warto go przeczytać
“How could she look so good (so good)
How could she be so fine
How could she be so cool
How could it be she might be mine”
Prawie nie widziałam przez tę przeklęte cebule. Izzy długo kłócił się ze mną, żeby zatrudnić ekipę cateringową, ale stwierdziłam, że nie powinni szastać pieniędzmi, kiedy wreszcie mają ich trochę więcej niż zwykle.
Mimo, że otworzyłam szeroko oczy na widok honorarium, natychmiast skonfiskowałam je Smash’owi i Izzy’emu. Już widziałam oczyma wyobraźni, jak cała suma odpływa wartkim strumieniem na pokładzie z alkoholem i narkotykami. Tak więc po tygodniu, kiedy w końcu przestali być na mnie źli, poszliśmy na spokojnie do sklepu muzycznego po instrumenty. Trzeba przyznać – tak zatartych gitar jak oni, nie miał chyba nikt w kraju. Wybrali sobie błyszczące nowością odpowiedniki starych – Les Paul’a Gibson’a i Yamahę. Zadowoleni, z gitarami i obładowani wzmacniaczami, wróciliśmy do kanciapy Derek’a.
Muszę uważać na palce, jeśli mi jeszcze miłe. Moja widoczność ukróciła się do 30 centymetrów, a policzki miałam całe mokre. Pociągnęłam nosem.
- Pomóc ci przy krojeniu? – aż otarłam łzy ze zdziwienia. Oto największy leniwiec kulinarny tego globu poświęca mi swoje cenne dłonie do siekania. Nie podobał mi się jednak wynik równania Smash + bardzo ostry nóż + tłum ludzi, którzy mogliby go teoretycznie wkurzyć.
- Mógłbyś pójść do sklepu po sos? Na śmierć zapomniałam, żeby go kupić – zamknęłam ukradkiem nogą szafkę, gdzie stało ich co najmniej pięć.
- Izzy na pewno mi pomoże, prawda? – blondyn już ubierał fartuch. Przez chwilę widziałam światło, które nie zwiastowało nic dobrego, po czym zgasło i ciemnowłosy wysunął się z kuchni. Westchnęłam z ulgą.
- Dbasz o niego – zauważył Izzy ze zdziwieniem, nie patrzył na mnie zajęty papryką. Uśmiechnęłam się lekko, zsuwając cebulę na skwierczącą patelnię.
- A co innego mi zostało, niż trzymanie go z dala od kłopotów – pokiwał ze zrozumieniem głową. Do kuchni wpadł zdenerwowany Razor. Nie spodziewałam się, że przyjdzie wcześniej niż godzinę po rozpoczęciu. Pokręcił się bączkiem po pomieszczeniu, po czym sięgnął do lodówki po piwo. Wyciągnęłam mu je z drżących rąk.
- Była umowa. Przed nic nie pijemy, dopiero na przyjęciu – zmrużył nienawistnie oczy, ale posłusznie usiadł na krześle przy stole. Schowałam jeszcze zimną butelkę do zamrażalki. Takiego zapasu nie powstydziłby się sam Rosjanin – cała lodówka aż się uginała od alkoholu. Wróciłam do swoich garnków, powoli kontrolując stan ich zawartości. Leczo prawie gotowe, sałatki na stołach, przekąski czekają na szafce, a zupa już się gotuje. Idealnie.
- Robaczki, nie chciałbym was poganiać, ale za piętnaście minut się zaczyna – czarnowłosy rozsiadł się wygodniej, szczerząc się w wyjątkowo przebiegłym uśmiechu. Izzy pokazał mu środkowy palec i wrzucił paprykę oraz pomidory do srebrnego półmiska.
- Weź proszę swoje inteligenckie cztery litery i zanieś to do pokoju – wcisnęłam mu wazę z potrawą, zanim na dobre zaczął protestować. Prychnął złowieszczo i wyszedł dumnie.
- Nie lubisz jak się ktoś kręci po kuchni, prawda? – jak on mnie dobrze znał. Czasem bałam się, że każdego umie przejrzeć na wylot. Jednak lubiłam go. Poklepałam go z wdzięcznością po ramieniu i przysiadłam na moment. Od rana byłam na nogach. Izzy dziwnie wyglądał w swoim rock’n’rollowym ubraniu i różowym fartuszku. Zaśmiałam się głośno – mogłam w końcu odreagować całe to zamieszanie. Do domu schodzili się już ich przyjaciele, by pogratulować podpisania kontraktu. Naprawdę był to tylko pretekst, żeby porządnie się nawalić. Spojrzał na mnie zaniepokojony, ale zaraz potem uśmiechnął się półgębkiem, chyba rozwiązując zagadkę, co wywołało u mnie ten wybuch.
- Idź się przebrać, mała. Przypilnuję interesu – mrugnął do mnie porozumiewawczo, co oznaczało, że będzie odganiać wygłodniałych kolegów z zespołu przed zbezczeszczeniem całodziennej harówki.
Uśmiechnęłam się wdzięczna za chwilę dla siebie. Zmęczona poczłapałam do swojego kąta w pokoju Derek’a. Weszłam pod prysznic, gdzie w końcu mogłam się odprężyć. Oparłam się o kabinę, zamykając oczy i z rozkoszą chłonąc dotyk pojedynczych kropli. Nigdy nie lubiłam znajdować się w centrum uwagi tak dużej ilości ludzi. Teraz Derek zapewnił mnie, że będę na każdym koncercie. Wytarłam się szybko, wciągając na siebie najlepszą sukienkę z czarnego jedwabiu. Miałam wątpliwości, co do jej długości - sięgała ledwie za pupę. Wygrzebałam z szafy szpilki, które wydawały mi się najbardziej odpowiednie. Upięłam włosy w kok, by kilka pasem opadało na twarz. Założyłam standardowy zestaw biżuterii i nieco mocniejszy makijaż. Przejrzałam się w lustrze – gdyby Lukas mnie widział, wydziedziczyłby mnie. Jedyne z czego byłam zadowolona, to z wyglądu nóg, wydawały się sięgać do nieba. Ann dasz radę. Zamknęłam oczy i kilka razy głęboko odetchnęłam. Zeszłam na dół, zbiegając po schodach. Moja zupa! Przyciągnęłam spojrzenia kilku chłopaków, którzy gawędzili przy drzwiach, ale wpadłam jak przeciąg do kuchni, nie zwracając na nich uwagi. Izzy stał leniwie oparty o kuchenkę i śmiał się z czegoś, co powiedział mu Smash. Rozgarnęłam ich szybkim ruchem, wylewając makaron na cedzak. Odetchnęłam z ulgą – nie przypaliło się. Spojrzeli na mnie, jakby mnie pierwszy raz widzieli na oczy.
- Wyglądasz … nieźle – zaśmiał się zdziwiony Izzy. Odgarnęłam niecierpliwie kosmyk, wpadający mi do oczu.
- Dzięki – chciałam wyciągnąć makaron na talerz, ale przeszkodził mi blondyn.
- My to zrobimy, zniszczysz sobie sukienkę – popatrzyłam na nich, nie wiedząc, kogo mam przed sobą, ale przytaknęłam i obserwowałam, jak sobie radzą. Szło im całkiem sprawnie. Smash szepnął coś do chłopaka i przysunął się do mnie. Wyglądał zabójczo – czarne kowbojki wsunięte do skórzanych spodni, na które opadała biała koszulka z podwiniętymi rękawami. Cylinder kołysał się jak zwykle na poskręcanych włosach. Przystanął bardzo blisko mnie, niemal stykaliśmy się nosami. Uśmiechnął się najpiękniejszym ze swoich uśmiechów, moje serce wykonało nieplanowany przewrót. Szurnął nosem po mojej linii szczęki, głęboko zaciągnęłam się jego zapachem – pachniał niezwykle zmysłowymi perfumami. Chociaż i tak wolałam jego codzienny aromat.
- Wyglądasz prześlicznie – od serca promieniowało mi ciepło, które niemal paliło mi wnętrzności. Pocałował mnie w czoło - zamknęłam oczy w pełni się tym rozkoszując. Jeśli mogłabym zamknąć tę chwilę w butelce, byłaby to najcenniejsza rzecz, jaką posiadam. Nie spodziewałam się, że to zajdzie dalej. Smash nigdy nie wydawał się kimś specjalnie uczuciowym i romantycznym. Zaskoczył mnie już nieraz gwałtownymi przypływami czułości. Musnął moje usta i świat się roztopił. Przyciągnęłam go bliżej i poczułam jego ciepło. Słodki Jezu, jak on potrafił całować. Gdziekolwiek się tego uczył, chętnie bym się tam zapisała. Jego włosy załaskotały mnie w nos i zachichotałam przy jego ustach. Spojrzałam mu w oczy – płonął w nich ogień, całkiem inny od tego, który zawsze tam był. Nie ma śladu wściekłości, tylko pożądanie. Nie chcąc kusić losu, odsunęłam się nieco – to nie jest doby moment na długie momenty sam na sam. Mruknął niezadowolony, ale przytuliłam go do siebie szybko i wróciłam do misek i talerzy, nie pozwalając mu złapać mnie po raz kolejny.
- Chodźmy, bo zaczną zjadać ściany i sprzęty – uśmiechnął się, biorąc ode mnie wazę z zupą. Wyszedł swoim nieco chwiejnym krokiem do sali. W wąskim przejściu zobaczyłam cały pokój ludzi. Szykuje się długi wieczór – obciągnęłam sukienkę i poprawiłam włosy. Z przyklejonym uśmiechem, z talerzem w rękach, wyszłam gotowa na wszystko…
Ocena: 5
Liczba komentarzy: 5
Data dodania: 24.07.2010r.
Statystyki: Wiersze: 7847 | Artykuły: 264 | Recenzje: 234 | Proza: 1645 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46544 | Użytkownicy: 3566
Online(30): 28 gości i 2 zarejestrowanych:
exother, Mii