Pseudonim: Vår
Imię: Anna Maria
Skąd: Zielona Góra
O sobie: "Zawsze warto być człowiekiem, choć tak łatwo zejść na psy."
Napisanych prac:
- wiersze: 22
- proza: 79
- publicystyka: 4

Średnia ocen: 4.7
Użytkownik uzyskał: 420 komentarzy

Najlepiej oceniane prace:
"Szukając ducha rocka - IX" 27.07.2010
"Szukając ducha rocka - X" 28.07.2010
"Szukając ducha rocka - XI" 30.07.2010
"Szukając ducha rocka - XIV" 02.08.2010
"Szukając ducha rocka - XXVI" 02.12.2010

Inne prace tego autora:
"Szukając ducha rocka - XLIX" 29.08.2011
"Urywki wyrwane z życia" 18.10.2009
"Szukając ducha rocka - XXVII" 05.12.2010
"Szukając ducha rocka - XXXIV" 29.06.2011
"Szukając ducha rocka - XII" 30.07.2010


Najnowsza proza (wszystkie):
"Buntownik" - mistylady
"Uderzyłam go... cz.1" - Pokoras
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"Raz, dwa, trzy - Baćka..." - Edward Horsztyński
"Przygody, dnia jednego,..." - Falcor
"Trójblondowe piwo" - ArcturV
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"O tym, jak powstały..." - nic
"Przed siebie" - Unwritten96
"List do K. cz. III" - Nieważne

Szukając ducha rocka - XXXI

I was cryin\' when I met you Now I\'m tryin\' to forget you Love is sweet misery I was cryin\' just to get you Now I\'m dyin\' cause I let you Do what you do - down on me… Bezpiecznie dla mnie, przespałam całą dwugodzinną podróż do studia. Znając mnie, spanikowałabym kilka kilometrów od miejsca wyjazdu i piechotą wróciła do domu. Stałam teraz zdezorientowana na środku chodnika. Liczyłam, że sama dotrę do Sali nagrań, ale nie – kudłata głowa Michaela rozglądała się ciekawie za moją sylwetką, przy okazji odprowadzając kilka innych, które zwróciły jego uwagę. Wyprostowałam się, niepewnie poprawiając sukienkę. Nie wypada pokazać się w luźnych jeansach i podkoszulku. Uznałby to jeszcze za kryzys po odejściu i bym się dopiero nasłuchała. A tak wyglądałam, jak w szczycie formy, choć w środku jeszcze wszystko się sypało. Uśmiechnął się z niedowierzaniem, kiedy przed nim stanęłam. Zobaczyłam wahanie w jego oczach. Był taki jak zawsze – nieogolony i radosny jak skowronek podczas pierwszego recitalu po długiej zimie. - Ann? Wyglądasz niesamowicie! – porwał mnie w ramiona, co wzbudziło dezorientacje i zaniepokojenie kilku przechodniów. Niepewnie się do nich uśmiechnęłam, niedbale machając ręką. Skinęli głową ze zrozumieniem - pewnie stwierdzili, że to mój kuzyn z wyolbrzymionymi reakcjami. Nie minęli się za bardzo z prawą. Jasne włosy łaskotały mnie w całą twarz. Ucałował mnie kilka razy w policzek, przestając dopiero po mojej stanowczej interwencji. „Pewnie znowu coś brał… Co za nieodpowiedzialny dzieciak!” Ale w końcu nie przyjechałam tu robić mu wykłady, nie byłam odpowiednią osobą, a poza tym nie miałam na to najmniejszej ochoty. Wydawał się w formie – oczy iskrzyły jak za dawnych lat, wbrew pozorom brak bladości i nakłuć na przedramionach. „Może się myliła i odszedł od tego? Może po prostu jest szczęśliwy?” Uśmiechnął się niewinnie i uroczo jak dziecko. - Czeka nas długi wieczór… - przytaknął mi energicznie i prowadząc mnie pod ramię, skierował w znaną tylko jemu stronę. Przez chwilę rozglądałam się, chcąc zapamiętać drogę „na wszelki wypadek”, ale zgubiłam się już po kilku zakrętach i wąskich uliczkach, jakich było tutaj pełno. Przez resztę drogi nie zamieniliśmy słowa. Dziękowałam mu za to. Mimo, że był dla mnie miły i taki jak zwykle, tak naprawdę nic nas już nie łączyło, oprócz dawnej znajomości. Nie zerwaliśmy jej z osobistych powodów, ale nie zrobiliśmy nic, by ją podtrzymać. Nie winiłam go za to, pewnie dostał taki rozkaz od Derek’a. to było w stylu „generała”, jakim ogłosił się w ostatnich miesiącach. Ciekawiło mnie, co u Michael’a, ale nie miałam już prawa go o to pytać. Co chwilą zerkał na mnie, sprawdzając, czy jestem jeszcze w stanie używalności i w ogóle żyję. Gdy otrzymał satysfakcjonujący sygnał, uśmiechał się i przyśpieszał kroku. Przyglądałam się miastu i goniącym gdzieś bez tchu ludziom. „Gdzie oni się tak wszyscy śpieszą?” There was a time When I was so broken hearted Love wasn\'t much of a friend of mine The tables have turned, yeah \'Cause me and them ways have parted That kind of love was the killin\' kind Now listen All I want is someone I can\'t resist I know all I need to know by the way that I got kissed… W ciszy przesłuchiwaliśmy nagrania Whistle. Michael z przymkniętymi oczami stukał o brzeg konsolety pałeczkami, rozsiadając się po turecku na fotelu. Doprowadzał tym do białej gorączki chłopaka od sprzętu, ale nic nie mówił – i tak nic by to nie dało, z takiego stanu ciężko wyciągnąć Michael’a. „W razie pożaru wynieść z fotelem, zapewniając coś o co mógłby uderzać pałeczką. Inaczej może być kiepsko…” – taką tabliczkę powinien sobie przyczepić do pleców. Techniczny dwoił się i troił odtwarzając i miksując jednocześnie, a ja starałam się nie rozpłakać. „Istny dom wariatów…” W dużym stopniu były to ballady. Od dawna mówili o jakimś spokojnym albumie, który ociepliłby ich wizerunek. W końcu ile czasu mogli cieszyć się przychylności rodziców nastolatków rozbijając samochody, co chwila przyłapywani z narkotykami lub prostytutkami. Choć Derek usilnie starał się chować dragi lub co najmniej nie dopuszczać o tym informacji do prasy. Melancholijny głos Derek’a wlewał się we mnie strumieniami, znajdując puste emocjonalne naczynie. Albo też emocjonalną próżnię… Starałam się nie zwracać uwagi na chórki Izzy’ego i Jego pełne żalu solówki. „To już nie jest w twoim zasięgu… Nie zachowuj się jak skrzywdzona była dziewczyna lub rozhisteryzowana fanka!” Czułam się jakbym lekko lewitowała. W głowie kołysały się myśli jak w czasie sztormu. Chyba zrobiło im się niedobrze, bo wypłowiały i zniknęły za burtą, tonąc w nieświadomości. Cieszyłam się, że Izzy nagrał moje solówki, inaczej spędziłabym tu całą noc i kolejny dzień. Na moich kolanach leżały kartki z tekstami piosenek i nutami, w niektórych nawet zakreślono, które fragmenty mam śpiewać. Jakby jeszcze bardziej próbowali mi pokazać, że mnie tu nie chcą, a to jest tylko kontrakt, który trzeba wypełnić do końca. Dla pewności i tak zawsze wykonywałam całość piosenki, kilka… lub kilkadziesiąt razy… Kto wie, co może się przydać… Mężczyzna skinął na mnie głową. „Czas na mnie…” Odłożyłam torbę na krzesło i niepewnie wstałam. Ostrożnym krokiem weszłam do Sali nagrań, oddzielonej od mikserów szybą i zasłonką. Dawało to odrobinę prywatności, co ogromnie pomagało wydobyć z siebie emocje trudne do zaprezentowania przez kilkoma parami wpatrzonych w ciebie czujnych oczu. Usiadłam na wysokim krzesełku przez sporych rozmiarów mikrofonem. Poprawiłam sukienkę przezornie, nie widzieli mnie, ale tak czułam się bardziej komfortowo. Upewniłam się, że drzwi są starannie zamknięte. Nałożyłam słuchawki na uszy i przejrzałam jeszcze raz teksty. - Piosenki są ułożone w kolejności odtwarzania. Za moment zaczynasz, przygotuj się – usłyszałam głos technicznego w słuchawkach. Był uprzejmy i wycofany, zupełnie jakby bał się mojej reakcji lub nie wiedział, co powiedzieć, by nie wyjść na kogoś prostackiego. Odetchnęłam głęboko i pozwoliłam muzyce się unieść. Gitara wyśpiewywała wszystko to, co ja miałam przekazać słowami – kawałek historii zaplątanej w dźwięki. Nie dbałam, czy śpiewam czysto i idealnie, chciałam przekazać uczucia. „Przecież o to chodzi, prawda?” Coś czego nie można wyćwiczyć, ani opanować technicznymi sztuczkami. To trzeba czuć i przeżyć… Nie wiedziałam nawet, kiedy po policzku popłynęła łza bezradności – sama pisałam kilka tekstów. Kiedy byłam w tej piosence, całą sobą pragnęłam być w tamtym czasie, gdy wszystko było idealne i bezproblemowe. Wspomnienia wracały z nową siłą. Zamknęłam oczy, koncentrując się na wibrujących strunach i delikatnych uderzeniach bębnów. „Tęskniłam, wiesz?” Coś we mnie wróciło na swoje miejsce. Nie czułam się dobrze, ale o niebo lepiej niż dzisiejszego ranka. Z trudem odnajdywałam siebie w burzy emocji: żal, cierpienie, wściekłość, bezradność, cicha akceptacja… Now there\'s not even breathin\' room Between pleasure and pain Yeah you cry when we\'re makin\' love Must be one and the same… - Cholera, jest genialna. Lepsza niż kiedykolwiek. Muszę zadzwonić do Derek’a – w tle usłyszałam stłumiony głos Michael’a. Nie miałam pojęcia, o czym chciał z nim rozmawiać, ale nie wróżyło to dla mnie nic dobrego. Siedziałam tu już trzecią lub piątą godzinę, nagrywając któreś naste powtórzenie. Z każdym kolejnym było mi coraz trudniej – odnajdywałam zaszyfrowane między nutami wiadomości. Nie tylko te moje, ale też Derek’a. Chciałam, żeby o czymś mi przypominały, gdy piosenki już wyjdą. Przypominały w złym czasie i nieodpowiednich okolicznościach… Nie usłyszałam otwierania drzwi. Nie usłyszałam kroków stawianych na wykładzinie. Nie usłyszałam przyśpieszającego oddechu. Gdybym usłyszała cokolwiek z tego, uciekłabym. Ale doszło do katastrofy… It\'s down on me Yeah I got to tell you one thing It\'s been on my mind Girl I gotta say We\'re partners in crime You got that certain something What you give to me Takes my breath away Now the word out on the streetIs the devil\'s in your kiss If our love goes up in flames It\'s a fire I can\'t resist… Osaczył mnie z siłą, której natężenia nigdy nie czułam. Niebezpieczna bliskość powróciła… I pochłonęła nie żywcem, nie dbając by przedtem pozbawić mnie życia. Zdezorientowana otworzyłam oczy, przerwawszy w pół dźwięku. Ciemność… „O nie… nie…” – jęknęłam, czując dłoń na moich plecach. Zeszło ze mnie powietrze, powoli mdlałam. Miękkie usta na szyi… Uniosłam głowę w tej bolesnej pieszczocie. Przyciągnął mnie do siebie – gorączka… „Wyobraźnia płata mi figle…” Delikatny dotyk loków, chwyciłam ich całą garść, rozkoszując się splotami. „Słodki Jezu…” Usta tuż przy moich… Wokół mnie, we mnie i między nami wybuchły fajerwerki. Sylwester to przy tym wiejska zabawa urodzinowa… Gwałtowność, pośpiech, nieznana namiętność… I dłonie błądzące po moim ciele – sprawiały, że miałam ochotę wić się i błagać o litość. Oderwał się na chwilę, tracąc oddech. Spojrzałam na niego zszokowana. Jego oczy iskrzyły… \'Cause what you got inside Ain\'t where your love should stay Yeah, our love, sweet love, ain\'t love If you give your heart away… - Smash… - wyszeptałam, ledwo mówiąc. O mało nie dostałam migotania komór – był tu, z krwi i kości mocno trzymając mnie za ramiona. Byłam bliska upadkowi z wysokiego krzesełka. - Ann… - to było słowo, którego nigdy nie chciałam już usłyszeć w takim wydaniu – mruczącym, kuszącym i pełnym czegoś, od czego czułam ciarki na całym ciele. Wróciła bestia… I chciała tego, co jej odebrano… „Nie… Dlaczego…” Wróciłam do siebie – zawzięta i głupia Ann. Uciekłam. Przed mikserami zobaczyłam cały zespół, z głośników odtwarzano jedną z nagranych przeze mnie piosenek. Szarpnęłam swoją torbę z fotela przy drzwiach. Przez ułamek sekundy skrzyżowałam spojrzenie z Izzy’m – wydawał się poruszony. I wybiegłam. Mimo Jego pełnej bólu miny i krzyku Michael’a uciekłam. Długo słyszałam za sobą Jego rozpaczliwe wołanie, które splatało się ze stukotem obcasów w drżącą i ulotną melodię. Kiedyś ją spiszę… „Nie zostawiaj mnie…” „Żegnaj…” I was cryin\' when I met you Now I\'m tryin\' to forget you Your love is sweet misery I was cryin\' just to get you Now I\'m dyin\' cause I let you Do what you do to me…



        Dedykacja: najwyższy czas zmienić tą prześladującą mnie po nocach rubrykę \'kategoria\' z \'opowiadanie\' na \'powieść\', bo tak to się rozlazło...

Płeć: kobieta
Ocena: 5
Liczba komentarzy: 1    
Data dodania: 06.02.2011r.

1     

Anima użytkownik 06 02 2011 (19:19:49)

Użytkownik ocenił pracę na 5

No i bardzo dobrze, że zmieniłaś kategorię! Rzeczywiście, to długa seria, ale za to jakże emocjonalna. ;D Ja tam mogę czytać w kółko. Chyba nie przesadzę, nazywając siebie najwytrwalszym czytelnikiem.
Ale do rzeczy, bo będę tak gadać, a walizki czekają na podłodze i jęczą ''Nie wyprasowałaś czarnej bluzki!''. Albo to może głos w mojej głowie. Nienawidzę się pakować. Dobra, teraz już się wyżaliłam, zaczynam opinię.
Znalazłam parę zgubionych przecinków i aż się zdziwiłam, bo zazwyczaj praca była bezbłędna. Ale dziś to nic, bo treść... dziewczyno, jak ty to robisz, że ilekroć przeczytam którąś część o Ann i Smashu, myślę o niej potem całą noc? (Tak się jakoś złożyło, że zawsze czytam o nich pod wieczór...)
Ann próbuje zachować pozory, chociaż jest jej trudno. Rozstanie zawsze jest ciężkie. Nagrywa piosenki, wkłada w nie całe serce. Nawiasem mówiąc, opis, kiedy śpiewa, jest świetny. Tak wyrazisty, mocny, no, brak słów! Ale to, doprawdy, cechuje mnie ostatnio, aż za bardzo!
I nagle zjawia się Smash... Czuć, że stęskniony, wciąż zakochany, chociaż tak zawinił... I jak zakochana kobieta ma tu wybrać obiektywnie? Wydaje mi się, że to jest głównym takim problem tego opowiadania... Jak wybrać?
Nie chce okazać słabości, ucieka. Chociaż się boi, chociaż chciałaby być z nim, idzie dalej. Stara się być ponad tym, choć to trudne. Wydaje mi się, że z tą kolejną ucieczką wiąże się coś głębszego, ona po raz kolejny kopie sobie grób, tyle, że teraz jest on głębszy, gorzej będzie jej z niego wyjść. Teraz Smash musi znaleźć jakiś sposób, aby jej pomóc. W sumie, to oboje muszą znaleźć sposób na samych siebie. Inaczej tego nie widzę.
Pomysł z ich spotkaniem w studiu jest trochę... taki przewidywalny, ale pod niektórymi względami. Bo czuje się to napięcie, kiedy Michael mówi, że musi zadzwonic... Czuje się, że zaraz stanie się coś, czego ona się boi. A Ann boi się spotkania ze Smashem. Nie wiem, może to ja naciągam to wszystko na siłę, ale takie odniosłam wrażenie.
Tak, czy inaczej, bezapelacyjna piątka. ;)


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9701 | Proza: 2330 | Publicystyka: 721 | Komentarze: 68308 | Użytkownicy: 12452
Online(28): 28 gości i 0 zarejestrowanych: