Pseudonim: Vår
Imię: Anna Maria
Skąd: Zielona Góra
O sobie: "Zawsze warto być człowiekiem, choć tak łatwo zejść na psy."
Napisanych prac:
- wiersze: 22
- proza: 79
- publicystyka: 4

Średnia ocen: 4.7
Użytkownik uzyskał: 420 komentarzy

Najlepiej oceniane prace:
"Szukając ducha rocka - IX" 27.07.2010
"Szukając ducha rocka - X" 28.07.2010
"Szukając ducha rocka - XI" 30.07.2010
"Szukając ducha rocka - XIV" 02.08.2010
"Szukając ducha rocka - XXVI" 02.12.2010

Inne prace tego autora:
"Szukając ducha rocka - XXIX" 13.01.2011
"Szukając ducha rocka - XXVIII" 11.01.2011
"Szukając ducha rocka - XXXIII" 28.06.2011
"Szukając ducha rocka - XXX" 14.01.2011
"Urywki wyrwane z życia - IV" 19.06.2014


Najnowsza proza (wszystkie):
"Buntownik" - mistylady
"Uderzyłam go... cz.1" - Pokoras
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"Raz, dwa, trzy - Baćka..." - Edward Horsztyński
"Przygody, dnia jednego,..." - Falcor
"Trójblondowe piwo" - ArcturV
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"O tym, jak powstały..." - nic
"Przed siebie" - Unwritten96
"List do K. cz. III" - Nieważne

Szukając ducha rocka - XVIII

Byłam właśnie w połowie drugiego rozdziału niesamowitej powieści kryminalnej, gdy usłyszałam stąpanie nagich stóp po zielonym linoleum korytarza. O ile dobrze pamiętałam, to najgłośniejsza podłoga w całym domu – nie da się przejść niezauważonym. Spojrzałam kątem oka w tamtym kierunku i niemal się roześmiałam. Chłopak szedł prawie, że na paluszkach w stronę drzwi wyjściowych, z kowbojkami w rękach i cylindrem na, napuszonych granic możliwości, włosach. Znowu wymykał się na imprezę, niczym nastoletnia dziewczyna, która dostała szlaban na wyjście życia. Powiedziałam mu stanowczo, że po ostatnim wybryku, kiedy przyczłapał tu, a raczej został przyprowadzony po kontrolnym telefonie przez bezdomnego ćpuna, ma się więcej nie wybierać do tego klubu. Ale był on sławny w całym mieście jako główne miejsce spotkań muzyków rockowych i Smash nie mógł nie skorzystać z takiej okazji. Zauważyłam dużą, przebiegającą przez całą długość pleców, dziurę, przez którą zionęła czerń koszulki z disney’owskim skunksem. - Smash? – zawołałam pozornie obojętnie, jak już wiele razy robiłam w przeszłości, kiedy prosiłam go o drobną przysługę. Przeklął soczyście pod nosem i pojawił się w drzwiach ze swoim najpiękniejszym uśmiechem. Używał go tylko w kilku sytuacjach – gdy był naprawdę wzruszony i zbierało mu się na czułości, gdy coś przeskrobał i starał się wyłgać oraz gdy chciał mnie przekonać do jakiegoś pomysłu i w ten sposób przekupić. Nie chciałam wiedzieć, która z tych możliwości będzie dziś wykorzystana, ale coś mi mówiło, że raczej nie ta pierwsza… - Tak? – krył złość na siebie, którą był podszyty od środka. Równie ‘cicho’ jak on chodził tylko sam King Kong, pustosząc ulice metropolii. Schował za siebie ręce z butami. - Wybierasz się gdzieś? – udałam zdziwienie, widząc jego bose stopy w połączeniu ze skórzanymi spodniami. Jeśli już chodził po domu w spodniach, co zdarzało się jednak czasami, były to szerokie jeansy lub dopasowane niczym druga skóra rurki. Przez rękę przewiesił kurtkę z jasnego jeansu z czarnymi rękawami, które zdobiły frędzle niczym ucięte z ramoneski. - Eee… - zająknął się. Jego wzrok rozbiegł się, przeskakując niczym świetlny zajączek z szafki w kuchni na dywan. Widziałam jak szuka wyjścia z kłopotliwej sytuacji, próbując wyjaśnić dlaczego tak wygląda o dziesiątej wieczorem. Westchnęłam zrezygnowana, podchodząc do szafy, odłożyłam książkę na bok. Zbladł, kiedy szperałam po szufladzie. - Ściągnij koszulę – jego oczy zrobiły się okrągłe niczym spodki, ale posłusznie wykonał polecenie. Usiadłam po turecku na kanapie i powoli nawlekałam czerwoną nić na delikatną igłę odbijającą najmniejszy odblask. Doprowadzał swoje ubrania do ruiny – chodził po kilka lat w tych samych spodniach czy butach. Brzegi materiału w kratę były mocno poszarpane i zastanawiałam się, czy jest sens to naprawiać. Dziura znajdowała się nieco poniżej linii bioder, więc z rozmachem udarłam resztę tkaniny, która była w całości. Wyglądało to o wiele lepiej niż zszyty rów, przecinający wzór. Poszarpany brzeg wydawał się celowym zabiegiem, a nie przykrym przymusem. Popatrzył na mnie zaskoczony i nie odezwał się, gdy szyłam jego czarną koszulkę, klęcząc. Ciekawe ile jeszcze bym znalazła takich nadszarpnięć, gdybym przejrzała jego garderobę… Złapał mnie za rękę, kiedy wstawałam, zakończywszy. Spojrzałam mu w oczy, marszcząc brwi. Był zdziwiony, ale zadowolony. - Dziękuję – uśmiechnęłam się. W końcu docenił tak zwykłą czynność, jak szycie. Znając go, nawet nie wiedział o istnieniu tego rozcięcia, a co dopiero pomyślałby o jego naprawieniu. Swoją drogą zainteresowały mnie okoliczności jego powstania, ale potrząsnęłam głową, przerywając fale wszystkich możliwych scenariuszy. Splótł palce z moimi, przez chwilę przyglądając się im z ciekawością. Jego były długie i mocne – lekko zwężające się za środkową kością. Moje wyglądały jak miniaturka, dziecięce i krótkie. - Wiesz, co sądzę o takich klubach… Uważaj na siebie – usiadłam, niezdolna do dalszej walki o jego bezpieczeństwo. Był w końcu dorosły – wiedział, co dla niego dobre. Czułam się pokonana i z jakiś powodów rozgoryczona swoją słabością. Prawie zawsze pozwalałam mu robić to, na co miał ochotę. Nie bez walki przyznam, ale odpuszczałam w większości przypadków. - Chcesz żebym został w domu? – nigdy nie zadawał tego pytania. Nie chciałam dać po sobie poznać zdziwienia. „Co się z nim ostatnio dzieje?” Zmieniał się niemal na moich oczach, ale nie wiem, czy podobał mi się końcowy wynik tych przemian. Był… inny. Wiele razy, gdy widział moją bezradność, spełniał prośbę mimo, że wygrał kłótnię. To nadal była to sama osoba, ale obca. Po tamtym Smash’u wiedziałam, czego się spodziewać – drapieżności, niebezpieczeństwa i szaleństwa. Tego nadal badałam, poznawałam jego reakcje i dopasowywałam się. Najgorsze były jego zmienne postawy – raz był starą, nieprzewidywalną bestią, a za chwilę spokojnym i statecznym narzeczonym. - Idź, jeśli chcesz – dotknęłam szorstkiej, płóciennej okładki powieści w poszukiwaniu otuchy i pomocnej dłoni. Uspokajała mnie bliskość czegoś znajomego, naturalnego jak książka. Lubiłam czytać i przejmować się przez jakiś czas problemami innych, mając jednocześnie uspokojone sumienie, że jednocześnie ludzie ci nie są prawdziwi, nie muszą się z tym naprawdę zmagać. Odzywała się moja wrodzona i wyolbrzymiona empatia. Miałam dość styczności z kryminałem w życiu, a jeszcze zagłębiałam się w podobnych historiach. Chyba pomagała mi świadomość, że ktoś przechodzi przez coś podobnego, jeśli chodzi o prawo, a raczej wyjęcie spod niego. „Zadaje się z marginesem społeczeństwa! Cholera jasna…” Poczułam ciepłą dłoń na policzku, opuszki delikatnie musnęły moją skórę, przywołując mnie kuszącymi obrazami do rzeczywistości. - Wrócę przed drugą. Obiecuję… - usta na długo zatrzymały się na moim czole. Myślałam, że gorąco odciśnie na zawsze już kontur jego warg na powierzchni cery. To byłoby ciekawe chodzić po całym świecie z twardym dowodem, że do kogoś się należy, ktoś się mną opiekuje, a jednocześnie zasiewać ziarno wątpliwości - czy on ją naprawdę kocha, skoro zrobił jej coś takiego? Like hate and love World’s apart This fatal love was like poison right from the start Like light and Dark World’s apart This fatal love was like poison right from the start We were like loaded guns Sacrificed our lives We were like love undone Craving to entwine Fatal torch Final thrill Love was bound to Kill October and april Zniknął jednak za framugą drzwi, zanim zdążyłam mrugnąć. Już tyle razy obiecywał... Wróciłam z cichym westchnieniem do fabuły – właśnie opisywano zamordowanego na ulicy chłopaka. Zatrzasnęłam stronicę z cichym plaśnięciem. Wystarczą mi moje własne wizje, nie potrzebuję teraz podpowiedzi. Skuliłam się pod miękką fakturą koca, przymykając oczy. Lubiłam noc… Była spokojna, tajemnicza, melancholijna. Wszystko było tu jednością, zanikały brutalne walki dobra i zła. Rozmazywało się cierpienie, gdy ludzie zasypiali. Uspokajało mnie delikatne bujanie się umysłu w rytm oddechów tych osób. Czułam się zatrzymana w chwili, mimo że nie zapadłam się w sielankę snów. Niemal słyszałam ballady grane o tej porze w barze dwie przecznice dalej. Moje myśli przystały i usiadły tam, gdzie akurat się znajdowały w zasłuchaniu… Gdy zegar wybijał drugie uderzenie i ucichł, silne ramiona dźwignęły mnie i ostrożnie przytuliły do piersi. Pod naciskiem barku kliknął wyłącznik światła i zapadła ciemność. Wtulając się w ciepły tors, zaciągnęłam się sennie jego zapachem. Dziś w nocy będzie mi towarzyszył narzeczony. Może to i lepiej, że bestia pozostawała uśpiona – będą inne okazje. Duża dłoń zgarnęła delikatnie kosmyki włosów zabłąkanych gdzieś w okolicach skroni i czoła. Łóżko cicho jęknęło pod moim ciężarem. Niemal z jękiem zareagowałam, gdy cofnął ramiona. Chciałam się skulić, opuszczona, czując ogarniający mnie zewsząd chłód. Usta delikatnie musnęły moje, gdy kładł się obok. Wtuliłam się w niego plecami, czując oddech we włosach. Uśmiechnęłam się zadowolona, kiedy otoczył mnie rozgrzanymi kajdanami. Lgnęłam do mego więzienia, mimo bycia więźniem. Skazano mnie na dożywocie, albo i dłużej. Na łasce jestem twojej… Pocałował zagłębienie nad moim obojczykiem i wtulił twarz w moją szyję. Zasnęłam spętana, ale spokojna… I been walkin' the streets at night Just tryin' toget it right Hard to see with so many around. You know I don't like, Being stuck in the crowd. And the streets dont't change. But baby the name I ain't got time for the game 'cause I need you…



        Dedykacja: Adamowi - nauczyłeś mnie śpiewać nie otwierając ust i wzruszać nie kiwając palcem. to była dobra lekcja dramatyzmu i wrażliwości. dziękuję...

Płeć: kobieta
Ocena: 5
Liczba komentarzy: 2    
Data dodania: 18.08.2010r.

1     

Mozzie Użytkownik wpmt 18 08 2010 (22:18:37)

Użytkownik ocenił pracę na 5

Jestem strasznie zmęczona, a jednak mimo tego, łatwo było wczuć się w tekst, to wielki plus. Treść jest lekka i ciekawa, zresztą jak zawsze, błędów mało, jak obserwuję Twoje części opowiadania (czasem nawet nie wiesz, bo tylko edytuję po redaktorkach próbnych, bardzo lubię się delektować pracą bez przymusu komentowania), widzę że jest coraz lepiej, wykształcasz sobie swój własny, ciekawy styl, który urzeka czytelnika.
Podoba mi się, że napisałaś odcinek, w którym się nie dzieje nic ważnego, taki jeden luźny, gdy mamy okazję poznać lepiej codzienne relacje między Smashem i Ann.

Anima użytkownik 18 08 2010 (21:46:42)

Użytkownik ocenił pracę na 5

Na mojej twarzy kwitnie wielki uśmiech - tak oto skwituję tą część.
Ann wydaje się tutaj jakby matką Smash'a. Dba o niego, martwi się, wyciąga z kłopotów, ceruje i pomaga. Często jest też bezsilna...
Podoba mi się, że Smash zaczyna się zastanawiać nad swoim zachowaniem. Od razu widać, że dojrzewa, powoli, lecz jednak. Choćby jego pytanie, czy powrót do domu o określonej godzinie, coraz wyraźniej pokazują jego miłość. Nie zamierzam tutaj negować czy przedtem ją kochał czy nie. Kochał, lecz teraz pokazuje, że można być lepszym człowiekiem i nie sprawiać kłopotów ukochanej osobie.
Bezbłędnie, ładny styl... Nie będę się powtarzać, pięć ;)


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9701 | Proza: 2330 | Publicystyka: 721 | Komentarze: 68306 | Użytkownicy: 12452
Online(62): 62 gości i 0 zarejestrowanych: