warto go przeczytać
Pseudonim: psychicznybanan
Życie starego moczygęby jest zaiste nieciekawe. Minione już życie, pełne najgorszych grzechów, występków, malowniczych przygód i szczęśliwych rejsów przebytych na najróżniejszych okrętach pirackich bander, uniemożliwia wizję spokojnego oczekiwania swoich dni. Życie o suchym, żebraczym chlebie w najpodlejszym z możliwych miast Jamajki, Port Royal, niesie za sobą wiele przykrych chwil.
Boleśnie przekonał się o tym sędziwy William Crow, przez pobratymców nazywany Stalowookim, gdyż pomimo wieku jego zimny wzrok wciąż mienił się resztkami jastrzębiego refleksu jakim odznaczał się na pokładach okrętów. Był to przygarbiony mężczyzna, kulejący na prawą nogę. Miał na sobie wypłowiałą koszulę, która wyglądała jakby tęskniła za czasami świetności, tu i ówdzie połatane pludry oraz wyblakłą chustę na głowie. Brudnymi włosami wstrząsał wiatr, a pod haczykowatym nosem czaił się poirytowany uśmieszek.
William przemierzał właśnie przedmieścia Port Royal. Żałował, że w ogóle ruszył się ze swojej szopy. Sprawę jaką miał załatwić szlag trafił, a przybierający na sile deszcz jeszcze bardziej psuł mu humor. Zimne krople siekały powietrze z prawdziwą furią, jakby chciały pokazać ludziom swoją niepohamowaną moc. Starzec zaklął szpetnie, posyłając w diabły Matkę Świętą, wszystkich żydów i Hiszpanów.
Kiedy dotarł - nareszcie! - pod drzwi swojej chałupki, potknął się o wystający na drodze kamień, upadając prosto w błoto. Biorąc pod uwagę kumulację wszystkich dzisiejszych wypadków, był to traf zgoła szczęśliwy. Stalowooki, mimo iż w obłoconej twarzy wyglądał jeszcze bardziej odrażająco niż zwykle, dostrzegł przez szparę budynku błysk podkutych butów. Gdyby się nie wywrócił, przeciwnik czyhający na niego w jego własnym lokum wyszedł by mu na niezbyt zresztą przyjemne spotkanie. Wnet począł się zastanawiać, co u licha robi tutaj ów nieproszony gość? Co on sobie wyobraża, mącąc jego spokój?!
Z wielkim trudem przeturlał się i podniósł z błota. W jednej chwili dobył swój marynarski sztylet, który zawsze nosił przy sobie. Bądź co bądź, nie miał pojęcia kim jest jego przeciwnik, a w razie niepożądanego ataku wypadało by się jakoś obronić.
Ostrożnie ruszył w kierunku chatki. Wzrok utkwił w ciemnym oknie, w którym - przynajmniej jak mu się wydawało - wyraźnie widać zarys chudego, wysokiego jegomościa. "Angielski przydupas", przeszło mu przez myśl, więc mocniej zacisnął dłoń na rękojeści noża. Czuł, jak narasta w nim niepokój, w wirze walki wymieszany z ciekawością. Delikatnie położył rękę na prowizorycznej klamce i z bijącym sercem pchnął drzwi. Stare, zmurszałe zawiasy jęknęły głucho, zwiastując wszystkim powrót domownika. Spod jego stopy umknął w popłochu czarny, tłusty szczur popiskując zajadle.
Crow postanowił postawić wszystko na jedną kartę. Zdecydowanym ruchem wtargnął do chłodnej izdebki, strącając przy okazji kilka pustych butelek po rumie. Szkło narobiło wielkiego rumoru, tocząc się we wszystkie strony.
Jakież było zdziwienie starego kwatermistrza okrętowego, kiedy to zamiast angielskiego kundla, krwiopijczego lichwiarza, albo jakiego księgowego, zobaczył swojego dawnego kamrata od kielicha - Steva Morgana! Przerażenie natychmiast ustąpiło miejsca szczerbatemu uśmiechu na obliczu starego.
- Bracie! Bym cię nie poznał, w tych wysoko urzędowych szmatach. Co ty w ogóle robisz? - zapytał William, patrząc z niesmakiem jak jego towarzysz macha w powietrzu jedwabną rękawiczką. Morgan nie odpowiedział. Zrobił minę wyrażającą głębokie niezadowolenie z faktu, iż to właśnie on został wysłany z misją do swojego byłego kamrata. Pociągnął nosem, rozejrzał się po licho urządzonym pomieszczeniu, po czym oznajmił oficjalnym tonem:
- Williamie Crow, zostaje pan aresztowany pod zarzutem działania na szkodę korony angielskiej, potajemne zmowy z Hiszpanami oraz piractwo. Pełną listę występków pozna pan przed dokonaniem wyroku.
Stalowooki wyraźnie pobladł pod warstwą błota jaka zbiła się w twardą powłokę na jego facjacie, uważnie wpatrując się w prześladowcę. Czy to możliwe, że zdradził go jeden z jego najlepszych druhów? Czy to możliwe, że ten Morgan, ten sam, który bez mrugnięcia oka wieszał ludzi za żebra, by wydobyć od nich cenne informacje? Ten sam, co urządzał polowania na niewinne dziewice częściej, niż zwykłą kąpiel? Niech cię piekło pochłonie, przeklęty zdrajco!
Chciał walczyć. Nie miał zamiaru poddać się ot tak. Zamachnął się ostrzem, ciągle dzierżonym w dłoni, ale nim zdążył choć drasnąć Steva, został boleśnie powalony na ziemię. Przez chwilę całkowicie stracił kontakt z otoczeniem, samotnie szamocząc się w ciemności. Później dopiero zrozumiał, iż jego były druh nie był jednak taki głupi na jakiego wygląda i z pewnością nie przyszedł tutaj sam. Nim William powstał z brudnej ziemi, miał już dłonie skrępowane kajdanami. Dwoje żołnierzy wyprowadziło go z szopy, wprost na ponurą nawałnicę. Brnąc w bagnie, stary kuternoga poprzysiągł zemstę na Stevie Morganie...
Ocena: 4.667
Liczba komentarzy: 3
Data dodania: 13.01.2009r.
Statystyki: Wiersze: 7847 | Artykuły: 264 | Recenzje: 234 | Proza: 1645 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46544 | Użytkownicy: 3566
Online(35): 31 gości i 4 zarejestrowanych:
exother, dezerter89, Zygmunt Krasiak, Mii