Staszka_3

A w wakacje robiliśmy pozytywizm. Kilka dni lipca każdego roku Staszka poświęcała na spłatę długu wdzięczności podpłockiej ziemi, z której ruszyła w świat. Pakowała wielką torbę lekarską z bawolej skóry, Staszek tankował poloneza pod korek i ruszaliśmy. Po dotarciu na miejsce zabierała się do pracy i pro bono leczyła ludziom zęby. Na białym obrusie rozkładała różne rodzaje szczypiec oraz kilkanaście narzędzi przypominających metalowe długopisy z różnymi końcówkami. Była stomatologiem, a zaczynała w czasach, kiedy tej profesji bliżej było do kowala niż do medyka. Z uwagi na brak dostępności wiertła na silnik – do dziś stoi u nas w piwnicy i budzi mój strach – Staszka zajmowała się głównie resekcjami. Poza tym, po co chodzić do dentysty, jak nie trzeba rwać? Profilaktyka nie wchodziła w grę. Tęgie chłopy z Barciechówka, Przejmowic czy Piaskowa przy Staszce kuliły się i traciły rezon. Na każdego pacjenta, który nie był dzieckiem, miała swoją metodę. Stawała u szczytu fotela, a twarz delikwenta przyciskała łokciem do piersi. Druga, wyposażona w szczypce ręka, zaczynała dzieło. Nie było zęba, który by się jej oparł. Nie było krzyku, który by ją powstrzymał. Na jedną osobę przypadała pięćdziesiątka wódki z pieprzem. W zależności od potrzeb – jako środek znieczulający przed, bądź nagroda po zabiegu. Naturalnie zdarzali się też tacy, którzy gotowi byli włożyć głowę pod żelazny łokieć Staszki tylko z powodu obiecanego kielicha. Przy okazji nie było wśród nich nikogo ze zdrowymi zębami, więc wszystko się zgadzało. Sprawa, najpierw rozgrywana lokalnie, z czasem nabrała organizacyjnego rozmachu. Staszka zaczynała w domach u bliższej i dalszej rodziny. Kiedy wieść gminna się rozniosła, miejscowi sołtysi zaczęli organizować większe pomieszczenia. Staszka przyjmowała więc w salkach parafialnych, świetlicach wiejskich czy pomieszczeniach Ochotniczej Straży Pożarnej. Któregoś sezonu uznała, że dług został spłacony i to już ostatnie lato jej peregrynacji z torbą lekarską. Miałem wtedy jedenaście lat. Miejscowy sołtys – stary Kunicki, który znał Staszkę jeszcze z czasów młodzieńczych – zadbał o wszystko. Kilka tygodni wcześniej w okolicy pojawili się Cyganie. Kobiety wróżyły na ryneczku, a tłuści i kudłaci mężczyźni grzali się w słońcu jak koty. Kilku z nich miało instrumenty dęte. Pogięte i zaśniedziałe, służyły w charakterze podpórek pod głowę czy opuchnięte nogi. Bańka bimbru i kilka pęt kiełbasy wystarczyło, by przekonać wesołą kamandę do ponownego sięgnięcia po trąbki, puzony i helikony. Wieść po wsi rozeszła się bardzo szybko. Kiedy pojawiła się furmanka wyłożona świeżym sianem i udekorowana czerwoną krepiną, pod salą Ochotniczej Straży Pożarnej zaczął tworzyć się spory tłumek. - Kunicki, na chuj Ci te Cygany? – zagaił radośnie ktoś zainteresowany. - Morda! – odparł z piedestału sprawowanej funkcji sołtys. W końcu Staszka wyszła na zewnątrz. Kunicki szarmancko podał jej rękę i usiedli razem za lejcami. Mi pozwolili wskoczyć na pakę. - A teraz grajta marsza dla Pani Dohtór! – ryknął po chwili. Najgrubszy z cyganów skinął głową, Kunicki smagnął konia batem i pochód ruszył. Psy szczekały, baby w oknach płakały, a Cygany dęły w puzony i trąbki. Zmęczona Staszka ze szklistym wzrokiem rozglądała się dookoła. Wierzby szumiały i chyliły się ku niej. Cygany ocierały spocone czoła, a ich tłuste brzuchy wylewały się spod brudnych koszul. Pochód posuwał się naprzód, mężczyźni uchylali kapeluszy. - Ło Jezu … – Mniej więcej w połowie drogi jeden ze stogów siana zaczął wydawać dziwne odgłosy i ruszył ku nam. - Co to za babę wiezą? Jarmark jaki, czy co? – Głos należał do Michałka, wioskowego głupka, któremu cygańskie trąbki przerwały pijacki sen. Sprawy potoczyły się szybko. Kunicki przekazał mi lejce i zeskoczył z furmanki. Po chwili jego wielka jak bochen chleba łapa znalazła się na szczęce Michałka. Kropelki krwi i wybite zęby wystrzeliły w powietrze. Stary sołtys pozostał niewzruszony, tak jakby to osobliwe konfetti było elementem scenariusza. Cygany sapnęły, oddałem lejce, pochód ruszył dalej. A Michałek dalej śnił snem sprawiedliwego. Potem była długa ława pod dębem, na którym podobno podczas wojny Niemcy wieszali naszych. Przy ławie toasty i życzenia. Były swojskie szynki i razowy chleb. Były wędzone bolenie, gruby szczypior i nalewki w różnych smakach. Następnego dnia, kiedy Staszek doszedł do siebie, wsiedliśmy w białego poloneza i ruszyliśmy w drogę powrotną. Choć Staszka jeszcze wielokrotnie odwiedzała rodzinne strony – także dlatego, że dziadek spoczął na pobliskim cmentarzu – torba z bawolej skóry już na stałe spoczęła na pawlaczu. Po całej historii z pożegnaniem Pani Dohtór, Kunicki miał problemy. Bynajmniej nie z powodu uszczuplenia zasobu zębów Michałka – temu akurat w dobrym tonie było przylać od czasu do czasu w gębę. Nowy proboszcz – nietutejszy – twierdził, że cały pochód nosił w sobie znamiona bałwochwalstwa. Na niedzielnym kazaniu stary Kunicki spadł więc z ambony w towarzystwie hańb, grand i ekskomunik. A ludzie i tak wiedzieli swoje. --- Na mnie samego, jeden jedyny raz spłynęła taka admiracja, z jaką Staszka spotykała się na co dzień. W studenckich czasach dorobiłem się wdzięcznej ksywy Mnich. Bynajmniej nie z powodu wyjątkowo pobożnego prowadzenia się. Otóż, podczas jednych z praktyk wakacyjnych wyprawiliśmy się z pod osłoną nocy do słowackiego miasteczka Bardejov. Załoga w składzie magister Kapiszon oraz moja skromna osoba, miała za zadanie przywieźć kilkadziesiąt litrów płynnego dobra pod nazwą Smädný Mních. Choć nie obyło się bez trudności, choć Przełęcz Dukielska straszyła czarnymi cielskami samolotów i czołgów, cel został osiągnięty. Nad ranem zajechaliśmy na miejsce z bagażnikiem pełnym brzęczących butelek. Pseudonim Mnich przylgnął do mnie na resztę studiów, a sława nasza była wielka. Parę lat później pijałem alkohol w jednym z mrówkowców nieopodal Dworca Wschodniego. W pewnych kręgach, choć czasy studenckie minęły bezpowrotnie, ksywa Mnich nadal była używana w odniesieniu do mojej osoby, niejako na pamiątkę tamtych bohaterskich czynów. Gospodarzem mieszkania był Jacuś – mój kolega z roku, najstarszy z siedmiorga rodzeństwa, którym rodzice na okoliczność studiów w Warszawie, kupili 3 – pokojowe mieszkanie. Jacuś miał pięciu braci i jedną siostrę. Męska część rodziny była niczym Bracia Dalton. Wszyscy identyczni, z tą samą grzywką, tym samym uśmiechem szelmy i podobnie zaciągający po podlasku. Jacuś z racji zasady pierworództwa, zajmował w mieszkaniu apartament największy. Mniejsze pokoje, w ramach dostawania się na prestiżowe stołeczne kierunki, zajmowali młodsi bracia Dalton. A Jacuś uczył ich życia. Pewnego razu, kiedy w mieszkaniu było nas kilka osób, i kiedy w opracowaniu była trzecia bodaj butelka pewnego podlaskiego specjału, Mateusz, młodszy od Jacusia o siedem lat, wstał i zwrócił się do mnie w te słowa: - Dobra, Mnichu, teraz ty polewaj! Zanim zdążyłem odpowiedzieć, zanim zdążyłem sięgnąć po butelkę, wesoły harmider przeszył ryk. - Co, kurwa? – Twarz Jacusia nabiegła krwią. - Powtórz to jeszcze raz, gówniarzu. – Rzekł mój druh ze studiów i z wielkim impetem wywalił stół z kieliszkami, grzybkami marynowanymi i innymi przekąskami. Widziałem, jak z przerażonej twarzy Mateusza odpływa życie. Jacuś, dotychczas dający się poznać jak typ wesołka i brata łaty, wyjawił swoje mroczne oblicze. - Posłucha,j co ci teraz powiem, Wypierdku Kozi. To jest mój kolega ze studiów i tutaj się kurwa szacunek należy! Jak dla ciebie to jest Pan Mnich. Zrozumiano? To jest Pan Mnich, który nocą, Przełęcz Dukielską pokonując, wiódł ku nam całe skrzynki Smädnego Mnícha. Tyś Panu Mnichowi nie godzien paprochów z pępka wyciągać! Paniał? – Jacuś frazę miał szeroką. Najbardziej podatne na nią były zwłaszcza dziewczęta oazowe. Chwilowo wykorzystywał swoje talenty do rugania rodzonego brata. - A teraz nie patrz się jak dureń, tylko sprzątaj ten bałagan i leć po kolejną butelkę. Bo się zbiły akurat. W dalszej części tamtego wieczora, a także za każdym razem potem, kiedy pojawiałem się u Jacusia w mieszkaniu, Mateusz niczym najlepszy concierge wyprzedzał moje myśli. Napełniał dopiero co opróżniony kieliszek lub przystawiał ogień do nabitej tytoniem fajki. Kiedy więc korniszony latały pod sufitem, a młodszy brat Jacusia nie wiedział czy chować się pod stół, czy może skakać z siódmego piętra, mi przypomniał się tamten słoneczny lipiec i latające zęby Michałka. Z tomami Schulza i Wojaczka w plecaku zalanym octem, żałowałem, że nie mogę jeszcze raz znaleźć się wśród Cyganów i mazowieckich wierzb. Bardziej niż w roli młodszego pomocnika sołtysa, którym wówczas byłem, widziałem siebie jako kolejne wcielenie Jerzego Ficowskiego wędrującego z malowniczym taborem i odkrywającego nową Papuszę. --- Leki zaordynowane Staszce w Sanatorium miały dwa skutki. Po pierwsze pogorszył jej się wzrok, tak, że z trudem przychodziło jej samodzielne czytanie. Po wtóre, zmienił się jej charakter. Jak nigdy zaczęła łaknąć rozmowy i coraz to nowych historii. Opowiadałem więc jej o Przełęczy Dukielskiej, o siwej skroni magistra Kapiszona, kiedy przekraczaliśmy granicę, oraz o pewnej Dorotce, która – choć pochodziła z dobrego domu – na pewnych praktykach za kilka Smädných Mníchów gotowa była zrobić dosłownie wszystko. Akurat tę historię i jej wątki poboczne lubiłem okraszać szklaneczką złotego trunku wyrwanego niegdyś bardejovskiej nocy. – Tylko Kochany , nie za dużo. Już starczy! – Trunku zdobytego już niestety w sposób bezwstydnie ordynarny – w delikatesach, na dziale z produktami regionalnymi. CDN.



Płeć: nieznana
Ocena: 5.5
Liczba komentarzy: 8    
Data dodania: 10.04.2014r.

1     

Terila Redaktor 26 04 2014 (20:17:38)

Użytkownik ocenił pracę na 5

Witaj, Quercus,
czytałam Twoje poprzednie części Staszki. Ponieważ sama Staszka często pojawia się w treści, trochę szkoda, że nadałeś swojej pracy taki sam tytuł. To lekko rozczarowujące. Myślę, że sam proces poznawania Twojej bohaterki stałaby się ciekawszy, gdyby zmienić tytuł. Jeżeli uważasz, że na tym etapie nic innego lepiej nie odzwierciedla treści, to ok. Myślę jednak, że śmiało możesz sobie dać czas na ewolucję tytułu wraz z ewolucją historii.

Momentami gubisz się w słowie pisanym. Mam na myśli coś takiego:
a twarz delikwenta przyciskała łokciem do piersi.
- naprawdę nie jestem w stanie sobie tego wyobrazić, zważywszy na to, że Staszka jest dentystką. Twarz zaburza tu logikę. Polecam zastanowić się nad użyciem głowy zamiast twarzy. Mam nadzieję, że rozumiesz, jeżeli nie, to pisz.

Nie znasz zasad pisania dialogów, polecam je wygooglować. Na pierwszej lepszej stronie powinieneś je znaleźć, a następnie próbować stosować. Cały czas się rozwijamy.

Bardzo ważna rzecz: liczby w prozie piszemy słownie. Nawet w takim przypadku.
kupili 3 – pokojowe mieszkanie


Bo się zbiły akurat.
- nie polecam zaczynać zdania od "bo".

Podoba mi się, że operujesz różnymi motywami w stylu prowadzenia narracji. Czasem zaglądasz do starożytnej Grecji, zahaczasz o francuską rodzinę Daltonów, płynnie przechodzisz przez staropolszczyznę bądź wiejską gwarę. Jest to ciekawe. Chodź bywa tak, że nieoczekiwanie wprowadzasz do narracji przekleństwa - w drugiej części - po czym przez parę kolejnych zdań się ich trzymasz. Rozumiem zastosowanie przekleństwa w dialogu, ale po tym zastosowaniu przeniosłeś je na narrację. Zacząłeś od "Nie ma, chuja, trzeba jeść", a skończyłeś na tym, że babcie nie biły się laskami a napierdalały. Te drugie przekleństwo, choć brzmi komicznie, to posiada mniejsze uzasadnienie występowania w tekście. Twój bohater od pierwszych części nie ujawnia pobudek do przekleństw, więc nagła zmiana narracji na brzydkie słowa wygląda jak dziwny impuls narratora w środku tekstu. Dziwny impuls jego osobowości i charakteru.

Nie wiem czy to dobrze, ale o wiele bardziej zainteresował mnie skromnie przedstawiany Mnich. Staszka wydaje się odwracać tylko uwagę. Zobaczymy, poczekamy.

Mnie również się podoba.
Pozdrawiam.

Quercus Użytkownik wpmt 05 05 2014 (15:33:58)
Droga Terilo

Dziękuję za komentarz. Teraz będzie w punktach:

1) Z twarzą masz rację.
2) Faktycznie zdań nie rozpoczyna się od "Bo". Tak przynajmniej mówiła Pani w czwartej klasie szkoły podstawowej. W późniejszych etapach obcowania ze słowem chyba już można. Bo autor ma na to ochotę. Bo wynika to rodzaju zastosowanej narracji. Bo tak ;)
3) Muszę przyznać (z leciusieńką uszczypliwością), że nieco protekcjonalny ton komentarza dodatkowo poprawił mi humor.

Pozdrawiam i zapraszam częściej. Wszystkim pozostałym naturalnie również dziękuję.
Do zobaczenia, amen

Quercus

Terila Redaktor 05 05 2014 (22:30:38)
2. Po prostu polecam.
3. Przepraszam, jeżeli ton komentarza jest protekcjonalny, nie miał być taki.

Będę zaglądać jak najczęściej. ;)

Srebrna Użytkownik WPMT 25 04 2014 (23:27:19)

Użytkownik ocenił pracę na 6

Witam.


To nie będzie długi komentarz, gdyż to, co zamierzałam w nim zawrzeć, napisała w swoim sufrażystka. Mam bardzo podobne (jeśli nie takie same) odczucia, baaardzo mi się podobało. Idealnie dało się na podstawie tej pracy wyobrazić sobie starą wieś, mentalność ludzi tam mieszkających, po prostu świetne.

W oczy rzuciły mi się te nieszczęsne przecinki, o których już wspomniano. I ten pierwszy dialog - to było zaplanowane, czy jest wynikiem roztargnienia? Na chwilę obecną poprawię to i owe przecinki oraz jedną literówkę (w jednym słowie znalazła się "spacja"), gdyby jednak Autor pracy miał konkretne argumenty przemawiające za tym, że myślniki są zbędne - zawsze mogę to znów poprawić, ale na chwilę obecną zmieniam.

To chyba wszystko. Pracę oceniam na 6 z minusem za w/w błędy, ale zapewniam, że język, styl i klimat zasługują na najwyższą notę.


Pozdrawiam,
Srebrna

Srebrna Użytkownik WPMT 25 04 2014 (23:33:25)
PS. Zmieniłam wielkość liter przy dialogu w komentarzu do wypowiedzi, gdyż jeśli jest wypowiedź, po niej myślnik i np. "mówił", "powiedział", "rzekł", to ten komentarz rozpoczyna się małą literą. Mam nadzieję, że wiadomo o co chodzi ;)

Amy Sol Redaktor 24 04 2014 (18:57:25)

Użytkownik ocenił pracę na 6

Witaj :)

Nie miałam przyjemności czytać poprzednich części, ale być może to dobrze - na świeżo podzielę się z Tobą, drogi Autorze, moimi uwagami i przemyśleniami na temat Twojego utworu.

Po pierwsze - pachnie świeżością, weselem i cieplutkim, wiejskim bochenkiem chleba. Wprowadzasz czytelnika w stan omotania - tworzysz niesamowity swojski klimat i kusisz, by sięgnąć po więcej. To takie moje bardzo osobiste odczucie. Teraz język i narracja. Tutaj nie mam żadnych zastrzeżeń. Uwielbiam gwarę, którą się posługujesz :D Jest genialna :D Tekst czyta się z wielką przyjemnością, wyczułam gdzieniegdzie nutkę ironii i sarkazmu :) Chwyciłeś/łaś mnie tym :) Przyznam, że już dawno nie spotkałam się z tak oryginalnym i porywającym tekstem, mimo że fabuła pozornie może wydawać się nudna i nużąca. W rzeczywistości wcale tak nie jest. I to właśnie jest sztuka :)

Teraz przejdę do strony technicznej. Radziłabym dialog rozpoczynać półpauzą/pauzą. W pierwszym dialogu, pojawiającym się w utworze, nie pojawiły się owe znaki. Interpunkcja: jedne zasady stosujesz, innych nie, ale tworzysz również całkiem nowe - oczywiście te ostatnie nie istnieją. Na szczęście nie było źle. Pod spodem zamieszczę Ci fragmenty, na które w szczególny sposób chciałabym zwrócić Twoją uwagę.

Poza tym, po co chodzić do dentysty{,} jak nie trzeba rwać{?}

W wytłuszczonych nawiasach znajdują się znaki przestankowe, których zabrakło.

- Dobra{,} Mnichu{,} teraz ty polewaj!


- Posłuchaj{,} co ci teraz powiem{,} Wypierdku Kozi. To jest mój kolega ze studiów i tutaj się{,} kurwa{,} szacunek należy! Jak dla ciebie{,} to jest Pan Mnich.

Pamiętaj, że wtrącenia oddzielamy z obydwu stron przecinkami (np. w tym przypadku przekleństwo ;D), a także zwroty do osoby uczestniczącej w dialogu (w tym przypadku chodzi mi o zwrot: "Wypierdku Kozi").

Generalnie jestem mile zaskoczona, że ktoś jeszcze pisze powieści na takie tematy jak Ty. Jestem pod wrażeniem, na prawdę. Winszuję, winszuję :) Czekam na kolejne części, a także zajrzę do poprzednich części niebawem.

Może trochę na wyrost, ale ode mnie 6 :)

Pozdrawiam ciepło,
sufrażystka

Amy Sol Redaktor 24 04 2014 (18:58:54)
* naprawdę
Przepraszam, nie wiem, jak mógł mi się wkraść taki błąd.
Pozdrawiam raz jeszcze.

Vorovitz Użytkownik wpmt 14 04 2014 (17:16:05)

Użytkownik ocenił pracę na 5

Wspaniałe :)


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9701 | Proza: 2330 | Publicystyka: 721 | Komentarze: 68306 | Użytkownicy: 12452
Online(60): 60 gości i 0 zarejestrowanych: