warto go przeczytać
Już tam jest, kiedy wchodzę do pachnącej kadzidłem i cukrem herbaciarni. Siedzi przy małym stoliku, oddalonym od wszystkich, osamotnionym. Oczywiście.
Na powitanie kiwa mi głową.
- Dzień dobry – mówię, wdziewając najsympatyczniejszy ze swej kolekcji uśmiechów.
- Dzień dobry – odpowiada uprzejmie, ale z lekką rezerwą. Odnoszę wrażenie, że czuje do mnie niechęć, co oczywiście wcale mnie nie dziwi. Ludzie zwykli żywić niechęć do dziennikarzy.
- Udzieli mi pani wywiadu? – Naturalnie zdaję sobie sprawę z absurdalności tego pytania. Jej oczy lekko się rozszerzają.
- Po to tu jestem. – Nie udaje jej się do końca opanować głosu – ostatnia sylaba lekko drży, przebrzmiewa źle skrywaną irytacją. – Ja siedzę, pani siedzi, ma pani, jak widzę, notes i ołówek. Chyba nie ma więc przeszkód, prawda?
- Nie, nie ma. A więc… - Zastanawiam się od czego zacząć. Oczywiście wszystko mam już kilkakrotnie przemyślane, ale możliwe, że przez chłód w jej głosie, nagle owiewają mnie wątpliwości.
Unosi dłoń, przerywając mi wpół słowa.
- Mimo wszystko, proszę się streszczać. Czekają na mnie, jak chyba się pani domyśla.
- Oczywiście, oczywiście. – Mój uśmiech wręcz ocieka słodyczą.
- Więc? – niemal cedzi przez zęby.
- Dobrze. – Wzdycham cicho. To raczej nie będzie najłatwiejszy z moich wywiadów. – Może na początek: kim… czym pani jest?
Pytanie z pozoru może się wydawać absurdalne i im dłużej wpatruje się we mnie z uniesionymi brwiami, tym bardziej nabieram pewności, iż lada moment postuka się w okryte kapturem czoło i wyjdzie.
Ale nie, poprawnie interpretuje moje pytanie.
- Pustką. Stanem umysłu. Niczym innym jak po prostu uczuciem.
- A może zwyczajnie brakiem towarzystwa? – podsuwam, mimo iż spodziewam się, jaką otrzymam odpowiedź.
- Nie, raczej nie. Rodzę się w umyśle, czy tam duszy człowieka. Niekoniecznie musi być to zależne od, nazwijmy to, czynników zewnętrznych. Może i bardzo często bywa, jednak nie zawsze. Tak samo jak warunki zewnętrzne nie mają wpływu już później i niekoniecznie muszą niwelować efekty... – Urywa, gdyż najwyraźniej się plącze. – Nie wiem, czy mnie pani rozumie. Mam na myśli to, że sama obecność innej osoby nie wyklucza samotności. To dusza jest samotna, nie ciało. Ciało nie potrzebuje towarzystwa.
- Ma pani na myśli to, że człowiek potrzebuje pokrewieństwa dusz?
- Tak, dokładnie. W tym przypadku nie chodzi o ilość, ale o jakość.
- Samotność w tłumie, na przykład? – pytam.
Kiwa głową.
- Chociażby. Jak widać to znana kwestia. Ma pani jakieś inne pytania?
Unosi brwi, wyczekująco.
- Mam. Mam, oczywiście. Lubi pani swoją pracę?
Wpatruje się we mnie przez dłuższą chwilę. Powoli wyraz uprzejmego zdziwienia zastępuje na jej twarzy uraza, aż w końcu zaczynam rozważać ustępstwo od wyznawanej przeze mnie reguły: „nie przepraszam, jeśli nie wiem za co”. Po jakiejś minucie jednak się odzywa. Oschle, urażonym tonem.
- Nie odpowiadam na głupie pytania, proszę pani.
- Ależ to pytanie jest całkowicie poważne. – Tym razem to ja czuję się obrażona.
Na chwilę przymyka oczy, chyba starając się uspokoić.
- A czy pani lubi oddychać? Za przeproszeniem, korzystać z ustępu? Moja praca jest dla mnie tak naturalna, jak dla pani wykonywanie czynności życiowych. – Wzdycha. Falbanki jej peleryny powiewają lekko, trącane podmuchem klimatyzatora. - Poza tym, nigdy się nie kończy. W obliczu nieskończoności niebezpiecznie jest mówić o sympatiach, czy antypatiach.
Pytania, które samo mi się nasuwa, nie potrafię powstrzymać.
- Nie miewa pani wyrzutów sumienia?
Uśmiecha się smutno.
- Nie. Jak już mówiłam, to dla mnie zupełnie naturalne. Wiem, jak wyglądam w pani oczach. Łzy, depresja, samobójstwa – dla pani to wszystko jest bardzo przykre, straszne czy godne współczucia. Dla mnie… - Wzrusza ramionami. – Dla mnie nie.
- Pamięta pani wszystkich, których pani dotknęła?
Mam skrytą nadzieję, że udało mi się ukryć niepokój stojący za tym pytaniem.
- Nie. To również powód, dla którego nie robię sobie wyrzutów.
- Dobrze, zostawmy kwestie pani sumienia, czy gustów. Proszę mi powiedzieć…
Rzucam szybkie spojrzenie na nabazgraną na marginesie notesu ściągawkę z pytaniami. – Czy jest pani słabością?
- To trudne pytanie. – Wbrew swoim słowom nie zastanawia się nawet przez moment. – Chyba tak, poniekąd. Za każdą ucieczką stoi słabość. Ale, z drugiej strony, trzeba mieć dużo siły, by wytrzymać tylko z samym sobą, nieprawdaż?
- Chyba tak.
Wznosi oczy do nieba.
- Nie oczekiwałam odpowiedzi. To było pytanie retoryczne.
- Em… - Rozpaczliwie usiłuję nie dać się zbić z tropu. – A czy samotni mogą być szczęśliwi? W końcu podobno człowiek nie może być z czymś naprawdę szczęśliwy, jeśli nie nauczy się…
Już w połowie mojej wypowiedzi niecierpliwe kręci głową.
- Jeśli nie nauczy się żyć bez tego, tak. Anthony de Melo? Ma pani na myśli, że samotni są szczęśliwi z ludźmi, bo potrafią żyć bez nich? Naprawdę pani tak uważa?
Czerwienię się, zastanawiając się, gdzież się podziało moje fachowe opanowanie.
- W zasadzie to…
Wzdycha ciężko.
- To oczywiście bzdurne przekonanie. Samotny nie tylko nie potrafi żyć bez ludzi, ale też nie potrafi żyć z nimi. Co wcale nie oznacza, że nie potrafi być szczęśliwy. Znam wielu, którym ze mną dobrze. Jestem bezpieczna.
- Wierzy pani w miłość?
Zaskoczona trzepocze rzęsami.
- A czy Lucyfer wierzy w Boga? Proszę nie odpowiadać – dodaje, widząc, że otwieram usta. - To również było pytanie retoryczne. Wierzę, oczywiście. Tak, jak dobro nie może istnieć bez zła, a radość bez rozpaczy, tak i mnie nie byłoby dziś z panią, gdyby nie miłość.
- Rozumiem. A co ze śmiercią?
Unosi brwi tak wysoko, że znikają pod kapturem.
- Pyta mnie pani, czy w nią wierzę?
Z trudem opanowuję nerwowe parsknięcie.
- Nie. Pytam, co pani o niej sądzi.
- Śmierć… - Przymyka oczy, jakby przywołując odległe wspomnienia. – W wielu kwestiach jesteśmy do siebie podobne. Niszczymy, wzbudzamy strach… Z samotnością jednak można żyć. – Śmieje się cicho z własnego żartu. – A ze Śmiercią, jak się pani chyba domyśla, raczej… niekoniecznie.
- A…
Unosi dłoń.
- Proszę poczekać, jeszcze nie skończyłam. Obie jesteśmy zarówno końcem i początkiem. Niestety, muszę przyznać, że Śmierć oferuje początek dużo atrakcyjniejszy. Jest nieunikniona, ale dobra. Ja nigdy nie bywam dobra. Mogę się taką wydawać, ale nigdy nie jestem. Samotna dusza choruje.
Zamyślam się chwilę nad jej słowami.
- Cóż to, koniec pytań? – Uśmiecha się złośliwe.
- Tak, prawie. Myślałam nad tym, co pani powiedziała.
- Pomyśli pani później – mówi z wyraźną irytacją w głosie. – Zaczyna mi się spieszyć.
- Dobrze, już kończę, to będzie ostatnie pytanie. Czy jest coś, co chciałaby pani powiedzieć wszystkim samotnym?
- Jest.
Czekam na jakiś dalszy ciąg, a gdy nie nadchodzi, pytam:
- Czy…
- Tak, mogłabym. Mam prośbę.
Staram się uprzejmie uśmiechnąć. Chyba mi nie wychodzi.
- Słucham?
- Mogłabym się chwilę zastanowić? Mam na myśli, przysłałabym pani odpowiedź listownie, a pani po prostu załączyłaby ten list do wywiadu. To poważne pytanie, nie chcę odpowiadać pochopnie. Czy takie rozwiązanie jest do przyjęcia?
- Myślę, że tak. Oczywiście. Jak najbardziej.
Śmieje się, słysząc to sprostowanie.
- W takim razie, żegnam panią – mówi, odsuwając krzesło.
- Do widzenia – odpowiadam, również się podnosząc.
Rzuca mi krzywe spojrzenie.
- Chyba lepiej byłoby dla pani, gdyby jednak nie.
- No tak, racja. Oczywiście. W takim razie… do niewidzenia.
Przytakuje mi z takim uśmiechem, że ja już wiem, że ona wie.
- Do nie widzenia.
***
List przychodzi kilka dni później w żłobionej, kremowej kopercie. Przez moment zastanawiam się, czy Samotność poświęca czas na coś takiego, jak wybór papeterii, ale ciekawość każe mi natychmiast otworzyć kopertę. Przebiegam wzrokiem linijki tekstu.
Drodzy samotni!
Wiem, co czujecie. Złość, nienawiść, smutek. I strach. A mimo tego, moi drodzy, tak łatwo Wam przyzwyczaić się do własnego nieszczęścia. Jak już wspomniałam pani dziennikarz, jestem bezpieczna. Nie wymagam od Was zmian, zaangażowania, oddania siebie. Nie lękacie się mnie stracić, a nawet jeśli odchodzę, przynosi Wam to radość, nie łzy. Możecie mnie nienawidzić, zwymyślać, odtrącać do woli. Nie trzeba o mnie zabiegać. Jakież to wygodne.
Drodzy samotni. Wiem, że cierpicie. Cierpicie, bez względu na to, jak daleko jesteście to w stanie od siebie odepchnąć.
Pani dziennikarz spytała mnie, czy jest coś, co chciałabym Wam przekazać. Owszem, jest. Jedno, ale za to najważniejsze: żyjcie. Żyjcie, bo czasem trzeba robić to co słuszne, a nie to, co łatwe. Życie jest synonimem ryzyka. Jest synonimem trudności. To suma, na którą składają się radość i cierpienie. Napawajcie się nim, bo na drugie nie macie szans.
Nie czujcie się też urażeni, że nie mam wyrzutów sumienia. Nie mogę ich mieć. Poza tym, zwykle sami o mnie wołacie. Błagam, nie zabiegajcie o mnie. Nie udawajcie, nie kłamcie samych siebie. Żyjcie, kochajcie, zyskujcie i traćcie, ale nigdy – powtarzam: nigdy, nie myślcie o mnie jak o ostoi. Bo jakąż ostoją może być bezludna wyspa na szarganym sztormem oceanie?
Z nadzieją, że nigdy nie będziecie mieli okazji odpowiedzieć,
Wasza ukochana
Samotność.
Wypuszczam list z drżących palców. Łzy wzbierają mi w oczach i spływają po policzkach, by wsiąknąć w zagryzione wargi.
„Żyjcie. Żyjcie, bo czasem trzeba robić to co słuszne, a nie to, co łatwe.”
Niepewnym ruchem wyciągam z kieszeni telefon, trzęsącymi się palcami przeszukuję listę kontaktów i w końcu wybieram pewien zakurzony, choć tak dobrze mi znany numer. W moim uchu rozlegają się dokładnie cztery sygnały.
- Cześć – szepczę.
- O mój Boże.
Ocena: 5
Liczba komentarzy: 1
Data dodania: 24.07.2011r.
Statystyki: Wiersze: 7847 | Artykuły: 264 | Recenzje: 234 | Proza: 1645 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46544 | Użytkownicy: 3566
Online(32): 29 gości i 3 zarejestrowanych:
exother, dezerter89, Zygmunt Krasiak