Szepty z wiecznością cz.I

Nie zastanawiałeś się kiedyś, dlaczego spadają gwiazdy? Czemu noc jest taka czarna i tylko maluśkie lampioniki rozświetlają ją nadając głębszej tajemniczości? Nigdy nie przeszło Tobie przez myśl, jak bardzo można kogoś kochać, ile człowiek jest w stanie poświęcić poszukiwanej całe życie połówce? Odpowiedzi nie są proste, do dystansu wobec życia, do rozwiązywania jego uwikłanych zagadek trzeba dorosnąć. Czasami tak siedząc w pustym pokoju z widokiem na staw warto się w niego zanurzyć, utopić swoją mentalność, żeby ujrzeć jakimi ludźmi jesteśmy, a jakimi być każdy z nas powinien. Kiedy zobaczyła jego odwrócone źrenice, jego sine ręce w smugach krwi, nie była chętna do refleksji. Stała w mroku, pochłonięta przez gęstą mgłę wysysającą z niej ostatnie soki nadziei. Ręce drżały z zimna, twarz mokra, przymarzająca zaczęła domagać się ciepła, sygnalizując każdy dotkliwy ból pękającymi naczynkami. Skórę miała lodowatą, ale nie to było dramatem tej całej inscenizacji, lecz widok umierającego na asfalcie chłopaka, z wyciągniętymi rękoma w stronę nieba, leżącego wśród setek tysięcy kawałków i odprysków blachy samochodowej, rozlanego paliwa żarzącego się w blasku ulicznych latarni. Nikt nie był w stanie jemu pomóc, nikt nie wyciągnął do niego ręki, świat zasnął, znieczulił się, obumarł razem z myślami stojącej nad urwiskiem dziewczyny. Britta miała w oczach coś niepokojącego. Z rysów młodej twarzyczki wynikał niepokój, przerażenie zmierzające w stronę wyrzutów sumienia. W swojej głowie zapisywała ostatnie zdania życiowego testamentu. Serce biło jej tak mocno, że obrysowało swoje kontury na szczupłej, bladej klatce piersiowej. Jeden Bóg wie, co przeżywała ta dziewczyna. Wiedziała, przecież - trzeba zadzwonić po pogotowie, przecież my niczego nie byliśmy winni, całkowicie trzeźwi i czujni. Więc dlaczego teraz, w dzień, w którym po długiej nieobecności pojawił się w jej życiu. Ani telefon komórkowy, ani jej analityczne myślenie nie było w tej chwili pomocne. Spanikowana zaczęła uciekać, tłuc się od drzewa do drzewa w gęstwinie zamkniętego na cierpienie lasu. Potykając się o korzeń starego dębu upadła tracąc przytomność. Purpurowe liście gwałtownie zaczęły opadać, jak leśny płacz, z żalu za młodością, w obliczu nadchodzącej śmierci. - Proszę otworzyć oczy, panienko, proszę na mnie spojrzeć. Widzi pani to światło? Źrenice reagują, przewieźcie ją na inny oddział. Szpital w Palmon pachniał świeżością. Nowe linoleum na podłogach, wygładzone śnieżnobiałe ściany, obrysowane przez środek purpurowym pasem tapety, kasetonowe sufity, mocno żarzące się lampy z energooszczędnymi żarówkami. Klinika miała zaledwie pięć lat. Mieściła w sobie osiemdziesiąt dziewięć sali, cztery ogromne oddziały, sześć dyżurek oraz małe izdebki z telefonami, telewizorem czy salą do zabaw dla matek i dzieci. Na końcu podziemnego korytarza, przy sali operacyjnej mieściła się mała kaplica, w której witrażowe okna nadawały boskiego wymiaru. Tam przesiadywały schorowane pacjentki z różańczykami w rękach, kłaniające się ku szklanemu posągowi Jezusa Chrystusa. W szpitalu nie było nic nadzwyczajnego. Raz dziennie przybywał pastor, pulmonolodzy, kardiolodzy, z wizytami przychodzili wszyscy lekarze mieszczących się w szpitalu oddziałów. Nie brakowało także chirurgów, ginekologów czy plastyków, którzy odgrywali wielką rolę. Gmach budynku był wielofunkcyjny. Na trzecim piętrze oraz poddaszu mieściły się pokoje pielęgniarek, lekarzy a nawet sprzątaczek i księży. Pracujący tam ludzie czuli ogromne powołanie, każdą swoją chwilę poświęcali chorowitym pacjentom. Nawet po dokonaniu wypisów, rok czy dwa lata później, odwiedzali swoich podopiecznych. Prawdę powiedziawszy byli jak wielka rodzina. Wielu zawodowych lekarzy rezygnowało z życia prywatnego na rzecz solidnej i skrupulatnej pracy z pacjentami. Szpital oferował najlepsze warunki sanitarne. Był on niewątpliwie najwyżej w rankingu pobliskich szpitali w Palmon. Brittę przewieziono na oddział intensywnej terapii. Była pod obserwacją najlepszych ordynatorów. Przeszła szczegółowe badania. Czekano jedynie na reakcję uśpionego ciała. Dziewczyna była blada, usta popękane i sine nie traciły intensywności koloru. Malowała się na nich groza i zarazem dziewczęca wrażliwość. Poprzegryzane wargi sygnalizowały strach, silny stres, przez co bodźce nerwowe pobudzały organizm do działania. We włosach miała kawałki mchu i kory, które błyszczały zatopione w prostych, bursztynowych kosmykach. Britta była szczupłą szatynką, średniego wzrostu z małą owalną twarzyczką. Miała 18 lat, co można było wywnioskować ze znalezionego dokumentu tożsamości. Byłą też jedynaczką, ponieważ jej matka po porodzie chorowała na raka jajników, uniemożliwiającego jej zajście w kolejną w ciążę. Rodzice bardzo kochali swoją jedyną córkę, chociaż wychowywali ją w chłodnych relacjach, aby pociecha szybko usamodzielniła się i wyrosła na dojrzałą i pewną siebie kobietę. Niejeden obserwator mógłby popadać w domysły, jakie życie było dla niej pisane. Ciało przestało reagować, jakby śmierć spisywała wewnętrzny kontrakt z duszą. Aparatura uspokoiła się, boskość opuszczała salę z każdą sekundą. Pozostało czekanie i puste echo odbijające się od powiek, dłoni, paznokci i serca.



        Dedykacja: Powieść, której kolejne części niebawem powstaną, dedykuję chłopakowi, dzięki któremu mój pesymizm zmniejszył się do minimum. Dziękuję, chociaż słowa są proste, odczytuj je w sposób, jaki nakazuje serce.

Płeć: kobieta
Ocena: 4.667
Liczba komentarzy: 5    
Data dodania: 30.05.2013r.

1     

RattyAdalan Użytkownik wpmt 31 05 2013 (01:34:45)

Pamietaj, że liczebniki piszemy słownie ;)

Fizyk Użytkownik 31 05 2013 (01:25:33)

Użytkownik ocenił pracę na 5

Dla mnie jesteś mistrzynią stylu. Wiele wyciągasz ze swoich doświadczeń z poezją. Budujesz niezwykle barwne opisy, używasz kwiecistego języka, cudownie działasz na wyobraźnię. Jeżeli fabuła będzie rozwijała się w intrygujący sposób to mamy kandydata na szóstkową powieść.

Wprowadziłaś w tekście bardzo ciekawy element śpiączki bohaterki. Przyznam, że sam planowałem coś podobnego w swoich pracach. Mamy do czynienia zdecydowanie z powieścią o dużym potencjale.

Ponadto dodam, że nie zgadzam się z częścią językowych uwag koleżanki z redakcji. Po przeczytaniu czuję, że mam ochotę na więcej, więc swój obowiązek spełniłaś droga autorko.

Dawied Użytkownik wpmt 30 05 2013 (20:30:36)

Użytkownik ocenił pracę na 4

Ładne opisy, ale sama opowieść troszkę chaotyczna. W ostatnim fragmencie dobrze to widać, gdy najpierw narrator podaje wiek, mówiąc że poznano go z jej dowodu, a za chwile przedstawia historię jej matki - trzeba konsekwentnie albo zrezygnować z pewnych faktów, na rzecz domysłów bądź tropów (tak jak ma to miejsce z dowodem) albo konsekwentnie niech narrator będzie wszystko wiedzący. Póki co ładne i byłoby interesujące gdyby nie ten chaos. Może kolejna część bardziej mnie porwie. Pozdrawiam

Terila Redaktor 30 05 2013 (17:26:33)

Użytkownik ocenił pracę na 5

Witaj :)
Zanim zabrałam się do sprawdzenia Twojej pracy, poszukałam trochę informacji o noweli. Dowiedziałam się, że jest to forma literacka skąpa w charakterystykę bohaterów. U Ciebie jest troszkę inaczej, ale mnie to nie przeszkadza.
Podoba mi się w jaki sposób prowadzisz czytelnika po treści. Pierwszy akapit - jeżeli chodzi o wartość merytoryczną - jest bardzo banalny, ale dzięki temu zdarzenie, które następuje później ma silniejszy wydźwięk.
Przedstawienie wypadku w akapicie drugim, to prawdziwa pożywka dla wyobraźni czytelnika - "sine ręce w smugach krwi, ręce drżały z zimna, dotkliwy ból pękającymi naczynkami"

Zauważyłam, że opis szpitala zawiera w sobie wiele rzeczy oczywistych. Ma się wrażenie, że niepotrzebnych, mających na celu tylko przedłużenie tekstu. ( Chociażby wymiana specjalistów znajdujących się w budynku :D )

W szpitalu nie było nic nadzwyczajnego.
- a powinno? :D

Aparatura uspokoiła się, boskość opuszczała salę z każdą sekundą.
- Tutaj zastanawiałam się nad znaczeniem słowa "boskość". Rozumiem, że chodzi o duszę? To jej nadajesz tę cechę, prawda?

każdą swoją chwilę poświęcali chorowitym pacjentom.
- z reguły pacjent to osoba chora. :D

tłuc się od drzewa do drzewa
- przepraszam, ale mimowolnie wyobraziłam się, jak ta dziewczyna faktycznie zalicza twarde spotkanie z każdym napotkanym drzewem w lesie. :D Takie sceny ogląda się tylko w filmach z Jimmem Carreyem. :D

Dziewczyna była blada, usta popękane i sine nie traciły intensywności koloru. Malowała się na nich groza
- Wybacz, ale tutaj również chciało mi się śmiać. Jak to? Na ustach może malować się groza? Niby, jak to miałoby wyglądać? Jakiś grymas? Przecież bohaterka jest nieprzytomna. Na szczęście, wybroniłaś/łeś się kolejnym zdaniem. :D

Strona techniczna.
Liczby w prozie piszemy słownie. ;)
Zauważyłam, że nie stawiasz przecinków w zdaniach, w których Twój bohater zrobił coś, robiąc coś. Te dwa czasowniki rozdziela się przecinkiem. ;)

przecież my niczego nie byliśmy winni
- te zdanie dziwnie brzmi. Wydaje mi się, że lepiej będzie, usuwając z niego "my". Mogę się mylić. Jeżeli ktoś zna się na tym lepiej, niech śmiało mnie poprawia.

kłaniające się ku szklanemu posągowi
- tutaj bez "ku". Można się "skłaniać ku czemuś", albo "kłaniać czemuś".

Ode mnie to by było na tyle. Mimo błędów, podobało mi się, coś urzekło mnie w tym tekście, i ciekawa jestem rozwinięcia akcji.
Pozdrawiam.

Delien Użytkownik wpmt 30 05 2013 (18:25:29)
Zmienione na powieść.


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9700 | Proza: 2330 | Publicystyka: 721 | Komentarze: 68312 | Użytkownicy: 12451
Online(21): 21 gości i 0 zarejestrowanych: