogłabyś skomentować zdjęcia, jakie ukazały się na początku tygodnia w prasie brukowej? Ukazują one Smash’a z niejaką Mandy Ryan – zmarszczyłam brwi. Spojrzałam zdezorientowana na Izzy’ego, ale nie patrzył na mnie. Unikał mojego spojrzenia. „Coś było nie tak… To właśnie tego nie chciał mi powiedzieć przez telefon… Cholerny sukinsyn, jeszcze go krył!”
“Well I\'d never want to see you unhappy
I thought you want the same for me…”
- To pomówienia – odezwał się Ron. Kilku reporterów zaprotestowało.
- Czy mógłby mi pan pokazać te zdjęcia? – mój głos po raz pierwszy rozbrzmiał na konferencji. Zapadła cisza. Mężczyzna pośpiesznie podszedł do stołu z egzemplarzem gazety z dłoni. Przekartkowałam ją pospiesznie, szukając właściwej strony. Poczułam na przedramieniu dłoń blondyna, ale nie zwróciłam na niego uwagi. Otwarłam nieznacznie usta. Gitarzysta obejmował nieznaną mi blondynkę, gdy wychodzili z męskiej toalety w którymś z tych obskurnych barów. Jego wzrok był mętny, a dziewczyna potargana z zadartą do bioder sukienką. Następne zdjęcie – namiętny pocałunek przy barze. Kolejne – gorący taniec na parkiecie. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że nie oddycham. Wypuściłam powietrze z płuc. Czułam pustkę ziejącą zewsząd… Nie miałam pojęcia, co zrobić… Bolało mnie serce i miałam wrażenie, że dzieje się z nim coś niedobrego. Zaciskało się coraz mocniej i nie chciało rozkurczyć. Przełknęłam ślinę, ale gula w gardle nie pozwoliła jej przejść dalej. Dwie łzy skapnęły na kartki, rozmazując tusz drukarski… Wszystko wokół zamieniło się w miękką galaretkę, pociemniało mi przed oczami…
“Still can\'t believe it, can\'t stand to leave it
But I know the rules
We were doomed babe, too much too soon babe
Acting like fools
Tried to fly and climbed too high
We saw it all, we had to fall
But I swear it\'s true, was all for you…”
- Dziękujemy, to koniec konferencji – Ron ostrym głosem przywrócił mnie do rzeczywistości. Ochroniarze zaczęli wyprowadzać krzyczących reporterów, którzy chcieli zadać kolejne pytania. Izzy starał się mnie przytulić.
- Wie… Wiedziałeś, prawda? – spojrzałam na niego. Ledwo widziałam, przez łzy. Jednak tego bólu nie można było pomylić. Nadal próbował mnie przytulić, niemo przeprosić.
- Wiedziałeś, ty sukinsynu! – odepchnęłam go, wstałam i chwiejnym krokiem ruszyłam do drzwi. Ron zatrzymał mnie. „On także?” Dołączył do niego Izzy. „Dlaczego mi nie powiedzieli?” On nie tylko nie przestał ćpać, on zaczął mnie zdradzać… Gdzieś w środku miałam poczucie, że to moja wina. To było niedorzeczne. Miałam ochotę rozbić coś dużego, kopać i złamać komuś kilka żeber. Jednocześnie nie miałam siły, żeby zrobić cokolwiek…
- Ann, przepraszam… - niski głos zwrócił moją uwagę smutkiem, którym był nasączony. „I co teraz…”
- Zostaw mnie. Wszyscy jesteście tacy sami… - odsunęłam się od nich z obrzydzeniem. Ron uderzył wściekły w ścianę. Brzydziłam się nimi, kryli go. „Bo miałam się nie dowiedzieć i wrócić? I wszystko byłoby w porządku?” Hipokryci… Wyszłam nawet się nie oglądając…
“Still can\'t believe it, can\'t stand to leave it
But I know the rules
We were doomed babe, too much too soon babe
Acting like fools…”
Ocena: 5.5
Liczba komentarzy: 4
Data dodania: 30.06.2011r.
Statystyki: Wiersze: 7853 | Artykuły: 264 | Recenzje: 234 | Proza: 1645 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46575 | Użytkownicy: 3566
Online(39): 32 gości i 7 zarejestrowanych:
Salem_de_Lincourt, Dawied, Fał, Pawlak, Janek Freund, amymone, PookyFan