Zaloguj się lub zarejestruj
aby móc skorzystać z wszystkich dobroci tego serwisu...


Regulamin

warto go przeczytać

Logowanie użytkownika
Nie pamietasz hasła?
Nie masz konta? Zarejestruj się!
rejestracja
dowiedz się więcej
czym jest wpmt
Pseudonim: lawenda
Imię: Magdalena
Skąd: Szczecin - Stargard Szczec.
O sobie: "Chcę wiedzieć na przykład dlaczego istnieje piękno, dlaczego natura upiera się przy tym, by je wymyślać i jakie jest powiązanie pomiędzy żywiołem burzy z piorunami a odczuciami, jakie w nas wywołują. Jeśli bóg nie istnieje, jeśli te rzeczy nie są połączone w jeden metaforyczny system- dlaczego zatem zachowują dla nas taką moc symboliczną?" Wampir Lestat
Napisanych prac:
- wiersze: 3
- proza: 3

Średnia ocen: 4.3
Użytkownik uzyskał: 48 komentarzy

Najlepiej oceniane prace:
"Bajka o śmierci" 06.07.2009
"Spieszmy się kochać..." 06.07.2009
"Kaliber rozwaga" 09.07.2009
"mój" 30.01.2012
"Anna (2)" 07.07.2009

Inne prace tego autora:
"Spieszmy się kochać..." 06.07.2009
"Kaliber rozwaga" 09.07.2009
"Do obitej mordy" 07.07.2009
"Anna (2)" 07.07.2009
"mój" 30.01.2012

Najlepiej oceniona proza (30 dni):
"Nieumarły kwiat - I etap..." - Ironiczna - 6
"Carmel - I etap..." - subtelny demon - 6
"Jedyne Miasto - I etap..." - Ell003 - 6
"Przejście - I etap..." - Mii - 5.5
"Gdzie jest hidżab!? - I..." - Fał - 5.5

Najnowsza proza (wszystkie):
"Obcy więcej" - Dawied
"Nieumarły kwiat - I etap..." - Ironiczna
"Prolog - Krwawy rytuał...." - van Hellsing
"Potwór - I etap..." - Srebrna
"Obcy" - Dawied
"Bajka o jabłku - I etap..." - Khelben
"Przejście - I etap..." - Mii
"Uwodzeni - I etap Wyzwania..." - van Hellsing
"Bezimienna - I etap -..." - Katarzyna Łaskawa
"Kornelia, "Wyzwanie..." - Astralka

Spieszmy się kochać ludzi, odchodzą wtedy, kiedy nie powinni

tam, gdzie nie chcę być … późne lato- zima 1996


Miałam dom, jak z resztą każdy dzieciak, którego znałam. Tyle, że większość tych dzieciaków go nienawidziło. Ja zresztą też. Miałam też mamę, jak większość dzieciaków, które znam. Tyle, że większość tej większości ją nienawidziło. Ja zresztą też.
O mogłabym niej wiele powiedzieć. Była piękna i młoda. Była świetną kucharką i doskonale znała się na modzie. Była zadbana i seksowna. Była też wysportowana i szalała na dyskotekach. Pewnie była też świetną kochanką. Kobieta marzeń i kobieta, której nienawidziłam od szóstego roku życia. Wtedy właśnie poznała faceta, który zechciał ją - pannę z dzieckiem, czyli mną - kilkuletnim, roztrzepanym, gadatliwym ciężarem - a ona poczuła się przy nim i przy jego pieniądzach wystarczająco bezpieczna, bo już rok później urodził się mój brat.
Pamiętam tamten dzień, kiedy moja mama i mój nowy tatuś zaprosili mnie do salonu na poważną rozmowę. Wytłumaczyli mi, że będę miała braciszka, który w tym momencie znajduje się w bliżej nieznanym i niepojętym przeze mnie miejscu, a więc w matczynym łonie. Natychmiast założyłam moje nowe adidasy na rzepy, różową kurtkę i wybiegłam na podwórko, by pochwalić się tym nowym stworzeniem, które miało się pojawić w bliżej nie określonym terminie. Zaglądałyśmy z moją najlepszą przyjaciółką Izą przez kuchenne okno i podglądałyśmy moją matkę, jak gładzi się po brzuchu.
-Myślisz, że to jest to łono?- zapytałam.
-Nie wiem. Ciekawe jak on się tam mieści, ale teraz pewnie będą kochać go bardziej niż ciebie, co nie?
Moje przerażenie rosło wraz z brzuchem mojej matki i jej rozdrażnieniem. Już w szóstym miesiącu jej ciąży prawie codziennie obrywałam ścierką po głowie. Miesiąc później zaczęła doskwierać jej niezwykle męcząca zgaga, aż w końcu moja sytuacja doszła do momentu, w którym bałam się wystawić z pokoju chociaż czubek nosa.
Ojca nie było w domu prawie nigdy, a kiedy już w nim bywał (przeważnie w weekendy) zabawiał się z moją brzuchatą matką za zamkniętymi drzwiami. Wieczorami natomiast organizował, jak to on ujmował "opijanie zdrowo rosnącego potomka”, który przy okazji zabierał mi mamę, mimo, że jeszcze w zasadzie go nie było. Ja te spotkania określiłabym teraz po prostu zwykłym chlaniem.
Podczas tych SPOTKAŃ MAJĄCYCH NA CELU OPIJANIE ZDROWO ROSNĄCEGO POTOMKA, które przebiegały niezwykle hałaśliwie, ja, mała nieco ponad siedmioletnia dziewczynka, siedziałam zamknięta w swoim ciasnym pokoiku bawiąc się figurkami z czekoladowych jajek niespodzianek. Czasami cicho uchylałam drzwi i podsłuchiwałam o czym rozmawiają dorośli. Nie wolno mi było przebywać z nimi, kiedy pili. Kilka razy przemykałam do kuchni pod pretekstem wypicia szklanki mleka. Nikt nigdy nie zwrócił na mnie uwagi. Miałam wrażenie, że jestem tematem tabu, czymś, co pomija się w rozmowach, a kiedy już się pojawi, należy to skwitować jakimś komentarzem odwracającym uwagę. Pamiętam dobrze, jak pewnego razu naprawdę chciało mi się pić. Skończyłam układać wszystkie książki w sypialni rodziców w porządku alfabetycznym. Ojciec dając mi to zajęcie twierdził, że jest bardzo użyteczne i przynajmniej utrwalę sobie "to i owo”. Wyślizgnęłam się na paluszkach do przedpokoju i po chwili wahania zdecydowałam się przebiec najmniej zauważalnie jak się tylko da do kuchni. Do dziś nie wiem jak to się stało, ale wyrżnęłam się tuż przed fotelem mojego ojca. Grzmotnęłam brodą o panele aż zahuczało i niemal poczułam tą pełną napięcia ciszę. Nie poczułam bólu od razu. Słyszałam, jak powoli ojciec zaczyna chichotać, a zaraz za nim jego koledzy. Nie śmiała się tylko matka. Kazał mi wstać. Wstałam. Kazał nie beczeć. Zaprzeczyłam, bo przecież nie płakałam. Fuknął na mnie, bo jak ja mogę się z nim wykłócać. Zamknęłam się.
Rozpłakałam się dopiero w pokoju.
-Wybaczcie, jest taka niezdarna.
-Na szczęście teraz będziesz miał chłopaka!
-Tak. Dzięki Bogu.
Chyba najbardziej dotknęło mnie to, że moja matka nie stanęła w mojej obronie. Nie sądziłam, że siedmioletnie dziecko potrafi zrozumieć istotę upokorzenia, ale teraz już wiem. Ten ból, który czułam był silniejszy niż krwawiąca broda. Przejął całe moje ciało. Palił. Tak… chyba właśnie tak się rodzi nienawiść.
W końcu nadeszła zima. Była to pora roku, którą kochałam ponad wszystko, bo właśnie wtedy dziadek zabierał mnie na sanki do pobliskiego amfiteatru. Nie pamiętam innej zimy. Czasem mam wrażenie, że wsadził mnie na sanki już tamtej zimy, w której się urodziłam. To było dla mnie ogromne wydarzenie. To było coś lepszego niż Boże Narodzenie albo Wielkanoc. Fajniejsze niż ubieranie choinki, malowanie jajek i dni, kiedy ojca nie było w domu.
Kiedy spadł pierwszy śnieg, już jakby intuicyjnie wygrzebałam z szafy stojącej w korytarzu mój gruby szalik, specjalną na tą okazję czapkę z pomponami i rękawiczki z dwoma palcami. Tak bardzo się spieszyłam, że niemal spadłam ze stołka, który umożliwiał mi wyciągnięcie tego wszystkiego z najwyższej półki, choć i tak byłam wysoka jak na swój wiek. Mama coś tam gotowała. Ojciec pojechał do swojej matki opowiedzieć o ostatnim badaniu USG. Z radia stojącego w kuchni płynęła spokojna, świąteczna piosenka. Coś w stylu tych tandetnych corocznych "dzyń, dzyń, dzyń”. Najbardziej zapamiętałam kwaśny zapach kapusty z grzybami. Mama przygotowywała pierogi i uszka już tydzień przed świętami. Stały na balkonie w dużym niebieskim garnku, kusząc i przyciągając.
Zakładałam właśnie kurtkę, kiedy mama wyszła z kuchni i warknęła:
- A ty dokąd?
- Na sanki z dziadkiem.
- Wybij to sobie z głowy. Nie posprzątałaś jeszcze pokoju.
- Ale mamuś!
Zawsze mówiłam do mojej matki zdrobniale. Gdybym użyła słowa: "mamo” lub "matko”, albo co gorsza zwróciłabym się do niej w formie bezosobowej, jestem pewna, że natychmiast dostałabym w twarz.
- Powiedziałam chyba! Nie dyskutuj ze mną!
Pierwszy śnieg i sanki to było dla mnie coś, co łączyło się ze sobą nierozerwalnie. Zabronić mi pójścia z dziadkiem do parku właśnie teraz, to tak, jakby odwołać zimę i zakłócić naturalny bieg pór roku.
- Nie możesz mi zabronić! Nie możesz! I tak pójdę!
Pamiętam tylko, że wylądowałam na podłodze. Ból jak zawsze przyszedł później, kiedy już minął szok. Właściwie nie płakałam. Łkałam przez zaciśnięte zęby, bo nie chciałam pokazać słabości. Tak… chyba właśnie tak pogłębia się nienawiść.
Matka oparła ręce na biodrach i beznamiętnie przyglądała się jak niezdarnie wstaję na nogi. Wiedziała, że już się nie sprzeciwię. Ja wiedziałam, że już nigdy nie spojrzę na nią jak na mamę.
Śnieg i mróz tak pięknie wyhaftowały na oknach magiczne kwiaty. Zaczarowany zimowy świat kwitł za oknem, a ja tkwiłam w tym przeklętym więzieniu.
Właśnie wtedy drzwi otworzyły się i do mieszkania wszedł ojciec z torbami zapakowanych starannie prezentów. Postawił wszystko na podłodze i z niepokojem spojrzał na matkę.
- Co się stało?
- Mam jej już dosyć. Ty z nią porozmawiaj!
I poszła do kuchni zostawiając mnie przerażoną przed moim wielkim ojcem. Tak bardzo się go bałam. Jeśli tylko by mnie uderzył z pewnością potrafiłby mnie zabić. Naprawdę. Naprawdę ja, siedmioletnia dziewczynka zastanawiałam się wtedy: "Czy on mnie teraz zabije?”.
Zawsze powtarzał, że mamusia jest w ciąży i pod żadnym pozorem nie można jej denerwować, bo jeśli mamusia się zdenerwuje, to mój braciszek może urodzić się chory, a wtedy mamusia i tatuś będą bardzo źli. Mimowolnie zacisnęłam pięści. Kiczowate "dzyń, dzyń, dzyń” zmieniło się na kolejne jeszcze bardziej kiczowate "dzyń, dzyń, dzyń”.
Reszta potoczyła się bardzo szybko. Stałam tak wściekła na matkę, że zabrania mi sanek z dziadziusiem i jednocześnie przerażona wściekłym wyrazem twarzy mojego ojca. Zastanawiałam się czy teraz, skoro zdenerwowałam mamę, mój brat będzie chory. Nie chciałam tego, mimo, że będąc jeszcze wypukłym brzuchem doszczętnie niszczył mi życie. I wtedy zadzwonił telefon. Wiedziałam, że to dziadek. Pewnie chciał zapytać, czy jestem gotowa na sanki. Wściekałam się, że nie pobiegamy razem po śniegu, nie porzucamy się śnieżkami, nie ulepimy bałwana, a później dziadek nie zabierze mnie do mojej kochanej babci, która robiła najlepsze na świecie pierogi i haftowała prześliczne róże na obrusie. Nie będę powoli, spokojnie usypiać na babcinych kolanach wsłuchując się w programy przyrodnicze i historyczne, które dziadek uwielbiał. Był tak mądrym człowiekiem… i chyba najmądrzejszym kierowcą PKS-u jaki istniał. Oczytany, znał kilka języków, geografię prawie całego świata i nie było pytania z historii, na które by nie odpowiedział. Oczywiście tyle, o ile pozwalała na to komuna. Chyba jedyne czego nie potrafił, to malować. Kiedyś poprosiłam, żeby namalował za mnie pastwisko ze zwierzętami hodowlanymi, bo w zerówce ciągle trzeba było coś rysować, wyklejać albo kolorować. Kiedy dziadek już pokazał mi swój rysunek, nawet ja przy swojej dziecięcej, bogatej wyobraźni nie potrafiłam odróżnić krowy od kozy.
Stałam tak i czekałam aż ktoś odbierze telefon. Nie mogłam się doczekać, aż mój narwany i wybuchowy dziadek ochrzani matkę i ojca z góry do dołu, bo nie chcą puścić jego kochanej, jedynej wnusi na sanki. Przecież to nie do pomyślenia! Moi rodzice byli podłymi, bezdusznymi klawiszami, a dziadek dobrym, wspaniałym wybawicielem z tego koszmaru. Brakowało mi tylko pasiaka. Już czekałam aż ten przeklęty twardziel- mój ojciec położy uszy po sobie i pozwoli mi się ubrać. Tamten telefon miał być moim wybawieniem. Dziadek miał jeszcze jakąś władzę nad swoim przyszłym zięciem i był jedyną osobą, która mogła mi pomóc.
Ojciec wychylił się nade mną po słuchawkę, po czym po krótkiej ciszy oddał ją mojej matce. Zamarła. HA!- pomyślałam.- Masz za swoje! Macie oboje. Dziadek i ja pójdziemy na sanki i nic tego nie zmieni!



* * *

Kilka dni później w grudniowy ponury poranek urodził się mój brat. W prawdzie tydzień przed terminem, ale przyszedł na świat ważąc prawie cztery kilo, wrzeszcząc i machając nogami, więc cała rodzina została niemal natychmiast poinformowana o fakcie, że w końcu pojawił się ten wyczekiwany potomek. Matka rodziła przez prawie dwie doby i kiedy w końcu wydusiła z siebie swoje dziecko nie była zachwycona jego widokiem. Położna położyła jej małego na piersi, ale ona warknęła tylko : "Później! Dajcie mi odpocząć!”.
Miałam tylko nadzieję, że mnie powitała odrobinę cieplej.
Kiedy w końcu mi go pokazali, moja złość zniknęła. Był taki jak wszystkie dzidziusie, tylko trochę bardziej czerwony. Zastanawiałam się, czy to minie, ale nie przeszkadzało mi to. Dzidziuś miał otrzymać od ojca mojego ojca imię dopiero po powrocie do domu oczywiście przy flaszce. Wtedy po raz pierwszy miałam zobaczyć rodziców taty. Nigdy wcześniej ich nie widziałam, bo mieszkali daleko za granicą. Parę razy rozmawiałam z nimi przez telefon, ale rozmowy te były tak chłodne, że nawet nie ma sensu ich wspominać. Dowiadywałam się z nich zawsze tego samego. "Nie mamy czasu przyjechać na twoje urodziny.” "Nie mamy czasu wpaść w wakacje.” Byłam wnuczką na odległość. Takim skutkiem ubocznym głównego nabytku ojca- mojego brata i nabytku podrzędnego- mojej matki. Tyle, że mój mały braciszek miał dać mi możliwość poznania dziadków i przy okazji zjedzenia pysznego tortu, który mieli przywieźć ze Szwajcarii specjalnie na oblewanie pępkowego.
Mama spędziła w szpitalu prawie tydzień. Kiedy z niego wyszła, oprócz radości z narodzin mojego brata pozostało jeszcze odwiedzenie dziadka w szpitalu. Mieliśmy nadzieję, że od ostatniej wizyty jego stan chociaż trochę się polepszył. Od tamtego dnia, kiedy spadł pierwszy śnieg i przeciągle, niepokojąco zadzwonił telefon, a my dowiedzieliśmy się, że dziadek miał udar, w domu i poza nim panowało przygnębiające milczenie. Chociaż teraz jest mi z tego powodu wstyd wtedy największą tragedią było dla mnie to, że tamtej zimy nie poszłam z dziadkiem na sanki.
Tamtego dnia, kiedy ja i ojciec w kompletnej ciszy odbieraliśmy mamę i mojego braciszka ze szpitala, padał rzęsisty deszcz. Pogoda miała niesamowicie depresyjny nastrój. Przechodnie przemykali ulicami ze spuszczonymi głowami. Samochody stały w korkach. Kierowcy klęli i trąbili. Nerwowa atmosfera pogłębiła się, kiedy (jak to ujął mój ojciec) jakiś przeklęty bachor wlazł nam prosto pod koła. Starałam się oddychać jak najciszej, byleby tylko tata nie wyżył się na mnie.
Napięcie pogłębiło się w czasie drogi powrotnej, bo mój brat wył tak głośno, że zagłuszał wszystko łącznie z hałasem z ulicy i kłótnią rodziców. Matka siedziała z tyłu obok mnie i nerwowo kołysała drzącego się w niebogłosy malucha kłócąc się o coś z ojcem. Spoglądałam na niego ukradkiem i nie mogłam zrozumieć jak taka mała istota może wydobyć z siebie tak donośne wrzaski. Właściwie też nie byłabym zachwycona, gdyby tak szczelnie opatulono mnie rożkiem i zakryło mi się pół twarzy tetrową pieluchą.
Byłam zła, bo przez mojego brata przegapiłam wigilię. Ojciec cały dzień siedział ze swoimi nabytkami, babcia przy dziadku, a ja musiałam zostać u mojej grubej, podłej ciotki Elżbiety. Miała sztuczną, śmierdzącą strychem choinkę i paskudne, mdłe jedzenie. Jej dzieci strasznie mi dokuczały. To były najbardziej rozwydrzone dzieciaki jakie w życiu spotkałam. Na szczęście wigilia i pierwszy dzień świąt minęły zaskakująco szybko, a ja mogłam wrócić do domu, który choć znienawidzony, był już lepszy niż ohydna klitka mojej ciotki powyklejana brzydkimi tapetami w okropne, zbyt kolorowe kwieciste wzory.
Mama i tata zachowywali się jak tykające bomby. Po przyjeździe do domu dostałam do rąk krzyczącego malucha, a oni zamknęli się w sypialni, by dokończyć rozpoczętą w aucie kłótnię. Leżał na moich kolanach. W końcu przestał płakać i spojrzał tymi swoimi wielkimi, niebieskimi oczkami prosto w moje. Pomyślałam, że jest ślicznym dzieckiem i pewnie dlatego tak go kochają. Może ja nie byłam taka ładna.
Kiedy mój braciszek zasnął, rodzice pojechali do szpitala, by dowiedzieć się o stan dziadka. Bardzo chciałam jechać z nimi, ale oznajmiono mi tylko, że jestem za gówniara, żeby czegoś żądać i o sobie decydować. Płakałam w poduszkę w swoim pokoju nie mogąc się uspokoić. W końcu matka z czystej litości i prawdopodobnie mając już dosyć tego przykrego, męczącego dnia i pod wpływem depresji poporodowej pozwoliła mi zadzwonić do szpitala.
- Dziadek? Kiedy pójdziemy na sanki? Czemu nie zabrałeś mnie na sanki?
Matka spojrzała wymownie w sufit i załamując ręce nad moją dziecięcą głupotą wyszła z przedpokoju.
- No? To kiedy pójdziemy na sanki?- przyciszyłam ton.
- Nie wiem mandarynko. Nie wiem. Trochę źle się czuję.
- Proszę. Babcia da ci tabletki i idźmy dziś na sanki.
Dziadek roześmiał się, a zaraz potem musiał kończyć. To była nasza ostatnia rozmowa, bo kilka godzin później dziadek zmarł we śnie.



        Dedykacja: dla śp babci...bez Ciebie święta nie pachną choinka

Ocena: 5
Liczba komentarzy: 2    
Data dodania: 06.07.2009r.

1     

kajcio2000 07 07 2009 (17:06:31)

Użytkownik ocenił pracę na 6

Bardzo do mnie przemawia xD I jestem pod wrażeniem Twojej prac... Podoba i się o że jest wypełniona uczuciami . Piszesz tak bogato jak byś sama było bohaterką w Twoim opowiadaniu... Daje tyle ile mogę bo według mnie na to zasługujesz Ty i Twoja praca

seska 07 07 2009 (10:26:48)

Użytkownik ocenił pracę na 4

Nie wiem czy pogoda może mieć nastrój. Zmieniłam pisownię "z resztą" w pierwszym akapicie, bo myślę, że w tym znaczeniu bardziej tu pasuje. Znalazłam powtórzenia, błędy interpunkcyjne, złą odmianę wyrazu. Dajesz także cudzysłów tam gdzie nie jest on potrzebny. Nie do końca rozumiem też tytuł, wszak bohaterka kochała swojego dziadka. Reszta całkiem nieźle. Ponieważ to pierwsza Twoja praca, którą oceniam, będzie 4 z minusem.


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Piąty Peron WSQN E-tekst /></a> 
<a href=Piórem Feniksa Edupedia Audiobook

Statystyki: Wiersze: 7847 | Artykuły: 264 | Recenzje: 234 | Proza: 1645 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46544 | Użytkownicy: 3566
Online(31): 28 gości i 3 zarejestrowanych: exother, dezerter89, Zygmunt Krasiak

Dekalog | Historia | Redakcja | Regulamin rekrutacji
Nasze społeczności: Nasza-klasa | Facebook | Nasze serwisy: Portal | Forum | Mapa | Kanały RSS: Prace | Nowości | Wydarzenia
Współpraca: Portal literacki | Copyright © 2008 - 2010, portal literacki wpmt.pl