warto go przeczytać
Szukałem całą noc najbliższych możliwych wernisaży et cetera, na które mogła zawitać moja maniaczka sztuki. Przez kolejne kilka godzin pochłaniałem pożyczone dzień wcześniej albumy z dziełami słynnych malarzy. Największy problem był z tym, gdzie mogę ją znaleźć. Czy mogłem skazywać mój bezcenny czas na coś tak niechybnego jak przeznaczenie? O, nie... I uratował mnie Tomek, stary dobry Wkrent.
- Kolego, Zamek Ujazdowski, wystawa prac Witkacego. To nie o nim rozmawialiście pamiętnej nocy?
- O. O? O!
- Ke, kurwa? - zdziwił się nie bez powodu.
- Ratujesz mnie, kolego, oj, ratujesz – szczerze się ucieszyłem - Zaproszę cię na ślub.
- Co to, to nie. Nienawidzę takich drętwych imprez. I w dupie mam cieszenie się szczęściem innych – uśmiechnął się prawym kącikiem ust i wyszedł.
Tomek, jak ja go w tamtym momencie kochałem.
- Kwiatku, potrzebuję cię, jutro o 19, proszę bądź. Będziesz, prawda? Chodzi oto, że jest taka jedna Basia... - po chwili przerwała mój kosmiczny monolog swoim niskim, gardłowym głosem. Bardzo seksownym zresztą, drogie panie.
- Cholero jedna, myślisz, że cię nie znam, tak? Skoro nie chodzi o żadną naukę, to jestem do twojej dyspozycji. Wow! W końcu, ale to w końcu na twoich wargach pojawiło się kobiece imię! Jędrek, bałam się, że jesteś pedałem. Albo mnichem.
Ten jeden telefon do Mariki i byliśmy umówieni na 19, na sobotę, na przełomową noc. Oby się udało, oby. Ależ wtedy byłem podjarany. W takich momentach, jak tamten nie widziałem sensu w wydawaniu szmalu na marychę. Miłość, to jest narkotyk, który całkowicie mnie wtedy rozjebawszy. I nauka, oczywiście moi drodzy skauci, oczywiście.
To może od początku – moje życie nie jest pieprzoną baśnią o „Śpiącej królewnie” i Baśka nie czekała wtedy na mnie w galerii, kto wie, może tamtego wieczoru nigdzie nie wychodziła, może ten przedziwny szósty zmysł, zwany u kobiet intuicją, szepnął, że pewien psychopata ma na nią ochotę. Brzmi dwuznacznie, ale wtedy nie jestem pewien, czy po prostu nie chciałem upić jej drogim winem, puścić romantyczną muzykę i delikatnie obejmując w talii, całować szyję i pieścić językiem piersi. Mimo, że wiedziałem, że Basia nie należy do tych to prostych i rozwierających uda na jeden gwizdek dziewcząt, to jednak byłem tylko mężczyzną, który chciał zajrzeć jakiego koloru nosi pod spódnicą majtki – czy są czerwone, koronkowe i na pewno stringi.
Wróciliśmy z Mariką zrezygnowani do mieszkania około godziny 22, ale na szczęście Kwiatek nie należała do tej grupy kobiet, co to każdy swój krok uzasadniają jakimś upierdliwym narzekaniem na cień w kącie pokoju. W kuchni wpadliśmy na Tomka. Nigdy nie zapomnę miny Wkrenta, który czuł niesamowity strach przed kobietami urody Mariki. Miała krótkie, gładkie włosy, niesamowite, jasne oczy, które patrzyły na świat, jak na żaglówki płynące w oddali i nieśmiały uśmiech, który bez wątpienia mógł zmylić potencjalnych podrywaczy. Mar znałem od 16 roku życia. Poznaliśmy się jeszcze w liceum – ja sprytny prymus, ona spóźnialska i inteligentna gospodarz klasy. Już we wrześniu usiedliśmy razem, razem wypadaliśmy za drzwi za gadanie i razem kokietowaliśmy dziewczyny. Marika potrafiła owinąć sobie wokół palca każdego, na kogo miała większą niż przeciętna ochotę. I każdy bardzo chętnie chciał być niewolnikiem mojej przyjaciółki. Gdy w drugiej klasie oznajmiła publicznie, że ona tak naprawdę to uwielbia macać kobiece tyłki i w dłoniach trzymać dziewczęce twarze, większość tylko na krótko się oburzyła, bo po chwili z tym swoim niebywałym uśmiechem Kwiatek oznajmiła, że wszystkie koleżanki mogą spać spokojnie, bo żadna nie jest w jej guście i ona już ma swoją Anastazję.
Pokochałem ją za tą odwagę i wierność samej sobie, za swobodę, o którą walczyła, nie przegrywając. I tylko ja mogłem mówić na nią, tak, jak zwykłem mówić. Potrafiliśmy nie rozmawiać kilka tygodni i po tym czasie spotkać się jak gdyby nigdy nic i cieszyć się swoją przyjaźnią. Każde z nas wiedziało, że mimo wszystko, zdominowani przez betonowe domy i zakorkowane ulice, myślimy o sobie, pamiętamy i zawsze, ale to zawsze możemy na sobie polegać.
Tak, zawsze była do mojej dyspozycji, a mimo to później nie umiałem w jakiś konkretny sposób jej pomóc, tak, jak zawsze tego chciała. Bez słów, bez konieczności wyjaśnień.
Wspomniałem, że Tomek bał się uroczych dziewczyn? Tak. Wspomniałem, że sam był niezbyt przystojnym, wysokim, chudym gitarzystą alternatywnego zespołu? Nie. Że chodził w żółtych koszulach i porwanych spodniach? Że miał oczy, którymi widział? Że używał słów, które żyły? Że miał bulimię, na którą, do cholery, normalny facet nie powinien chorować? Że był adoptowany, samotny, skryty? Że prawdziwie kochał, ale ta ruska pinda z Terespola go zawiodła, potraktowała jak zużytego mopa i rzuciła, nie odwracając się, w kąt? Że, że, że...był moim najlepszym kumplem, aż do zawsze? Cokolwiek znaczy zawsze. Że ostatni raz miał szczęście zakochać się nieszczęśliwie w lesbijce, która specjalnie dla niego chciała, z całego serca chciała stać się hetero? Wiem, wiem, że zarzucam pytaniami, z których być może trudno cokolwiek zrozumieć, ale staram się jak mogę rozjaśnić tamten wieczór, kiedy to Tomek, mój stary, dobry Wkrent, który był dla mnie latarnią morską odwiecznej żeglugi, pierwszy raz spojrzał przy mnie na dziewczynę jak na postać z „Klątwy”. Pierwszy i ostatni raz. Później już patrzył na nią tylko i wyłącznie głęboko i z ufnością, tak, jak musiała kilka tysięcy lat temu patrzeć w kulę Pytia.
Rozmowa wtedy zupełnie się nie kleiła, zawisła na żyrandolu wszelka erudycja i błyskotliwość, i kpiły z nas mało subtelnie. Gdy zmęczony i zrezygnowany wróciłem do swoich książek, zostawiając tamtą dwójkę samym sobie, słyszałem szczery chichot Mariki i troglodyckie, tomkowe „ahyahyahyahyahyyyyyyyy”. Rozjaśniło mnie to jakoś do momentu, aż Wkrent obudził mnie po północy kąśliwym entuzjazmem w głosie.
- Andrzej, Andrzej! Pst!
- Tak, to ja. A teraz spiździaj.
- Idioto, na słówko chodź. A zresztą leż, ale pochwal się mową artykułowaną, zgoda? - radość, świeżość w jego głosie zmusiła mnie do spoglądnięcia własnym okiem na ten mały cud, więc otworzyłem. Nawet dwa.
- Gadaj, szybko. Zwięźle. Konkretnie – siedział przy łóżku po turecku, włosy miał potargane, a oczy błyszczały mu jak te no... perły?
- Rozmawiałem z twoją koleżanką, Jędrek – oznajmił oficjalnie.
- Chcesz wpierdol, prawda?
- Jędrek, faszysto jebany, czemu ją ukrywałeś? Ona jest natchnieniem życia. Cytowała mi Poświatowską.
- A ja, jak na ciebie patrzę, czuję niesamowitą wenę by najzwyczajniej w świecie wysłać cię na pola elizejskie. Pasuje? - warknąłem – mam to w dupie, ok? Zresztą ona nie ma na nazwisko Poświatowska. O co ci chodzi?
- O nic. O nic, chciałem tylko... - spojrzał na mnie wrogo, nieprzyjemnie, niechętnie – nie wiem, czego chciałem od takiego cycka jak ty.
- Tomek...
- Poświatowska. Halina. Poetka miłości. Tak jak Safona.
- We mnie za moment zrodzi się Neron i słowo daję – spalę cię jak kurewski Rzym! - byłem zmęczony, zrezygnowany, zmęczony – przyszedłeś po moje błogosławieństwo? Błogosławię Ci Tomaszu Pokora, a teraz idź w cholerę.
- Dzięki, Jędrek, dzięki – uśmiechnął się uszczęśliwiony i poszedł. Powinienem już wtedy powiedzieć mu, jaka jest prawda, ale nie miałem sił. Dowiedział się o tym z moich ust dokładnie 5 dni temu, po pięciu miesiącach. Na cmentarzu. Kasztany spadały pod nogi, tak jak lubił. Żadnego nie podniosłem.
Ocena: 5
Liczba komentarzy: 5
Data dodania: 16.09.2010r.
Statystyki: Wiersze: 7847 | Artykuły: 264 | Recenzje: 234 | Proza: 1645 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46544 | Użytkownicy: 3566
Online(32): 28 gości i 4 zarejestrowanych:
exother, dezerter89, Zygmunt Krasiak, Mii