Pseudonim: Vår
Imię: Anna Maria
Skąd: Zielona Góra
O sobie: "Zawsze warto być człowiekiem, choć tak łatwo zejść na psy."
Napisanych prac:
- wiersze: 22
- proza: 79
- publicystyka: 4

Średnia ocen: 4.7
Użytkownik uzyskał: 420 komentarzy

Najlepiej oceniane prace:
"Szukając ducha rocka - IX" 27.07.2010
"Szukając ducha rocka - X" 28.07.2010
"Szukając ducha rocka - XI" 30.07.2010
"Szukając ducha rocka - XIV" 02.08.2010
"Szukając ducha rocka - XXVI" 02.12.2010

Inne prace tego autora:
"Szukając ducha rocka - LIV" 25.09.2011
"Szukając ducha rocka - XXXI" 06.02.2011
"Szukając ducha rocka - XXX" 14.01.2011
"Szukając ducha rocka - XI" 30.07.2010
"Szukając ducha rocka - XXIX" 13.01.2011


Najnowsza proza (wszystkie):
"Buntownik" - mistylady
"Uderzyłam go... cz.1" - Pokoras
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"Raz, dwa, trzy - Baćka..." - Edward Horsztyński
"Przygody, dnia jednego,..." - Falcor
"Trójblondowe piwo" - ArcturV
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"O tym, jak powstały..." - nic
"Przed siebie" - Unwritten96
"List do K. cz. III" - Nieważne

