warto go przeczytać
Leżała nakryta kołdrą, jak mumia. W zaciemnionym pokoju, przetykanym tylko drobnymi promieniami słońca, które bezlitośnie wdzierały się momentami do środka. W każdym razie, mocny, bawełniany materiał barwy zielonej w fioletowe odciski psich łap, tworzył spore wybrzuszenie na łóżku stojącym przy ścianie. Owym strapionym wybrzuszeniem była, no, nie kto inny, tylko Magda. Z każdą minutą snu-nie-snu, ogarniała ją coraz większa niemoc. Umierała.
***
Tymczasem Marlena także nie spała. Miała wrażenie, że funkcjonuje na jakiejś dziwnej zasadzie. Niby sen, niby półprzymknięte powieki, a raz otwarte oczęta. Powoli popijała sok wiśniowy i próbowała wszystko poukładać sobie w głowie. Wreszcie opuściła kuchnię i udała się po laptopa. Przeniosła go szybko do kuchni, tam, gdzie mogła mieć samotność, a jednocześnie nikogo nie zbudzić. Uruchomiła system, podłączyła słuchawki i puściła sobie najnowszą piosenkę Perfectu, po czym włączyła Worda.
Zrozumiała, że swoje myśli musi poukładać. Tym razem nie będzie przestrzegać, napominać i snuć opowiastki z życia. Teraz nie będzie pomagać milionom czytelników, tylko młodemu stworzeniu, które jest bardzo zagubione. Uściślając, czternastoletniej córce, która właśnie przestała być dziewicą… To był zbyt brutalny temat, aby o tym rozmawiać.
***
Wyjąwszy głowę z odmętów kołdry, ujrzała jakiś cień, który chwilę kręcił się pod drzwiami. Poznała, że to mama. Taka mała, a wielka… Wielka przez sposób bycia.
Kiedy odeszła, uchyliła cicho drzwi. Na progu białych drzwi z dykty leżała kartka.
Wzięła ją drżącymi palcami, odsłoniła żaluzje i zaczęła czytać.
Nie wiem, co mogłabym ci powiedzieć. Wciąż mnie to męczy. Męczy mnie to, że nie umiem pomóc własnej córce, a innym mogę – dzięki literaturze. Przynajmniej tak wynika z maili, które dostaję. Ale teraz nie o tym mowa, tylko o Tobie, bo ty jesteś tu najważniejsza. Najważniejsza dla mnie i dla taty, musisz o tym wiedzieć. Podświadomie o tym wiesz, ale na co dzień się buntujesz… Wszyscy tak mają, bo rzeczywistość uwielbia nam dokuczać, przerastać nas.
Nie muszę ci mówić, że popełniłaś błąd, bo ty to wiesz. Oczekiwałaś cudów… Ba, każda zakochana kobieta ich oczekuje! Każda wierzy, że przy ukochanym mężczyźnie wszystko jest możliwe… Za młodu wierzyłam, potem straciłam tą wiarę i na nowo odzyskałam. Odzyskałam, ale już nie straciłam. Nie mam nawet najmniejszego zamiaru.
Czas leczy rany. To taki już schemat, wszyscy to powtarzają. Zrobił się z tego frazes, taki poćwiartowany. A jednak te słowa, w jakimś stopniu, pomagają. Jednakże, wiem to z doświadczenia, wyleczysz się szybciej, jeśli teraz zrobisz sobie rachunek sumienia, brutalnie przedstawisz przed samą sobą swoje błędy i wady, a potem zaczniesz je wykorzeniać, lecz nie zapominać. Zapominając mogłoby się zdarzyć, pożałowałabyś tego. To się zdarza…
Mogę ci tylko powiedzieć tyle… Wielu z nas nie wierzy. Boi się wierzyć, nie chce, nie umie. A jednak przychodzą takie chwile, kiedy Bóg nam pomaga, daje nową wiarę w życie. Albo nagradza nowym życiem. I wiesz… Nas już nagrodził.
Kocham cię!
Zerwała się z łóżka i jak wicher wpadła do kuchni. Zastała tam bladą Marlenę, sączącą sok i przeglądającą jakieś portale. Matka była w transie, nie zauważyła jej. Dopiero, kiedy córka stanęła za nią, tak jakoś podobna do niej i mało-wielka jednocześnie, poczuła jej obecność. I odwróciła się z uśmiechem.
- Mamo! To wspaniale!
- Co jest takie wspaniałe? – zaśmiała się niepewnie mama, przecierając zaspane oczy.
- Nie znasz jeszcze płci, prawda?
- Nie… - mruknęła mama, nieco zamyślona, a jednocześnie skupiona na córce. – Kochanie, to, co tam pisałam…
- Zrobiłam rachunek sumienia już wcześniej. I wiem, że to była głupota. A jednak… to było nieuknione…
- No, tak… I tak byś zrobiła, co byś chciała, prawda?
- Tak – przyznało otwarcie dziecko.
- Ale mogłam cię pilnować. Postarać się bardziej…
- Obie jesteśmy uparte. I trzymajmy się tego.
- Niech będzie. No, to szukamy imion?
- Damskich, koniecznie damskich! Nazwijmy ją Waleria…
Marlena rozpromieniła się. Kropla poezji i finezji przemknęła jednak także do córki…
Pytanie tylko, jaki będzie kolejny potomek lub potomkini?
***
- A teraz można zadać pani Miranowskiej parę pytań – mężczyzna na scenie, odziany w nieskazitelny garnitur, tytułował ją nazwiskiem widniejącym na książkach.
Natychmiast do sali wtłoczyło się więcej ludzi. Utworzyli długą, ruchliwą falę.
Uśmiechnięta od ucha do ucha Marlena weszła powoli na scenę i przejęła mikrofon. No cóż, miło było zobaczyć tylu ludzi, którzy czekali na spotkanie z nią. Nie mogła ich zawieść, podobnie jak rodzinę. Ale przecież mąż i córka, wszyscy troje, a właściwie już czworo, doskonale się rozumieli. I nic nie mogło się zmienić.
***
Niedbałym ruchem wyrzucił papierosa wprost na dziurawy chodnik. Okazało się, że zagasł ostatecznie w brudnej, śmierdzącej kałuży. Niecierpliwie przejechał ręką po włosach i ruszył w stronę okazałego budynku.
Jednak zanim wszedł, w oczy rzucił mu się Patryk Konieczny. Zgarbiony, niemłody już mężczyzna, starszy od niego tylko o rok, opierał się o barierkę. Gracjan poszedł za jego przykładem, tyle, że on wyglądał jak podstarzały, wciąż potrafiący uwodzić bóg, a Patryk jak zwyczajny profesorek.
Tyle, że ta różnica nic nie robiła Marlenie. Myśląc o niej, Gracjan wzdychał. Przez ostatnie parę dni wydzwaniał do niej jak szalony i błagał o spotkanie. Nie zgodziła się, tylko nakazała dać jej spokój. Nie zamierzał.
Na jego widok Patryk machinalnie napiął mięśnie. Frustracja tylko się powiększyła.
- Czego tu chcesz? – warknął.
- To, o ile się orientuję, teren otwarty. Każdy może tu przyjść. Więc przyszedłem.
- Dlaczego chcesz zrujnować jej wielki dzień?
- Kto powiedział, że go zrujnuję? – to był stary, popisowy numer Gracjana. Odpowiadać arogancko pytaniem na pytania.
- Ja powiedziałem. Lepiej wracaj do Warszawy.
- Nie martw się, to, że wystawa się już kończy, to nie znaczy, że wyjadę. Ale dzięki za troskę.
- Gnojku! – wybuchnął nagle Patryk, postanawiając już nigdy nie dać się dobremu wychowaniu. Powinien już dawno zniszczyć Gracjanowi tą śliczną gębę lowelasa. – Zniszczyłeś Marlenie życie, a potem pozwoliłeś, żeby Magda szybciej…
- No co? Owszem, szybciej ją ktoś przeleciał… I co w związku z tym?
Kiedy Gracjan patrzył na tego podstarzałego profesorka, ogarniała go chęć wyrzucenia z siebie całej arogancji. Chciał go porządnie zranić, zniszczyć, sprawić, aby dał Marlenie święty spokój. Nieporadnie chwytał się idiotycznych sposobów.
- Kurwa jebana mać! Ty zakuty, bezduszny debilu! A więc odliczasz sobie cholerne numerki? Marlena też była numerkiem?
- Ona nigdy nim nie była! A twoja córka to zwykła kurwa. Zapewne po tobie, masz taki charakter… - zaśmiał mu się w twarz i natychmiast, dosłownie dwie, trzy sekundy potem, poczuł zimny i ciężki dotyk żelaza, po czym zobaczył ciemność.
Obaj mężczyźni pochłonięci walką o swoje wymysły i ideały, nie zauważyli pewnej czternastolatki, która cicho pomknęła ulicą, prosto przed siebie. Oto parę zdań wymienionych w wściekłości zniszczyło jej nowo odbudowany spokój.
***
- Na Boga, co się stało? Co wyście sobie powiedzieli?! – Marlena próbowała dowiedzieć się coś od mocno pobitego męża.
- Nic – mruknął ten, czując coraz mocniejsze pulsowanie wargi.
- Do cholery, nic?! On tam teraz leży na ostrym dyżurze!
- Jestem tego świadom – stwierdził chłodno Patryk.
- Hm… I nie masz nic więcej do powiedzenia?
Patryk rzucił na nią szybkie spojrzenie. Z dwoma śliwami wyglądał jak jakiś gangster. Zupełnie nie, jak jej mąż.
- Nazwał naszą córkę kurwą. Teraz rozumiesz?
- Że co? – Marlena znowu poczuła zawroty głowy.
- A, tak.
Umilkła na chwilę. Zostawiła go i wyszła na chwilę na boczny korytarzyk. Panowała cisza nocy, szurgot dalekich rozmów niósł się powoli po szpitalu. Przez niedomyte okna przebijał się księżyc wtulony w granatową pierzynę.
Pomyliła się. Tyle to już razy. Więc życie znowu płatało jej figle… Teraz musiała zdecydować ostatecznie, ponieważ bitwa wciąż trwała. Czas naglił, należało opowiedzieć się po jednej ze złowrogich stron. A gdyby tak wybrać córkę?
Przeraziła się. Dopiero teraz sobie o niej przypomniała.
Wyjęła telefon i niecierpliwymi, drżącymi palcami wyszukała numer córki. Przez chwilę, dłuższą chwilę, nikt nie odbierał. Aż wreszcie, cicha, zapłakana sekretarka.
- Nowe nagranie? – zdziwiła się na głos Marlena i zaczęła słuchać szlochu, który nagle się urwał i przemówił zachrypnięty, mocny głos.
- Kimkolwiek jesteś i po, co dzwonisz, to już mnie nie obchodzi! – rozkazujący i ostatencyjny ton Magdy. Marlena szybko rozpoznała w nim nutę przerażenia. – Nie dzwoń więcej, bo chociaż ten numer wciąż istnieje, to nie niedługo zaniknie też jej właścicielka. Może pochłonie ją mgła, a może świat… Więc po cholerę tu dzwonisz?!
Zniknęła mgła. Rzuciła się do drzwi co tchu.
***
- Może to tylko taka prowokacja? Skąd nagle takie załamanie? Przez czuła się lepiej… – zdziwił się Patryk.
- Ty musisz tu zostać! Masz złamane żebro…
- A ty nosisz moje dziecko!
- Ale mam więcej siły na to wszystko…
- Tak uważasz?
- Tak.
- Więc jedź. Ale błagam cię... tylko wróć.
Skinęła głową, wytwarzając lekki wiatr wokół nich. Nie chciała mu uświadamiać, że Magda ma więcej z niej niż przypuszczali. Skłonność do umierania z poważnych powodów. Tym razem sytuacja była o wiele gorsza…
***
- To tylko rzeka. Przecież i tak nie umiesz pływać. Ale jesteś waleczna, prawda? Zawsze byłaś. Od siedmiu lat zakuwasz jak szalona, aby stać się żałosną kopią ojca. Nigdy się nie zrealizujesz tak jak matka. No, to do dzieła. Przecież jesteś tylko kurwą, nikim więcej… Dałaś się zrobić kolejnym numerkiem, które zmywa się, co roku…
Powoli przejechała kolorowym, ostrym szkiełkiem po lewym nadgarstku. W ciemności zamigotała tylko krew, nagle jakby bursztynowa. A może szkarłatna…
Zanurzyła się po kostki w chłodnej toni. Rzeka była już stara i brudna, a jednak wciąż magiczna. Poczciwa, poczciwa Wisła…
- Szkarłacie niemocy, zabij mnie ostatecznie…
***
- Chyba wolałabym, żeby zabiła się wrzecionem… Oj, ciociu, wrzeciono byłoby lepsze! – wrzasnęła nagle Marlena, wyrwana z otumanienia leków uspokajających.
- Panie doktorze, to chyba za mała dawka, prawda? – ciotka Gabriela zwróciła się wezwanego przez siebie lekarza.
- Będąc w ciąży nie można przyjmować tak dużych dawek leków… Nie możemy ryzykować.
- Ale ona cierpi…
- Powinna myśleć jeszcze o drugim dziecku, skoro jedno już…
Jednak kiedy oboje, bardzo zalęknieni, spojrzeli na niemłodą, czterdziestoletnią kobietę w początkującej ciąży, zrozumieli, że już się uspokoiła. Spojrzała im w oczy, przybrała na twarz coś na kształt grymasu i ruszyła do pokoju.
- Czy ona wpadnie w depresję? – spytała ciotka Gabriela. – Czy to możliwe, że będzie tak cierpieć długimi latami?
- Tak, to możliwe. Nawet do końca życia…
- Boże… Za co ją to wszystko spotkało? – westchnęła ciotka Gabriela i obciągnęła lekko gustowny sweterek.
***
W pamiętniku pisałaś coś o szkarłacie niemocy. A więc będziemy w nim obie. Brzmi to trochę, jak trójkąt bermudzki, ale obojętne mi to. To twój własny świat…
Oni wszyscy myślą, że już jestem spokojna, że już wszystko dobrze, że ten świat nadal istnieje, że się nie przepołowił. To nieprawda. Powtarzam się, niszczę wszystko, chcę teraz zapomnieć o gramatyce, o zasadach pisowni, o ortografii.
Nie napiszę już ani jednego słowa poza tym listem do ciebie. Wiem, że go widzisz. Jednak ja nie widzę ciebie i ta świadomość, przybyła tak nagle – poraża. Nie potrafię już… Nie potrafię nic zrobić. Każda minuta paraliżuje mi ręce. Mogę tylko usiąść i w tej toni szarości myśleć. A i to nie wychodzi najlepiej. Do zobaczenia, córeczko…
***
- To niemożliwe! Ona nigdy… nigdy…dlaczego akurat okno? - płakała ciotka Gabriela. – Była taka dojrzała, taka rozważna… Ratowaliśmy ją na śmierć? – pytała wciąż starsza kobieta.
Nikt nie chciał jej odpowiedzieć. Stali w milczeniu nad dwoma grobami, złączonymi na wieki. A w grobach życia wieczne – niezniszczalne. Zbyt szkarłatne niezmywalną mazią.
Cicha, zapuszczona wieś. Cmentarzyk zdawał się rozpadać w rozrywanych sercach. Szczeliny powiększały się z każdym drgnieniem ziemi. Oto otchłanie piekielne przyjmowały na wieki dwie samobójczynie – z konieczności.
Patryk, teraz już wdowiec, zastanawiał się, dlaczego los tak z niego zadrwił. Przed laty nakazał mu cierpieć z powodu uzależnienia Marleny, jej lęków, złości, przekleństw duszy. Po latach wszystko wracało i kumulowało się w jego sercu, teraz przepalonym i pachnącym siarką.
Umierali wszyscy razem, stojąc, jak gdyby nigdy nic.
Jedynie Gracjan się uśmiechał. Bo wciąż widział dwie piękne kobiety. Wciąż go nawiedzały. Ale kiedy próbował robić im zdjęcia, znikały, jakby we mgle. Wychodziły tylko zdjęcia przedstawiające tło. Jak gdyby Marlena i Magda kpiły sobie z niego.
Patrzył na las, falujący swobodnie nad cmentarzem i uśmiechał się coraz szerzej. Dwa ułudne cienie, ale tak podobne do Marleny i Magdy, zmierzały ku niemu i syczały.
- Zabiłeś mnie... Byłam za młoda... - Magda była wściekła.
- Zniszczyłeś moje dziecko. To tak, jakbyś je zamordował - Marlena była spokojna, tak dziwnie spokojna.
Przymknął oczy, ale cienie nie zniknęły. Odbijały się w jego ciemnościach i szmaragdach przemieszanych z krwią.
Nie chciał się modlić, nic złego nie zrobił.
Nigdy już nie odczuł wielkiego brzemienia, jakie na nim spoczywało. Rok później zamknięto go w Zakładzie Psychiatrycznym, gdzie pozostał już do śmierci, wciąż widując dwa cienie i czasem małą mgiełkę przedstawioną jako nienarodzone dziecko Marleny. Wciąż go gnębili, ale on tylko się uśmiechał. Już nic nie rozumiał... Długoletnie cierpienie wreszcie zabiło go za życia.
Ocena: 6
Liczba komentarzy: 2
Data dodania: 21.01.2011r.
Statystyki: Wiersze: 7847 | Artykuły: 264 | Recenzje: 234 | Proza: 1645 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46544 | Użytkownicy: 3566
Online(32): 28 gości i 4 zarejestrowanych:
exother, dezerter89, Zygmunt Krasiak, Mii