warto go przeczytać
Lubiłem zaczynać dzień od piosenki Radiohead „True love waits” i przy niej wyobrażać sobie, że Baśka już wie, że mogę ją kochać i mogę razem z nią z jednej szklanki pić wodę mineralną o smaku jabłkowym; że w cieniu parkowych drzew bardzo, ale to bardzo chcę obierać dla niej pomarańcze i ją nimi karmić. I czekać, aż górną wargą muśnie moje palce. Lubiłem moją wiarę w miłość, czymkolwiek ona była. I to nieważne w jaki sposób i gdzie spotkałem Baśkę po raz pierwszy, istotne jest to, jak uzupełnialiśmy nasze osobowości i pragnienia po każdym z tych spotkań. Jak ona wypełniała mnie i jak ja pragnąłem wypełnić ją. Nigdy do pełna, nigdy tak, żeby miała mnie dość.
Pamiętam imprezę u Karoliny. Namawiała mnie długo, a ja, im dłużej mówiła „No, chooo, Jędrek, ty dupku!”, tym bardziej odpowiadałem niedbale „Nie, Kala, ty upierdliwcu”. Byłem tak twardy, że w końcu poszedłem na tą cholerną domówkę mimo egzaminu z anatomii, który szykował się kolejnego dnia. Gdyby nie Wkrent, pewnie bym nawet o niej nie pomyślał, ale ustaliliśmy jeszcze na stancji, że jesteśmy wykuci jak nikt inni, zajebiści niczym habilitanci i bardzo, ale to bardzo pewni siebie. Poszliśmy, nie wiedząc, że najmniejsza, zupełnie błaha chwila może coś odmienić w życiu, dać początek czemuś nowemu, albo... albo to życie kompletnie wywrócić do góry nogami, skierować je na dotąd nieznany tor. A na torach nietrudno się wykoleić, oj, nie trudno.
- Jędruś, cycu, widzisz tu jakieś fajne dupeczki? - zagaił rozmowę, jak zwykle nad wyraz inteligentnie, Mleczu. Skurwiel, jakich mało.
- A czy ja wyglądam na takiego, któremu to własna dupa nie wystarcza? - odpowiedziałem nonszalancko, chowając ręce do kieszeni i odwracając głowę.
- Heh, z tobą to gadka, koleś, jak jedzenie wątróbki. Na myśli miałem oczywiście jutrzejszy exam, no wiesz, praktyczne tere-fere.
- Ty to jednak potrzebujesz izolacji, Mleczu, słowo daję. Pilnuj swego wacka, bo kiedyś ci z gaci ucieknie i zginie nadziany na drut kolczasty.
Cięte, bardzo cięte.
I odszedł, a ja w oczekiwanym spokoju sączyłem drinka. Rozejrzałem się po pomieszczeniu. Niewątpliwie Kala musiała być dziana, naprawdę dziana i ja na jej miejscu przed imprezą ubezpieczyłbym wszelkie skórzane kanapy poplamione winem i błyszczący niegdyś parkiet. Medycyna jednak potrafi się bawić i pić, jak mało, który kierunek. Było około czterdziestu osób, przychodzili, chlali, tańczyli, zasypiali tam, gdzie siły ich opuściły. Anka zgrabnie wywijała z Batorym, który w oczach miał jedynie upragniony seks i pieszczenie jej nabrzmiałych piersi, Tereska... no, nie... opowiadała o konflikcie serologicznym, a Kisiel upijał kobity z dietetyki. Nagle wzrok zatrzymał mi się na czymś bardzo długim, bardzo szczupłym, bez wątpienia szalenie seksownym. Nogi, wspaniałe, gazele nogi w kolorze oliwkowym. Mniam. Wzrok mój wędrował wyżej i wyżej, i w połowie uda obraz zaczął się zmieniać i dojrzałem, podkreślającą cały seksapil, niezwykle krótką i delikatną, Bóg to wie z jakiego materiału, sukienkę, zgrabne pośladki, wątłe plecy, szczupłe ramiona i burzę loków koloru kasztanowego. Dziewczyna, bo bez wątpienia była to przedstawicielka płci pięknej, odwrócona tyłem, przyglądała się, wiszącemu obrazowi, który... hm, to dobre, zdecydowanie przypominał mi rysunki naćpanych sadystów. O sztuce nie wiedziałem prawie nic, oprócz tego, że był taki Picasso i miał chyba błękitne okresy w swoim życiu, cokolwiek to znaczyło. Raz się żyje, o czym wie każdy, ale nie każdy o tym pamięta, toteż podszedłem, a raczej przybujałem się do niewiasty i zupełnie olany przyglądałem się wątpliwemu dziełu sztuki.
Stać w nieskończoność nie lubię, z dziewczynami doświadczenie mam znikome, chyba, że tymi z prosektorium.
- Ktoś, kto to namalował, musiał być na niezłym haju, nie? - i wtedy po raz pierwszy zobaczyłem jej twarz – piękną, zjawiskową, oburzoną, drobną. Duże, dzikie, zielony oczy patrzyły na mnie, jak na kompletnego ignoranta, którym zresztą byłem. Miała gładkie, zaróżowione policzki, mały nos i pełne, zmysłowe usta. Zachwyciła mnie i z pewnością w tamtej chwili moja twarz przybrała wyraz skrajnego kretyństwa.
- Przypuszczam, że to ty jesteś na haju, gadając takie farmazony – miała wysoki, ciepły głos osoby zdecydowanej i wrażliwej.
- Może... może oświecisz mnie i powiesz przynajmniej kto to namalował?
- Witkacy – odburknęła, ale oczy jej rozświetlił nieznany mi blask - „Maskarada” z 1917 roku. Pastele.
- Hmm...
- Inteligentny komentarz...
- Jędrek.
- Baśka.
- Medycyna?
- Filmoznawstwo, a ty panie „gówno wiem o sztuce, a chcę na nią wyrwać panienkę”?
- Tak, to ja, dziękuje za etykietkę. Chyba na nią zasłużyłem, hm?
- Bez wątpienia – uśmiechnęła się przy tych słowach tak promiennie i niewinnie.
- Medycyna, IV rok.
- Tyle mi wystarczy – zaśmiała się serdecznie i obróciła tyłem, odchodząc – miłego, Jędrek!
- Baśka, czy Witkacy był chory psychicznie?
Odwróciła się zupełnie poważna i odległa.
- Nie, po prostu cholernie smutny. Bolał go świat.
Ocena: 5
Liczba komentarzy: 2
Data dodania: 10.09.2010r.
Statystyki: Wiersze: 7847 | Artykuły: 264 | Recenzje: 234 | Proza: 1645 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46544 | Użytkownicy: 3566
Online(34): 30 gości i 4 zarejestrowanych:
exother, dezerter89, Zygmunt Krasiak, Mii