Szukając ducha rocka - XI

Gdy zobaczyłam jego rozczochraną głowę w drzwiach, tuż pod skórą czułam, że stało się coś złego. Nie patrzył na mnie, po prostu stał z całym swoim skromnym dobytkiem – dwie gitary, kilka zakurzonych wzmacniaczy i cztery duże torby. Wyglądał jak kupka nieszczęścia, obleczona w skórzaną kurtkę i przykryta peruką afro dla niepoznaki. Zmierzchało… - Smash? Co się stało? – spytałam zaniepokojona. Podniósł wzrok - widać było, że niedawno płynęły po policzkach łzy, zostawiając wyschnięte na brzegach, koryta swoich małych rzek. Poczułam się naprawdę bezradna – on nigdy nie płakał. To zawsze był typ wielkiego twardziela, który łamie się tylko w sprawach naprawdę poważnych. - Matka mnie wyrzuciła – jego głos miał być w zamierzeniu mocny, ale złamał się przy końcu. Coś podpowiadało mi, żeby nie dopytywać na siłę. Wydawał się mały i bezbronny. Co mogło się stać? - Czy mógłbym… - nie dokończył. Nie miał już dość siły, by prosić o pomoc. Wiedziałam, że jest mu teraz potrzebny ktoś bliski. Nie może zostać sam. Wyszłam i zaczęłam pchać przez próg pierwszego Marshall. „Boże jakie to ciężkie!” - Wchodź i rozpakuj się – wysapałam. Pomógł mi, chwytając kolumnę za rączki. Zamrugałam zaskoczona, ale wzięłam kolejny w taki sam sposób. Jednak odpadłam już przy drzwiach do pokoju – stanowczo za ciężkie. Zgarnęłam na bok posklejane na czole włosy. „Jak jego matka mogła mu zrobić coś takiego?” Spojrzałam, jak w ciszy wnosił ostatnie rzeczy. Wydawał się skupiony i spokojny, ale zbyt dobrze go znałam. To była chwila jego słabości i chyba nie chciał, żeby ktoś ją widział. Wycofałam się do swojego pokoju – był prawie u siebie, wiedział jak się rozgościć. Zamknęłam drzwi i usiadłam na łóżku. Wpatrywałam się w zachód słońca – musiał czuć się okropnie, włócząc się sam po ulicach. Aż dziwne, że go nie okradli. Ale w końcu zagubiony czy nie, Smash był niebezpieczną ofiarą napadu. Wzdrygnęłam się na samą myśl, co mógłby zrobić potencjalnemu złodziejowi. Usłyszałam ciche pukanie. - Proszę – on przecież nigdy nie pukał. „Oj, musi być źle”. Uchylił drzwi tylko na tyle, by wejść i zamknął je ponownie. Przycupnął obok mnie, patrząc na swoje dłonie. - Byłem taki zagubiony… - jego głos był pewny i spokojny jak zwykle. - Matka dowiedziała się o narkotykach i szpitalu. Była wściekła. Powiedziała, że jeśli jestem na tyle dorosły, żeby ćpać i szlajać się po koncertach, to mogę się wyprowadzić. Dała mi pięć minut na spakowanie. Wziąłem tylko tyle – na dłonie skapnęła łza. Byłam przerażona okrucieństwem jego matki. Przecież on tylko robił to, co kochał. Był młody i chciał tylko poznać życie. „Czy ja właśnie tłumaczę jego uzależnienie narkotykowe?” - miałam ochotę się spoliczkować. Przytuliłam jego głowę do piersi. Z wdzięcznością oplótł ramionami mój tułów. Czułam, że moja koszulka przemaka jego łzami. Wtuliłam twarz w morze splatanych loków. - Byłem u Derek’a, ale on miał już na głowie Izzy’ego i Michael’a. Nie miałem gdzie pójść… - Cii… Możesz tu zostać jak długo chcesz – starałam się być silna, by nie dobić go jeszcze swoją słabością. Potrzebował domu i przyjaciół. Musiał mieć gdzie spać. Spędził już kilka tygodni na ulicy i nie skończyło się to zbyt dobrze. Omal go nie zabili. Przytuliłam go mocniej, jakby podświadomie chcąc go odwieść, od choćby myśli o przejściu na wędrowczy tryb życia, jaki kiedyś prowadził. The hardest part this troubled heart has never yet been through now We’ve healed the scars that got their start inside someone like you now Well had I known or I’d been shown back when I longed you’d take me To break the charge that brought me home and all that won’t erase me If all I knew was that with you I’d want someone to save me It’d be enough, but just my luck I fell in love and baby all that I wanted was Obudził mnie cichy dźwięk gitary. Kiedy targały nim poważne uczucia – tworzył. Nie miałam mu za złe, że jest środek nocy. Nawet dziękowałam, że skoro gra, zaczął dochodzić do siebie. Podniosłam się na łokciu i obserwowałam jak, skupiony, szarpie struny. Szybka, agresywna melodia przepłynęła przez pokój. Nigdy nie wiedziałam, skąd on bierze tyle pomysłów. Ja sama nigdy nie mogłam stworzyć nic konstruktywnego – ewentualnie pomagać przy już zaczętych solówkach. Zerknął na mnie, roztargniony. - Boże, Ann, przepraszam. Nie chciałem cię obudzić. Lepiej wyjdę – zaczął zbierać kartki i kable. Wyciągnęłam do niego ręce w geście niemej prośby. Usiadłam z pytającym wyrazem twarzy. Powoli podszedł do łóżka. Przytuliłam go, odwzajemnił uścisk. - Możesz grać, ile chcesz. Cieszę się, że obudziłeś mnie na prywatny koncert – uśmiechnęłam się, a on pocałował mnie w nos. Słaby uśmiech pojawił się z wahaniem na jego twarzy. Kochałam tego chłopaka, z całym jego wizerunkiem rockowego buntownika i zabijaki. Gdyby stał się inny, nie byłby już moim Smash’em, którego na przemian uwielbiałam i nienawidziłam. Doprowadzał mnie swoim zachowaniem do szału, gdy ignorował ważne kwestie. Ostatnio stwierdził, że skoro koncert zaczyna się o dwudziestej to spokojnie może wyjść za pięć, chociaż droga stąd do klubu zajmowała, idąc szybkim krokiem, dobry kwadrans. Był jak żywioł zamknięty w powłoce ze skóry – albo cię zabrał ze sobą, albo całkowicie zniszczył. Nie mogłeś go na siłę oswoić, bo natychmiast rzucał się na ciebie z pazurami. Nikt nie przechodził obok niego obojętnie. Jest wcieleniem tego, co najbardziej ‘cool’ w tej branży – drapieżny, niebezpieczny i nieokiełznany. Czasem się bałam: „Jak ja z nim wytrzymam? Przecież może mnie pobić albo zgwałcić!” Może kiedyś by to zrobił, gdyby spotkał mnie na ulicy pierwszy raz. Teraz znał mnie wystarczająco długo – wiedział, że żałowałby tego długi czas. Zapalił papierosa i zaczął znów. Kiedy grał, wydawał się taki pierwotny, naturalny. Nie było nic, co mógłby robić bardziej w zgodzie ze sobą. Może dobrze się stało, że wzięliśmy ślub. Popatrzyłam na obrączkę, migocącą w świetle księżyca. Wiele razy żałowałam tej nieodpowiedzialnej decyzji, zwymyślałam już ten pijacki wybryk setki razy. Jednak głębiej zastanowiłam się nad tym dopiero po rozmowie z Derek’iem. „On dawno leżałby na cmentarzu, gdyby nie ten ślub. Trzymasz go przy życiu. Nie spieprz tego, bo potem sobie nie wybaczysz”. To mogła być prawda – przedtem ćpał bez opamiętania, popijał litrami wódki i okraszał szybkim numerkiem z przypadkową dziewczyną. Westchnęłam, czując ciężar odpowiedzialności za jego życie. Gdybym teraz odeszła… Nie chcę wiedzieć, co by się stało. Derek znalazłby mnie na końcu świata i zmieszał z błotem. Z jakiegoś powodu chciałam tu być, wspierać go. To nie była miłość nastolatki do starszego chłopaka - boga tutejszej sceny. Tu nie chodziło o ryzyko i niebezpieczeństwo, jakie groziło w jego obecności. Im bardziej zastanawiałam się nad nami, tym bardziej skomplikowane równanie, z jeszcze większą liczbą niewiadomych, wychodziło z moich obliczeń. Był moim przyjacielem, ale też moim mężem. Ideałem, którego nie mogłam sobie nawet wymarzyć, a jednocześnie kimś, z kim kiedyś bałabym się być w jednym pokoju. Smash to była jedna wielka, nieznana sprzeczność, która była dla mnie teraz najważniejsza na świecie. Oparłam głowę na jego ramieniu, starannie zgarniając loki na bok. Spojrzał na mnie kątem oka z uśmiechem. Nie przestając grać, pocałował czubek mojej głowy. Mięta i dym… Niech ta noc trwa i oby nie skończyła się kolejnym, pełnym problemów dniem. Graj mój nocny kochanku… Yesterday, there was so many things I was never told Now that I\'m startin\' to learn I feel I\'m growin\' old \'Cause yesterday\' s got nothin\' for me Old pictures that I\'ll always see Time just fades the pages In my book of memories Prayers in my pocket And no hand in destiny I\'ll keep on movin\' along With no time to plant my feet…



        Dedykacja: Łukaszowi - za wspieranie mnie w moim rockowym szaleństwie i pozwalania, by ogarnęła mnie gorączka bezsennych nocy letnich.

Płeć: kobieta
Ocena: 6
Liczba komentarzy: 1    
Data dodania: 30.07.2010r.

1     

Mozzie Użytkownik wpmt 30 07 2010 (14:07:50)

Użytkownik ocenił pracę na 6

Ta część opowiadania jest niemal idealna - błędów prawie w ogóle nie ma, styl coraz lepszy, naprawdę fajnie się czyta - cała ta burza uczuć małżonków, smutek Smasha, zmartwienie Ann... to wszystko dodaje opowiadaniu tego "czegoś". Bardzo podobały mi się fragmenty, gdy Kudłacz grał na gitarze, a Ann obudzona, zaczęła rozmyślać nad swoim życiem, wiele rzeczy sobie uzmysłowiła i pojawiła się w jej słowach nadzieja, że Smash naprawdę jest zdolny do zmiany na lepsze, a wszystko to dla niej i nie byłby w stanie sobie bez niej poradzić. No cóż, oby tak dalej! Naprawdę mi się przyjemnie czytało, aż żałowałam pod koniec, że opowiadanie nie jest dłuższe. Mam nadzieję, że wkrótce doczekam się kolejnej części i równie dobrej, bądź - jeszcze lepszej :)


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9702 | Proza: 2331 | Publicystyka: 723 | Komentarze: 68309 | Użytkownicy: 12452
Online(31): 31 gości i 0 zarejestrowanych: