warto go przeczytać
Drogę do jaskini wskazali nam straż, która cały czas stała przy bramie i grała w kości. Żaden z pilnujących miasta nie chciał nas wspomóc mieczem ani przewodnictwem.
Przecież musieli stróżować, a ten obowiązek pełnili z takim oddaniem, że nie chcieli rozstawać się ze swoją pracą na długo. No ba! Jakże by inaczej!
Jeśli nie straż, to szczury jak najchętniej potowarzyszyły nam... przez część podróży. Tak mniej więcej do tawerny, która stała przy zarośniętym gościńcu. Ale dosłownie - stała. Niegdyś. Nad zgliszczami wciąż unosił się dym, czuć było zapach płonącego drwa... i siarki. Jednak dwie rzeczy zaciekawiły mnie najbardziej. Oczywiście nie mówię tu o zapierającym dech w piersiach krajobrazie - zielone wzgórza falowały dookoła, niewielkie laski brzozowe wyrastały gdzieniegdzie jak grzyby, a słońce było jedyną skazą na błękitnym niebie. Daleko słychać było szum fal uderzających o klify. Skrzeczały mewy...
Mianowicie - dookoła pobliskiego kamienia były porozrzucane kawałki szkła. Wsród odbrysków wyróżniłem, o ironio, ucho od kufla. Dèjà vù! Co więcej, przed ruiną leżał... szczur. Tylko że ten tutaj był starszy od poprzedniego - miał jakieś sześćdziesiąt lat. Ale na swojej łysinie, niestety, nie miał piany piwnej. Twarz również miał bądź co bądź normalną, a nie czerwoną od piwa. I kolejna powtórka mojego życia. Młoda ladacznica, jedna z nielicznych ludzi, którzy wciąż za nami szli, podbiegła do ciała, chwilę przy niej pogmerała, przetrząsnęła kieszenie... I jakież paskudztwo! Wsadziła mu dłoń do ust! I wyjęła stamtąd srebrnika! No tak - mężczyzna nie był pijakiem, ale złodziejem. Właśnie wychodził ze swoją zdobyczą z karczmy, gdy nagle... Tak jakby zginął. Przez smoka, oczywiście. W tym momencie opuścił nas pozostały tłum, tłumacząc się zawałem pracy. Zupełnie jak straż. Ta młoda... kobieta, która właśnie zyskała srebrnika, jednoznacznie otarła się o nogę Patricka. Ten chciał ją prawdopodobnie chwycić za rękę, lecz nie zdążył, gdyż dziewczyna uciekła z pozostałym tłumem. Animusz moich wiernych towarzyszy broni zmalał, został zredukowany, zniknął zupełnie. Biedny Rig rozglądał się dookoła i z przerażeniem chował głowę miedzy nogi, gdy tylko cień jakiegoś ptaka padł na niego. To całe zdenerwowanie tych idiotów zaczęło udzielać się mnie. Tylko ten półelf, zakichany odmieniec, zachowywał ciszę i stoicki spokój. Elfi spokój. W końcu pojawiło się między nami rozstaje - droga, która prowadziła dalej, prosto, przez dolinę, i ta, która pięła się w górę, na szczyt jakiegoś wzgórza. Powypalane drzewa znaczyły całą górską ścieżkę.
- No, chłopcy! - zakrzyknąłem, uśmiechając się złośliwie - oto nasza droga po skarb!
Żaden z tych tępaków nic nie odpowiedział. Wiedziałem, że każdy chce uciec, ale nikt jako pierwszy, by nie być nazwany tchórzem. Paradoks bohaterów, heh!
I się zaczęło. Szliśmy dobre kilka godzin, nim dotarliśmy do miejsca, w którym trawa nie rosła wcale, a i o drzewo, nawet takie spopielone, było trudno. Skały były okopcone, chociaż popiół wyglądał dziwnie, wszędzie walały się mniejsze kamyczki, które podczas bitwy często są sprawcami największych ran. Takich nie-śmiertelnych ran. Teraz nawet Patrick starał się stąpać cicho, co oznaczało odgłosy godne słonia... Z drugiej strony, gdy sapał, stękał i klął, tak jak to robił wcześniej, nasz smoczek cienia mógłby pomyśleć, że to istotnie nadchodzi jakiś jego agresywnie nastawiony krewniak. Ale z zasady nie gdybam, więc zostawiam ten wątek. Przeszliśmy jeszcze parę kroków, gdy znaleźliśmy pierwszą oznakę... no właściwie kolejną, ale pierwszą tak bardzo mrożącą krew w żyłach oznakę obecności smoka. Na jednej ze skał była odciśnięta sylwetka ludzka, którą ograniczała sadza na głazie. Sądząc po rozmiarach barek, człowiek ten miał na sobie zbroję. Dużą zbroję. Paladyńską. Usłyszałem, jak za mną Rig zaczyna rzęzić. Przeszliśmy dalej, gdy zauważyliśmy wystającą spod głazu kości ludzkie, a ściślej rzecz ujmując- kość piszczelową i stopę. Były bosman (to jest Patrick, ma się rozumieć) zwrócił śniadanie i część wczorajszej kolacji. I obiadu. I chyba nawet śniadania... Jego goryle, Bezimienny i Merk, już zzielenieli. I wtedy zaczęła się zabawa. A właściwie pre-początek zabawy. Zobaczyliśmy wejście do jaskini.
*
Wejście było ogromne. Zmieściłyby się tam dobrze utuczone cztery smoki górskie (takie małe gówna z rogami i kolcami), a i dla kilku wołu znalazłoby się wtedy miejsce. I to wszystko idące ramię w ramię, bo wysokości sklepienia nie dało się opisać. Nie sposób również było zajrzeć do jamy, nie wchodząc do niej, gdyż zaraz za otworem do groty korytarz skręcał w lewo. I w dół. Gwałtownie, w zimny, wilgotny dół. Przeszła mnie gęsia skórka. W pewnym momencie Rig zachłysnął się powietrzem, podbiegł do mnie, i wpił palce w moje ramię.
- T-tam coś się ruszyło! Widzisz? Cień jest inny, niż był przed chwilą! Coś się tam czai! - krzyknął młodzieniec. Psychologia tłumu zadziałała. Mryz i Zaak zbliżyli się do siebie i wyciągnęli swoje sejmitary - popularną broń na południu. Oba ostrza miały liczne wcięcia - każde z nich, jak się dowiedziałem niegdyś w bibliotece, oznaczało jedną ofiarę zabitą tym mieczem. Goryle Patricka wypchnęli go przed siebie. Merk wyjął ze swojej pochwy, czy też worka szerokie, dwustronne toporzysko ze stalową rękojeścią. Warknął, tyleż groźnie, co ze strachu, i podszedł jeszcze bliżej do Bezimiennego. Ten, szczuplejszy niż kolega, wyjął pojedyncze, smukłe ostrze, lekko zakrzywione, pokryte runami. Kilka z nich jaśniało błękitnym blaskiem. Zaskoczyła mnie ta prestiżowa broń - ten miecz musiał kosztować fortunę, a jako że rodzina Bezimiennego była uboga, to jedynym możliwym wytłumaczeniem, jak ten szlachcic zdobył miecz, była kradzież. Zrozumiałem, że świecące runy miały jakieś powiązanie ze smokiem, gdyż te symbole mają właściwość uaktywnienia się, gdy dotyczące ich stworzenia znajdowały się w pobliżu.
Patrick zająknął się, gdyż stał praktycznie równo ze mną, to jest stosunkowo blisko wejścia do jaskini. Zaraz cofnął się do towarzyszy, wkręcając się swym tyłem między nich. W tej chwili półelf podszedł do mnie.
- Smok jest w środku, czuję go. Ptaki również go widziały, gdy szybowały po nieboskłonie.
- Co? Elfie... - zacząłem agresywnie.
- Nickoel san'de Myrriancause. - przerwał półelf.
- Huh? - nie załapałem kontekstu.
- Moje imię. Nickoel...
- Tak, tak, nie ważne! - tym razem ja mu przerwałem. Podbudowałem się, bo zemściłem się, i jednocześnie uraziłem jego elfie ja, gdyż te istoty nie lubią, gdy przerywa im się przedstawianie samych siebie. - Czemu nie mówiłeś, że jesteś druidem? tu nic nie ma! Drzew, trawy, a ptaki nam w jaskini nie pomogą. A pewno i nietoperze zginęły bądź uciekły przed smokiem! A przecież moc druida polega na naturze! Szczerze wątpię, abyś był na tyle potężny, by przywołać żywiołaka ziemi. - No, teraz to połechtałem swoje ego. Taka obraza wśród elfów najczęściej kończy się pojedynkiem na śmierć i życie. Ale nie w tym przypadku. Niko-coś-tam po prostu wzruszył ramionami, i powiedział:
- Nie jestem tylko druidem. Znam się na iluzji, czarach związanych z żywiołami, szermierce i strzelnictwie, aczkolwiek przeciwko smokowi to ostatnie się nie powiedzie. - jego słowa były spokojne, lecz oczy zimne jak... wydech lodowego smoka. Więc jednak go uraziłem. Dobrze, głupi elf. Półelf.
Niko ostatencyjnie wyjął ze swojej malutkiej sakiewki dwumetrowy łuk, i upuścił go na ziemię. Popularna "sakiewka bez dna" jak nazywa się ją żartobliwie to ogólnie dostępny towar, jednak na naszych towarzyszach-przygłupach zrobiła wrażenie. Z niesmakiem odwróciłem głowę. I po raz kolejny spojrzałem na wejście do jaskini. I wtedy zrozumiałem. Jak ja, banda idiotów i zarozumiały półelf mamy zabić Smoka Cienia? Bydle, którego oko jest większe od głowy człowieka, a kły długości torsu Wysokiego Elfa, miałoby się niby wystraszyć kilku chłystków wywijających szpilkami? Przecież to rozwaliło karczmy! I zieje... Swoją drogą czym zieją Smoki Cienia? W każdym bądź razie... Nie! - uświadomiłem sobie. Każdy z herosów czy bohaterów (czy tych złych) też miał niewielkie szanse na wyniesienie się ponad innych, na zapamiętanie przez ludzi. A jednak, dali radę, i są wzorcami do naśladowania dla innych. Są jak światło... W jaskini smoka... Damy radę! - pokrzepiłem sam siebie, a potem pozostałych, mówiąc to głośno. Odpowiedzią był niepewne pomruki, ale zawsze to lepsze niż nic. Wyjąłem swój miecz - chude, proste ostrze z nie zdobioną rękojeścią. Usłyszałem, jak Patrick wciąga powietrze, by rzucić jakiś złośliwy komentarz, lecz uprzedziłem go, mówiąc wyraźnie:
- Illanes!
Moje ostrze buchnęło czerwonym płomieniem, ogień zatańczył na całej długości miecza za wyjątkiem miejsca, gdzie trzymałem dłoń. Odwróciłem się do pozostałych - Patrick, Merk, Mryz, Zaak i Rig mieli rozdziawione gęby, a ich wytrzeszczone oczy patrzyły z niedowierzaniem. Nawet elf z zainteresowaniem spoglądał na płonącą broń. Tylko Bezimienny prychnął wzgardliwie i wykonał serię machnięć swoim ostrzem. Zrobiłem krok do przodu, z mieczem wyciągniętym jak pochodnia. Za mną szedł Niko, w jednej ręce trzymał miecz, a w drugiej księgę z zaklęciami, na którą zwróciłem uwagę jeszcze w mieście. Ogień oświetlał pokryte drobnym drukiem stronice. Pozostała szóstka szła zbita w gromadkę, i z przerażeniem patrzyła na szkielety ścielące szeroką, podziemną ścieżkę. A było na co patrzeć. Kości tysiąca i jednej nocy, białe, pożółkłe, czarne. Miecze dawno wypadły z ich rąk i leżały w bezładzie na ziemi. Domyślałem się, że ciemne plamy na podłodze to krew, która odbarwiła się na skale, w której znajdowała się jaskinia. Nie mogłem zidentyfikować kruszcu, który był budulcem podziemia.
Korytarz był z reguły prosty, z niewielkimi zakręcikami czy spadkami w dół. Zimno zaciskało swe niewidzialne palce na naszych szyjach, a jęki szczurów odbijały się szerokim echem. Jeśli tutaj mieszka smok, to już pewnie zapalił świece i okrył obrusem stół, bo niemożliwym było nie słyszeć ich smędzeń.
- Czym zieją Smoki Cienia? - spytałem wreszcie Niko, i przerywając rozmyślenia moich towarzyszy o ich własnych śmierciach.
- Na zabitych oparami Smoka Cienia mówi się, że zginęli cienistą śmiercią. Jest to swego rodzaju gaz, który sprawia iż człowiek czernieje w oczach. Te czarne szkielety to efekt dechu smoka. - odparł pewnie półelf. Pokiwałem głową. Niesympatycznie, sczernieć się na śmierć. Chociaż z drugiej strony mroczne elfy, drowy, mają czarną skórę, więc jeśli zginę w ten sposób potencjalni przyszli zabójcy smoka pomyślą może, że byłem drowem? Odgoniłem szybko te ciemne myśli. I wtedy ciszę, gorszą od hałasu, przeszył mrożący krew w żyłach agonalny krzyk. Mówiłem, że hałas byłby lepszy od ciszy? O nie, to nieprawda. Moi kompani spanikowali, niemalże się do nich przyłączyłem. Lecz wytrwałem przy elfie. Patrick i reszta pobiegli przodem. Ja z Nikiem pobiegliśmy za nimi, i wpadliśmy do ogromnej jaskini, wielkości tuzina tawern takich jak te, które spłonęły. A w środku groty stał Smok Cienia.
Aura strachu przeszyła mnie na wylot. W blasku dogasającego zaklęcia mojego miecza dojrzałem tego potwora. Łeb o rozmiarach połowy małej świątyni, żarzące się na czerwono oczy, węża szyja, grubsza niż trzech Patricków stojących obok siebie i stykających się barami, nietoperze skrzydła, omiatający podłogę ogon i klatka piersiowa wielkości ogromnego wręcz domostwa. Tak wyglądał smok. Jego czarne łuski otaczały jakby opary czarnego dymu, przez co czerń łusek wydawałą się matowa. Smok patrzył na szóstkę szczurów zaciekawionym wzrokiem, a jego paszcza ociekała krwią. Pod jego głową, dziesiątki stóp niżej, leżało rozszarpane ciało. Pewnie to jego właściciel wydał ten straszliwy krzyk. Obok ciała leżała oderwana głowa. Rozpoznałem tę twarz. To był ten niziołek, który okradł Patricka w Ral. Jego groźba faktycznie się spełniła. Znów go zobaczyliśmy. Aczkolwiek... nie byłem pewien, czy dokładnie w takiej sytuacji mieliśmy się zobaczyć. Chyba nie.
I wtedy smok ryknął, rzucając się do ataku. Podbiegł do gromadki szczurów i chlasnął ogonem na oślep. Merk rzucił się na ziemię, przez co ominął atak ogonem, Zaak, Rig i Patrick uskoczyli spod pola rażenia. Ogon porwał za to do góry Mryza i Bezimiennego, wyrzucając tego drugiego paręnaście stóp w powietrze, pierwszego zaś wtrącając do czeluści jamy ustnej smoka. Cała nasza szóstka, gdyż Bezimienny chyba też już był martwy, wrzasnęła z przerażenia. Nagle elf jakby obudził się z tego transu strachu i rzucił pierwsze zaklęcie. Jasna błyskawica zaczęła sunąć w stronę Smoka Cienia, lecz magiczny pocisk po prostu przeszedł na wylot przez smoka i uderzył w skały nad nim. Jednak jakiś efekt tego nietrafionego czaru był. Sklepienie nad smokiem zadrgało i kamień wielkości wołu spadł na jego prawe skrzydło. Rozległ się trzask łamanych kości. Smok zasyczał z bólu i plunął gazem w Merka, a potem usłyszałem ryk bólu, który wyszedł z krtani Merka. Jego skóra spopielała się żywcem. Zaczął czernieć, skóra na czole zniknęła, zaczęła wyzierać ciemna, czarna czaszka. Ubrania zniknęły, białka oczne wypłynęły, ciało zmieniało się w pył. Żelazny, dwustronny topór uderzył o ziemię obok czarnego szkieletu Merka. Otrząsnąłem się. Powtórzyłem zaklęcie mojego miecza i rzuciłem się do ataku. Smok, zajęty szczurami, nie zauważył mnie. Podszedłem do niego i z całej mojej siły uderzyłem bestię płonącym mieczem w tylną, lewą nogę. Trysnęła ciemna posoka, smok zawył jak banshee. Trzeba to szczurom przyznać - są świetnym mięsem armatnim. Właśnie to mięsko biegało teraz po grocie, to chcąc uciec, to (nie widząc wyjścia w ciemnawej grocie) wracając do smoka. Cała jaskinia zaczęła się trząść. Widocznie piorun elfa wywołał większe "bum", niż mi się zdawało. I wtedy smok obrócił się w moją stronę, nabrał oddechu i... chuchnął. Widziałem czarny opar sunący na mnie, nie miałem gdzie uciec. Zamknąłem oczy... i nic się nie stało, z wyjątkiem ryku frustracji... Smoka? Otworzył oczy. Przede mną stał żywiołak ziemi, istota z wnętrza świata, zbudowana z kamieni i piasku.
Popatrzyłem na elfa. W skupieniu prowadził atak żywiołaka na smoka. Przywołał go! I ocalił mi życie... Może zapomni to, o czym mówiłem, bo i tak go nie przeproszę. Smok podniósł łapę i uderzył na odlew żywiołaka (który sięgał mu do piersi). Ręka ziemnego stwora odpadła, rozsypała się, a sam żywiołak przechylił z zaciekawieniem głowę w bok. Smok zmienił jakby strategię, zostawiając najcięższych przeciwników na koniec, i rzucił się w stronę szczurów. Chlasnął przednią łapą Zaaka, i to w ten sposób, ze zobaczyłem, jak jego głowa pęka, dosłownie pęka, przy uderzeniu ze ścianą groty. Następnie gad złapał Patricka i cisnął nim na drugi kraniec jaskini. Widziałem, jak kilka głazów odpadło z sufitu i zakryło Patricka. Usłyszałem krzyk rozpaczy byłego bosmana. W tym momencie zrozumiałem, że ze szczurów został najbardziej moralny - Rig, który trzymał się ściany i z przerażaniem wpatrywał się w smoka. Coś we mnie drgnęło. Musiałem uratować chłopca! Wyminąłem żywiołaka i ciąłem mieczem w brzuch bestii. Zostawiłem cienką ranę na podbrzuszu. Smok ryknął z bólu, i machnął kolczatą głową... Patrzyłem w przerażeniu, jak ciało Riga nabija się na kolce na łbie smoka, unoszone jest do góry, a potem odczepia się od rogu bestii i upada rozszarpane na posadzkę. Skoczyłem na smoka, ciąłem w łapę raz, drugi, trzeci... Obuchowe uderzenie ogona smoka zbiło mnie z nóg, wyrzuciło miecz w pobliże "spoczynku" Patricka, a mnie odesłało pod ścianę. Przez mgiełkę, która pojawiła mi się przed oczami na wskutek uderzenia, obserwowałem, jak żywiołak rozpada się w pył, a elf, półelf, poprawiłem się w duchu, ląduję parę metrów ode mnie, z zamkniętymi oczami. Wiedziałem, że jeśli teraz zemdleję, to będzie moja ostatnia utrata przytomności w życiu. Mgiełka odeszła, ale nie mogłem się ruszyć. Wtedy głowa smoka spojrzała na mnie, i... smok przemówił.
- Witaj, wojowniczku. - jego basowy głos rozchodził się po drgającej jaskini, niczym werbel w dżungli - znak do ataku dla barbarzyńskich plemion tamtą dżunglę zamieszkujących. Jego oczy wpatrywały się we mnie... z zaciekawieniem.
- Nie zjadaj mnie. - odpowiedziałem słabym głosem. Cała moja brawura zniknęła. Uświadomiłem sobie w tym momencie, że każdy bohater w końcu umiera. Cóż, trzeba było pomyśleć o tym wcześniej.
- Nie mam zamiaru cię zjadać. Przynajmniej jeszcze nie. Zaciekawiłeś mnie, ludzka istoto. Jesteś inny od wszystkich, których znałem.
- Idąc do ciebie poznałem po drodze kilkoro ludzi. Coś małomówni. - odpowiedziałem arogancko.
- Zbędny cynizm. Jak mówiłem, jesteś inny. Nie jesteś... Widzisz, ja ludzi takich jak ci o - wskazał na moich byłych towarzyszy - nazywam szczurami. I otóż właśnie ty takim szczurem nie jesteś.
- Miło to słyszeć.
- Idąc do mego legowiska widziałeś pewnie spalone tawerny...
- Nie da się nie zauważyć.
- W których zawsze leżała jedna, martwa osoba.
- Uciekają ci, co?
- Nie, JA im daję uciekać. Otóż w ten sposób chcę szczurom przekazać wiadomość - że są istotami godnymi pożałowania, które mogę w każdej chwili... zneutralizować.
Rozejrzałem się. Smok, muszę przyznać, zainteresował mnie swym wywodem, ale ja szukałem mojego miecza. Leżał parę kroków dalej, koło Patricka. Spróbowałem się przesunąć - zabolało, ale parłem dalej. Przeczołgałem się delikatnie jakiś metr, a smok chyba tego nie zauważył. Bestia kontynuowała monolog.
- Uważam, że takie istnienia są śmieciami tego świata, zagracają komnatę, która miała być czysta. Rozumiesz mnie? - zapytał Cień.
- Nie jestem pewien - grałem na czas - ci ludzie to idioci, nie myślące orki, lecz to oni budują świat.
- Oni go rujnują! - huknął smok. Na twarz posypał mi się z sufitu pył. - Niszczą to, co zrobili Wielcy. Ja zamierzam te szczury wyplenić, lecz daję im szansę - jedną na karczmę, czyli tam, gdzie szczurów najwięcej - zabijam jednego, pokazuję, że są zdani na moją łaskę. Jak myślisz, nie-szczurze, czy oni rozumieją moje przesłanie?
Pokręciłem głową. Zabołał mnie kark.
- Są na to za głupi. Oni korzystają z tego, że zabijasz, okradając twe ofiary.
Smok ryknął, jakby zażenowany.
- Banda ognia, co spali nasz świat. Chcą pieniędzy, władzy, luksusu, przyjemności, tych psychicznych, jak i fizycznych. Ale nic nie dają w zamian. - Gad ryczał w najlepsze. Przesunąłem się trochę ku mieczowi.
- Złodzieje, sprzedawczyki, pijacy, źli ludzie... - w tym momencie rozległ się dziki wrzask, i Bezimienny, który odzyskał przytomność, rzucił się na smoka. Ten odwrócił się w jego stronę i chuchnął. Nie chciałem na to patrzeć. Udało mi się podnieść ręce, by nie słyszeć tego opętanego wrzasku bólu. W końcu ucichł.
- Widzisz? - mówił smok, jakby nic się nie stało. - To był szczur. Mógł odejść, zachowywać się w dalszym życiu moralnie. Ale nie. Nie chciał. Więc spotkała go kara.
Chciałem powiedzieć smokowi, że Rig nie był zły, że był tym, którego można było "nawrócić". I w tym momencie, jako że znalazłem się w miejscu, gdzie smok poderwał Riga z ziemi, znalazłem mój pierścień z szafirem, który nosiłem w mojej sakiewce. Popatrzyłem na nią - była przypięta do pasa i szczelnie zamknięta. Więc pierścień nie mógł teraz wypaść. Zrozumiałem. Szczeniak mnie okradł. Może chciał być bohaterem, ale nie czynił nic ku temu. Był szczurem.
- Nie-szczurze, elf również był nie-szczurem. Ale ja mówię o ludziach, jako o rasie. Elfy, czy półelfy, jak w tym przypadku, są czyste. Niektóre się szczurzą, ale rodzą się dobre. Ale i dobrzy muszą czasem ginąć. Będę zabijał szczury, jednego po drugim. Żyjąc na rachunku prawowitego społeczeństwa, stajesz się szczurem. Kradniesz, sprzeciwiasz się głosowi rozsądku. Koniec z tym! - smok zachowywał się, jak ześwirowany weteran wojenny.
- Gdy trafisz do krainy śmierci, zrozumiesz, dlaczego cię zabiłem? - zapytał mnie. Serca podskoczyło mi do gardła. Ambicje tego smoka zakryły mu umysł! Jego zawoalowany przekaz do szczurów był dla nich zbyt ciężki do zrozumienia. Bo generalnie wszystko jest. Lecz skoro ja, jak sam powiedział, nie jestem szczurem, to czemu ma mnie zabić? Ci dobrzy powinni przeżyć! Wszystkie baśnie kłamią.
- Ty, nie szczurze, masz! - usłyszałem nagle znajomy głos. Przygnieciony Patrick odgrzebał z kamieni górną część swego ciała i, gdy wymówił te słowa, rzucił mi mój miecz. Smok ryknął rozeźlony i jednym ruchem szczęk zmiażdżył Patricka. Całego. Z jękiem udało mi się wstać i podniosłem miecz. Wymówiłem magiczne słowo, zajaśniał ogień.
- I co, rycerzyku? Zanim do mnie dobiegniesz, zdążę cię już zabić... Jesteś mądry, zrozumiesz. Już rozumiesz? - otumaniony smok wciągnął powietrze, i ciszę znówż przeszył krzyk. To krzyczał Niko! Odzyskał przytomność! Smok ryknął tak potężnie, że ze sklepienia posypał się deszcz kamieni. Też bym był tak zirytowany - chcę kogoś zabić, i ciągle ktoś przeszkadza. Wkurzające. Ale nagle do mnie trafiło. Mogę być tym dobrym. I tak ja nie przeżyję, bo ten szalony smok mnie zabije! A jeśli nawet mu umknę, to serce z nerwów mi wysiądzie. Ale jeśli ktoś opowie, co heroicznego zrobiłem, jak się poświęciłem... Tylko żeby ten głupi półelf wiedział, żeby mnie wychwalać! Nie chcę zginąć jak ci wszyscy idioci, zginę, jak bohater!
- Reatraness!
Mój miecz zajaśniał srebrem.
- Zgiń, przepadnij, Smoku Cienia! - dzięki szczurom są ludzie, którzy są lepsi od innych! Niko, uciekaj! - Elf jakby na początku nie zrozumiał, lecz po sekundzie szybko skinął głową, spojrzał mi w oczy... i rzucił się ku wyjściu. Elfy szybko biegają. Półelfy pewnie też. Ja z kolej wziąłem zamach, i rzuciłem mym ostrzem w najbardziej porozsypywaną ścianę w grocie - tam, gdzie przygnieciony był Patrick. Miecz uderzył w skałę i wbił się w nią. Dzięki zaklęciu na przebicie przedmiotów, które narzuciłem na miecz, siatka pęknięć pojawiła się w całej jaskini. Kamienie spadały ze stropu.
- Nie! - ryknął szalony smok i zaczął sunąć do wyjścia. Pogruchotane skrzydło i noga spowalniały go, ale ze względu na swe rozmiary szybko pokonywał drogę. Widziałem spadające głazy. Słyszałem ryk Smoka Cienia, coraz bardziej oddalającego się ode mnie. I wtedy, sklepienie całkowicie zarwało się.
Poczułem, przez sekundę, jakby natchnienie na mnie spływające. Naprawdę chciałem, aby Nickoel san'de Myrriancause uciekł z tej jaskini-pułapki, umknął smokowi, i przeżył...
Z drugiej strony - co mnie to obchodzi? I tak już nie żyję.
Ocena: 5
Liczba komentarzy: 3
Data dodania: 25.02.2010r.
Statystyki: Wiersze: 7847 | Artykuły: 264 | Recenzje: 234 | Proza: 1645 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46544 | Użytkownicy: 3566
Online(33): 29 gości i 4 zarejestrowanych:
exother, dezerter89, Zygmunt Krasiak, Mii