warto go przeczytać
Pseudonim: DamaKier
Kiedy po raz pierwszy spytała o matkę starałem jej się wszystko dokładnie opowiedzieć. Moje dzieciństwo. Strach matki przed ojcem i jej krzyk. Godziny, które spędzała u mnie w pokoju, żeby tylko nie rzucać mu się w oczy. Starałem się opowiedzieć jej wszystko tak, że była w stanie zrozumieć. Żeby mogła zrozumieć całą resztę. Miałem niejasną świadomość, że dla niej to będzie niezrozumiałe. Leżeliśmy wtedy obok siebie, a ona słuchała mnie, tuląc się do mnie, jak dziecko, które boi się opowiadanej bajki. Ale to nie była bajka, to było moje życie. Chciałem, żeby zrozumiała, że matka miała tylko mnie, że bardzo mnie kochała i wtedy wydawało mi się, że rozumie.
Ale nie rozumiała. Pytała o nią. O matkę. Wypytywała, kiedy wreszcie ją pozna, a w końcu zaczęła tego wymagać. Szła na spotkanie nastawiona optymistycznie, pewna, że dwie kobiety, które mnie kochają muszą się porozumieć. Matka ubrała się w czarny kostium, nosiła go w czasie żałoby po dziadkach. Stała na korytarzu, kiedy otworzyłem przed nią drzwi i wprowadziłem ją, moją narzeczoną, do tego domu. Powiedziała uprzejmie „dzień dobry”, ale matka nie poruszyła się przez dłuższy moment. W końcu odezwała się:
- Widziałam Twoje zdjęcia. Z dłuższymi włosami byłaś przynajmniej niebrzydka.
Po tych słowach, powiedzianych cichym, bardzo miłym głosem odwróciła się i odeszła. Ona stała taka nagle mała i bezradna, że sam nie wiedziałem co mam robić. Zabrałem do siebie i tłumaczyłem. Tłumaczyłem jej wszystko. Że mama jest chora, że to nic wielkiego, że ma się nie przejmować. Kiedy już wyszła, matka weszła spokojnie do mojego pokoju, mieszając herbatę i popatrzywszy na mnie powiedziała zimno:
- Nie życzę sobie, żebyś przyprowadzał do mojego domu panie lekkich obyczajów. Masz go szanować, a nie sprowadzać sobie panienki.
Zerwałem się z miejsca, ale nagle wzrok matki łagodnieje, uśmiecha się ciepło. Pokazuje mi kartkę, to mój rysunek. Podpisałem go wielkimi kulfonami, ile mogłem mieć lat, pięć, może sześć. Niebieskie drzewo rośnie mi przez chwilkę „do góry nogami”.
- Jest śliczny ten rysunek, synku. Pani w przedszkolu mówi, że masz talent. Narysujesz mi coś jeszcze?
Nagle jest taka mała, biedna i chora. Uśmiecha się i wierzy w swoją młodość i moje dzieciństwo. Każe mi iść spać, marudzę. Przez chwilkę jest taka szczęśliwa, że ja już zapominam o wszystkim, co powiedziała, moja matka, chodzi po mieszkaniu szukając moich klocków.
Po tym wydarzeniu przez dłuższy czas był spokój. Matka zachowywała się normalnie, zdawała się pamiętać, ile mam lat, a o niej nie odezwała się ani słowem. Nie mówiła też nic, kiedy jechałem się z nią spotkać. Dopiero przed świętami Bożego Narodzenia, kiedy powiedziałem jej, że idę z nią na sylwestra wpadła w histerię. Krzyczała, miotała się po dywanie, a kiedy się w końcu uspokoiła, była tak zmęczona, że zasnęła. Wtedy też znów zdawało jej się, że przenieśliśmy się w czasie, że znów jestem małym dzieckiem. Pod choinką czekał na mnie sweter z pieskiem, nie wiem, który pięciolatek zmieściłby się w niego.
- Nie przymierzysz, synku? – pytała naiwnie, lekko gładząc moje włosy. Ciągle odpowiadałem, że później.
Ostatniego dnia grudnia ona przyszła do mnie, przyniosła mi prezent na Boże Narodzenie, z mojego mieszkania mieliśmy jechać na bal sylwestrowy. Matka przywitała ją nawet miło, pytając w co się będziemy bawić. Chyba myślała, że to moja koleżanka z podwórka, nie wiem. A ona się tego bała. Ciągle widziałem to przerażenie w jej oczach, ten brak zrozumienia. Ale też litość. Dopiero kiedy ubrałem się w garnitur, i poszedłem pożegnać się z matką dostrzegłem w jej oczach przebłysk świadomości. Rzuciła się na nią z pięściami, a potem dopadła mnie. Błagała mnie, żebym został. Kiedy wychodziliśmy powiedziała do mnie krótkie: „mogłabym tu umrzeć, a dla Ciebie to i tak nie miałoby znaczenia”. Zamykając drzwi słyszałem jej dziki krzyk.
Nie bawiliśmy się dobrze, naprawdę nie bawiliśmy się wcale. Siedzieliśmy w samochodzie, a ona płakała, to było jedyne, co potrafiła zrobić. Nie umiałem jej tego wszystkiego opowiedzieć. Tych krzyków, tego lęku. Nie potrafiłem jej wyjaśnić też tego niepokoju o matkę. Tego, że boję się, że jej słowa się ziszczą, że matka w końcu umrze na tę swoją chorobę, a mnie nie będzie żal. Parę minut po północy odwiozłem ją do domu i wracałem czym prędzej, żeby uspokoić swoje wyrzuty sumienia. Kiedy wszedłem do mieszkania, matka myła na klęczkach podłogę w pokoju. W ręce trzymała niebieską szmatkę i szybkimi ruchami szorowała panele. Uniosła głowę i powiedziała pogodnie:
- W twoim pokoju na biurku leżał taki stary sweter, pomyślałam, że jest na ciebie za duży i pocięłam sobie na szmatki. Resztki leżą na łóżku.
Faktycznie, leżały tam, niebieskie skrawki. Resztki prezentu od niej.
- Taki brzydki był – powiedziała stając w drzwiach pokoju i widząc jak dotykam strzępków prezentu. – Nadawał się tylko na szmaty.
Ona przestała do nas przychodzić. Już nie chciała, nadal nie potrafiła zrozumieć. Ciągle uważała, że powinienem oddać mamę do domu opieki, ale nie potrafiłem, bo to przecież była moja matka. I miała tylko mnie. Z matką spotkały się dużo później, w szpitalu. Miałem niegroźny wypadek, lekarz powiadomił i ją i matkę. Ona weszła akurat wtedy, kiedy mama krzyczała i całowała mnie szaleńczo po twarzy, szczęśliwa, jakbym ocalał z jakiejś katastrofy. Zobaczywszy ją, matka zatoczyła się, łapiąc za serce. Pół godziny później, leżąc na szpitalnym łóżku, pogodnym już tonem mówiła do mnie:
- Widzisz, synku, nikt cię tak nie kocha, jak ja. Tylko ja umiem cię kochać. Zobacz, przecież dla ciebie dostałam zawału. Ona by dla ciebie tego nie zrobiła.
Ona stała w drzwiach i płakała. Później miałem się dowiedzieć, że z ulgi, że żyję, że nic mi się nie stało. Wtedy do niej podszedłem i po raz kolejny prosiłem o zrozumienie. Matka jest chora mówiłem, a ona kręciła głową.
- Na zazdrość o mnie – powiedziała smutno, z rezygnacją. – Ta zazdrość w końcu ją zabije, a przy okazji zabija i ciebie i mnie. Nigdy byś sobie tego nie wybaczył.
Odeszła tak całkiem spokojnie, tak bardzo po prostu. Nie zdążyły mi jeszcze napłynąć łzy do oczu, kiedy matka stanęła obok mnie i powiedziała czułym, łagodnym głosem:
- Widzisz, synku, koleżanka zrobiła ci przykrość. Mówiłam Ci, żebyś nie bawił się więcej z takimi niegrzecznymi dziewczynkami. Nie będziesz, dobrze? Obiecujesz?
Ocena: 4.5
Liczba komentarzy: 2
Data dodania: 21.12.2010r.
Statystyki: Wiersze: 7847 | Artykuły: 264 | Recenzje: 234 | Proza: 1645 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46544 | Użytkownicy: 3566
Online(33): 29 gości i 4 zarejestrowanych:
exother, dezerter89, Zygmunt Krasiak, Mii