warto go przeczytać
Smash już prawie wydobrzał – nie snuł się po pokojach jak w pierwszych dniach i nie spał całymi dniami. Zaczął być aktywny, dużo tworzył i roztrzaskał nawet kilka butelek za domem. To dobrze wróżyło na najbliższy czas. Uśmiechnęłam się do mieszanego w misce ciasta. Zaczynam być kurą domową na pełen etat. Wszystkiego było teraz dwa razy więcej – gotowania, prania i śmieci. Chłopak na dobre rozgościł się w moim pokoju, choć jego rzeczy leżały w wolnej sypialni. Ciekawe, czy zdecyduje się zostać, czy nadal będzie pytał przyjaciół o wolne mieszkanie. Przynajmniej twierdził, że pyta.
Zerknęłam, jak z uwagą, w pełnym skupieniu obierał śliwki z pestek. Roześmiałam się głośno. Cała sytuacja wyglądała naprawdę komicznie – siedział na krzesełku, z miską na złączonych kolanach i, mając owoc blisko oczu, wyciągał niepotrzebną część. Spojrzał na mnie zdezorientowany. Ucałowałam go w czubek głowy – biedak jeszcze nigdy nie robił podobnych cudów w kuchni. O ile w ogóle bywał w kuchni dłużej niż zajmuje wyciągnięcie kilku rzeczy z lodówki. Kłóciłam się z nim długie dwadzieścia minut o to, by związał włosy, bo powpadają do środka. Obraził się i stał ze skrzyżowanymi rękami tak długo, aż dałam mu siatkę z owocami – wtedy się rozpromienił. Był naprawdę zabawny.
- Nieźle ci idzie jak na nowicjusza – pochwaliłam jego szybkie tempo obierania, wlewając masę biszkoptową do formy.
- Chyba chcesz powiedzieć, że jestem objawieniem roku w dziedzinie gastronomi – uśmiechnął się przebiegle, patrząc znad fioletowej skórki i poplamionych na czerwono palców.
- Oczywiście, jesteś specjalistą od drylowania śliwek – zaśmiałam się, omal nie rozlewając zawartości miski. Prychnął oburzony i rzucił ze mnie połówką, która ześlizgnęła się z mojej twarzy z cichym plaśnięciem. Zmrużyłam oczy oburzona.
- Oj – zaśmiał się, musiałam wyglądać naprawdę głupio. Zamachnęłam się na niego opakowaniem mąki. Był tak zaskoczony, że nie zdążył zrobić uniku i cała zawartość wylądowała na czarnych lokach. Aż przysiadłam ze śmiechu na podłodze – przypominał przedwcześnie osiwiałego staruszka, który w dodatku wylądował w zaspie sztucznego śniegu. Był naprawdę uroczy z ustami ułożonymi w idealne ‘o’ i chęcią zemsty w oczach. Doczołgałam się pod stół w obawie przed jego kontratakiem, ale wyciągnął mnie stamtąd, nadal się śmiejącą, za nogi i wsypał mi cukier za dekolt. Zaczęłam go uderzać dłońmi, jednocześnie próbując wysypać kryształki spod bluzki. Uśmiechał się usatysfakcjonowany, widząc moje poczynania.
- Jesteś wredny, wiesz – wymruczałam, czując swędzenie w miejscach, gdzie roztopił się słodki proszek. ”Niemożliwe, żeby wysypał cały kilogram - przecież tam nie ma tyle miejsca!” Byłam na niego wściekła, ale kiedy zobaczyłam jego uśmiech, od razu mi przeszło – nie widziałam go tak szczęśliwego od dawna.
- Może i jestem wredny, ale i tak mnie kochasz – z niechęcią przyznałam mu rację. Spojrzałam na niego kątem oka, ale przyłapał mnie i przyciągnął do siebie. Smakował śliwkami i dymem… Moja ty maskotko do całowania, przejrzałeś mnie na wylot – jak zwykle zresztą…
He's got a smile that it seems to me
Reminds me of childhood memories
Where everything
Was as fresh as the bright blue sky
Siedział na maleńkim taboreciku, ze złożoną na dłoniach brodą, przyglądając się rosnącemu za szybką piekarnika ciastu. Przypomniały mi się długie wieczory, kiedy piekliśmy z moim bratem – to on zawsze zajmował to miejsce i wołał mnie, gdy wypiek spełniał jego wymogi. Stałam oparta o stół i sączyłam powoli zimne kakao. Ciekawe, co teraz robi Lukas. Czasem miałam wrażenie, że nie poradzi sobie w obcym mieście całkowicie sam, ale był twardy. Choćby musiał spać na gołej ziemi w opuszczonym domu, nie przyjechałby tu z klęską wypisaną na twarzy. Zazdrościłam mu tej cechy. Ja zawsze potrzebowałam całej armii bliskich, żeby przeżyć choćby jeden dzień. Ludzie się zmieniają, moja droga…
Smash to mały wojownik. Zawsze z czymś walczy, rozgląda się za wrogiem, któremu mógłby stawić czoła. W mojej obecności pozostaje zazwyczaj uśpiony, ale do czasu. Kiedy byliśmy kilka dni temu w barze, jeden facet zwymyślał mnie od dziwek, że przez przypadek wylałam jego piwo. Wtedy było naprawdę niemiło. Smash miał pociętą całą dłoń, roztrzaskany łuk brwiowy i siniaki na brzuchu. Ten mężczyzna, mimo, że raz wyższy od ciemnowłosego, wyglądał gorzej – cała jego twarz zalała się krwią. Zaliczył kilka ciosów drewnianą nogą od krzesła, którą wyrwał Smash. Na szczęście policja przyjechała, kiedy mijaliśmy już trzecią przecznicę od klubu. Byłam na niego zła, ale z drugiej strony zrobił to w mojej obronie. Nie mogłam patrzeć, kiedy świadomie wpakowywał się w kłopoty i to jeszcze z mojego powodu. Po całej sprawie wyglądał na zadowolonego i szczęśliwego – widać dawno się nie bił i ta sytuacja oczyściła jego aurę wewnętrzną. Był naprawdę szalony…
Nadal widać było bliznę tuż nad jego lewą brwią. Zasklepiła się ładnie, ale nadal miał strupa. Siniaki niemal wtapiały się powoli w jego karnację, ale wciąż widziałam odciśniętą pięść pod żebrami. Nieobliczalny szaleniec. Nigdy nie skarżył się, że boli. Chyba, że naprawdę potrzebował leków przeciwbólowych. Może dlatego, że przez tak długi czas mieszkał w tym miejscu i jest przyzwyczajony do cierpienia. Ja z najmniejszą raną biegnę po całusa i wodę utlenioną. On choćby się miał wykrwawić, będzie twierdził, że nic mu nie jest.
- Smash… - zaczęłam niepewnie. Spojrzał na mnie zaciekawiony i rozgrzany ciepłem, bijącym od piekarnika. Wyglądał tak idealnie, jak na obrazie. Nie chciałam burzyć tej sytuacji, podchodząc do niego.
- Kocham cię… - szepnęłam. Nie byłam zdolna powiedzieć tego głośniej, bojąc się, że zniknie w oparach srebrnej mgły jak w bajkach. Przysunął się do mnie, przytulając mocno. Zaplątałam się gdzieś między jego lokami a zapachem ciasta. „Dlaczego życie bywa tak piękne, że aż boli?” Westchnął, czułam jego oddech na skórze głowy. To było takie dziwne – uzależnić swoje życie tak, by te kilka chwil w jego towarzystwie dawało spokój na cały następny dzień. Jego usta musnęły moje czoło, schodząc coraz niżej – na policzek, kącik ust. Wokół mojego serca wybuchła aureola przyjemnego ciepła. Bądź tu czarny książę… Jego pocałunek był długi i namiętny… Słodki Jezu już zapomniałam, jak dobrze potrafi rozstrajać moje zmysły…
- Ja też cię kocham – przyciągnęłam go bliżej, choć wydawało mi się to niemożliwe. Nie chciałam by był między nami choćby centymetr. Dotknęłam opuszkami jego policzka – ciepły i szorstki. Przydałoby mu się golenie. Zmrużył niemal czarne oczy– płynna czekolada była ledwo widoczna przez cienie, które rzucały jego rzęsy. Wyruszyłam w rejs – obok miodowej wyspy w lewo, tuż obok archipelagu węgla. Chcę się dokładnie przyjrzeć cynamonowym koralowcom i odpocząć w spalonym porcie piratów na samym środku oceanu orzechowego. Wtuliłam się w jego loki, pozwalając mu gładzić się po plecach. Było mi błogo i spokojnie… Dopóki z piekarnika nie zaczęły wymykać się języki dymu. „Ciasto!”
Well I'd look right up at night
and all I'd see was darkness
Now I see the stars alright
I wanna reach right up and grab one for you
When the lights went down in your house
Yeah that made me happy…
Ocena: 5
Liczba komentarzy: 1
Data dodania: 30.07.2010r.
Statystyki: Wiersze: 7847 | Artykuły: 264 | Recenzje: 234 | Proza: 1645 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46544 | Użytkownicy: 3566
Online(28): 26 gości i 2 zarejestrowanych:
exother, Mii