warto go przeczytać
Po tamtej imprezie długo spać nie mogłem, co na szczęście nie wpłynęło w żaden sposób na egzamin. Musiałem mieć pięć, musiałem pokazać kto tu rządzi. Od dziecka wiedziałem, że chcę iść na medycynę, chcę ratować obcych ludzi tak, jak moi rodzice i zaniedbywać tych najbliższych tak, jak oni. Nie za bardzo interesowało ich to, w jaki sposób żyję lub co robię po zajęciach, natomiast ze szczególną uwagą pilnowali, by co tydzień, w poniedziałek zadzwonić do opiekuna mojego roku i zapytać o postępy Andrzeja. Znieczuliłem się na to, bo co innego mogłem zrobić skoro już w czwartej klasie podstawówki dostawałem na urodziny i święta książki, dotyczące tajemnic medycznych. Nie miałem nawet cholernej możliwości, by sprawdzić, czy przypadkiem nie jestem pieprzonym poetą lub aktorem na miarę Al Pacino. I byłem tchórzem, ogromnym tchórzem, który chyba przespał młodzieńczy okres buntu. A mimo to zawsze poważany i szanowany wśród kolegów, podrywany przez dziewczyny, którym trudno było mi dogodzić. O, widzicie, nawet nie miałem szansy sprawdzić, czy nie nadaję się na współczesnego casanovę lub przynajmniej alfonsa w podrzędnych agencjach towarzyskich. I mogłem winić tylko siebie. Użalać się tylko nad sobą., a jednak nigdy tego nie robiłem. Co ma być, to będzie. Podobno. I może dlatego Basia tak bardzo mną zawładnęła, uzależniła od siebie wszystkie moje myśli tym jednym, krótkim śmiechem. Wkrent uświadomił mi, że Baśka to przyjaciółka Kali, że wcale szczególna nie jest, że za chuda, że te oczy jakieś natrętne i usta jak spuchnięte. Kto, co lubi. Poza tym na opinię innych ludzi miałem wyjebane.
Tomek dał mi do zrozumienia, że jedyną osobą, która jest w stanie pomóc mi poznać Basię, jest właśnie Karolina. Poznaliśmy się na pierwszym roku, gdy jeszcze była bardzo seksowna, bardzo harda i jednocześnie wrażliwa. Od początku przypadliśmy sobie do gustu i co piątek chodziliśmy na piwo. Nie pamiętam, jak to dokładnie przebiegło, ale chyba mi pierwszemu powiedziała, że anemia, którą zawsze lekceważyła, nagle, pieprzone czary-mary, zamieniła się w białaczkę. Byliśmy już wtedy na niezłym gazie i niezbyt wszystko kojarzyłem.
- Kaluś, spokojnie, twój ojciec jest lekarzem, zaradzimy, poradzimy, będzie cacy... - wybełkotałem.
- Idioto, mój ojciec jest stomatologiem – roześmiała się, odrzucając głowę do tyłu.
- No, widzisz, jak się wszystko ułożyło? - uśmiechnąłem się kpiąco.
Nic się nie ułożyło. Karolina chudła w oczach, a jej skóra stawała się coraz bardziej przezroczysta. Rodzice nie robili nic, bo podobno nie było ratunku, a Kala śmiała się, że skończy studia i wyleczy siebie po swojemu. Myślałem, że jest silna, a ona uciekała do podrzędnych imprez i perwersyjnego seksu. Pieprzona biseksualistka. Parado miłości – guten morgen!
- Muszę jakoś żyć, krótko to krótko, ale jakoś.
Byłem bezradny, a wtedy zbyt zajęty sobą, by myśleć, w jaki sposób wesprzeć Karolinkę. No, trudno. Życie.
Zgłosiłem się do niej dokładnie trzy dni po imprezie, nie zastanawiając, jak zareaguje na moją prośbę i czy w ogóle pomoże. Słuchała mego monologu uważnie i tylko szczupłe palce zaciskała na kolanach. Skąd mogłem wiedzieć, że zauroczona była we mnie od dwóch, czy tam trzech lat. Stała się dla mnie kimś na miarę Wkrenta, z którym mogłem ponabijać się z życia i z siebie samego. Wytłumaczyła mi, że to nie ma sensu, że Baśka jest dla mnie niedostępna, że ma mnie gdzieś. Poczułem się jak łowca, jakieś dziwne żądze i pragnienia ogarnęły moją przyzwyczajoną do zwycięstw duszę.
- Kala, co ty pierdolisz za przeproszeniem, czy nie możesz po prostu kiedyś zaprosić mnie na wasze wspólne schadzki po centrach handlowych?
- Tobie to chyba kompletnie mózg w gówno się przetransformował! Ty myślisz, a ewentualnie rozumiesz, co mam na myśli, mówiąc „niedostępna”? - była wyraźnie poirytowana i niechętna.
- Coś typu: „ona woli dziewczynki, Jędruś?” - zakpiłem.
- Won z mojego domu. Won, słyszysz!? WON! Wypierdalaj do Posejdona, Jedrek, ty złota rybo! - wpadła w jakąś dziką furię i nawet nie miałem siły, ani chęci dyskutować. Gdy zatrzasnęły się za mną drzwi usłyszałem jej głośny, bolesny szloch i zrobiło mi się jej naprawdę żal. Poza tym ze wszystkich postaci mitologicznych jarałem się Heraklesem. Tadan.
Nie chciałem Karolce wierzyć, ale Wkrento potwierdził moje obawy, mówiąc, że „ona, to jest Baśka, to nawet na taką cycarę wygląda”. Kilka spacerów po przedpokoju w tą i z powrotem pomogło zdecydowanie trzeźwo pomyśleć. Marika. Oczywiście.
Ocena: 5
Liczba komentarzy: 2
Data dodania: 11.09.2010r.
Statystyki: Wiersze: 7847 | Artykuły: 264 | Recenzje: 234 | Proza: 1645 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46544 | Użytkownicy: 3566
Online(34): 30 gości i 4 zarejestrowanych:
exother, dezerter89, Zygmunt Krasiak, Mii