Spalony Dom

Od dziecka marzyłam, by choć przez chwilę znaleźć się w scenerii podobnej do tych, w których rozgrywa się akcja wielu utworów moich ukochanych pisarzy gotyckich. Mroczny las, stare domiszcze, mrożące krew w żyłach rodowe sekrety… ale jakoś nigdy nie mogłam się wyzwolić z codziennej, wielkomiejkiej wegetacji, bywania stale w tych samych miejscach, wykonywania stale tych samych czynności z niezmienną częstotliwością. Czułam, ba, wiedziałam doskonale, że moja wyobraźnia powoli umiera, tonąc w mętnych wodach codziennej monotonii, które jak trzęsawisko wciągały mnie w otchłań marazmu i ogłupienia. Jedynym antidotum na tę truciznę wszechogarniającej szarości było czytanie osiemnastowiecznych powieści oraz wieczorne seanse gry na rozpadającym się, starym pianinie. Ten stan uległ radykalnej zmianie pewnego sobotniego popołudnia, gdy mechanicznie otworzyłam skrzynkę na listy w sieni kamienicy i zauważyłam, że na samym dnie, przytłoczona stosem ulotek reklamowych, monitów bankowych dla byłego najemcy oraz aktualizacji taryf opłat za wodę i ogrzewanie, leży wąska, czarna koperta. Przesyłka adresowana była na moje nazwisko. Adres wypisano ręcznie, pięknym, kaligraficznym gotykiem. Z niecierpliwością chwyciłam ów list, spychając w czeluści skrzynki mniej ciekawą korespondencję, szybko przekręciłam klucz i, nie mogąc czekać ani minuty dłużej, otwarłam kopertę. Pierwszą rzeczą, jaka rzuciła mi się w oczy po jej otwarciu był fakt, że sam list również starannie wykaligrafowano czarnym inkaustem. Nie mogłam oderwać wzroku od szlachetnie łamanych konturów liter, które przywodziły na myśl średniowieczne manuskrypty. Zaczęłam czytać: Nowo powstały w Krakowie Klub Pisarzy Osobliwych ma zaszczyt zaprosić Panią na posiedzenie zapoznawcze, które odbędzie się dnia 13 marca 2013 roku o godzinie 20.00 w Spalonym Domu przy Młynówce Królewskiej. Z nadzieją oczekujemy Pani przybycia. -To już dziś! – pomyślałam – Jak to dobrze, że nie miałam żadnych planów na ten weekend! Spalony dom... ile razy przechodziłam koło niego, czułam się jakoś nieswojo, choć z drugiej strony zawierał on w sobie wszelkie cechy wymarzonego i wyśnionego przeze mnie gotyckiego domostwa. Ileż to razy w czasie popołudniowych spacerów zatrzymywałam się przed tą tajemniczą fasadą zastanawiając się, czy ulec perswazji romantycznej ciekawości i przedrzeć się przez gąszcz porastających ogród chwastów, by przekroczyć tajemniczy próg. Nigdy jednak się na to nie zdobyłam. Za każdym razem romantyczna, awanturnicza strona mojej duszy przegrywała batalię z głosami rozumu i zwykłego, prozaicznego strachu, które zgodnym chórem odwodziły mnie od tego szalonego poniekąd pomysłu. „A co będzie, jeśli w środku nie znajdziesz nic ciekawego z wyjątkiem bandy agresywnych squatersów? A jak coś ci spadnie na głowę?”, pytał rozum. „A jeśli ten dom rzeczywiście kryje w sobie coś dziwnego? Wytrzymasz?”, pytał strach. Teraz nareszcie, moje sfrustrowane, lecz wciąż silne marzenie miało szansę się spełnić. Dostałam imienne zaproszenie na spotkanie w gronie innych pasjonatów literatury nigdzie indziej, jak właśnie w Spalonym Domu! Po tylu latach bezowocnych zmagań z głosami zdrowego rozsądku i różnorakich lęków mogłam zobaczyć wnętrze tej urokliwej budowli, nie narażając się na ataki gwałcicieli i bandytów. W jednej chwili moja wyobraźnia znów zaczęła pracować na pełnych obrotach. Mój mózg ponownie napełnił się po brzegi fantazjami na temat dawnych mieszkańców domu i rozgrywających się tam mrożących krew w żyłach wydarzeń... Poczułam się równie szczęśliwa i podekscytowana, jak moja imienniczka Katarzyna Morland w przeddzień wyjazdu do bajkowego Opactwa Northanger! Kiedy tak stałam w sieni kamienicy, wczytując się po raz kolejny w treść listu, z błogiej zadumy wyrwało mnie toporne „Dżen dobży Kasza!”. Był to mój sąsiad Walijczyk, z którym od czasu wprowadzenia się do mojego mikroskopijnego mieszkanka na poddaszu prowadziłam regularną wymianę językową. Ja uczyłam go polskiego, Ben natomiast, z wykształcenia filolog, z poświęceniem pomagał mi szlifować angielski. Czarna koperta i gotyckie litery od razu przykuły jego uwagę, gdyż zajrzał mi przez ramię z wielkim zaciekawieniem wpatrując się w nietuzinkowe zaproszenie. - Widziałeś to? – zapytałam. - Własznie widzę. Wygląda nieżle! – odparł Ben, coraz bardziej zaintrygowany listem. – Wybiełasz się tam? - A jakże! Oczywiście! Od dawna mam obsesję na punkcie tego domu, ale zawsze się bałam tam wchodzić sama. Nigdy nie wiadomo, jakie typy mogą tam nocować. Teraz wreszcie będę mogła zwiedzić Spalony Dom bez żadnych obaw! Czyż to nie cudowne, że nawet najdziwniejsze marzenia czasem się spełniają? - Znasz tych ludżi? – spytał Ben, z właściwą sobie dozą trzeźwości. - Ależ skąd. To jakieś nowo powstałe stowarzyszenie, nie mam bladego pojęcia, kim są ci ludzie. Wiem tylko jedną: oni muszą być naprawdę bardzo ciekawi. Na pewno znajdę niejedną bratnią duszę! -Masz przeczeż mnie! – odparł kokieteryjnie Ben. – A tak na serio – mogę cię podwieszcz. Zawsze lepiej jechacz z kimsz niż samemu, szczególnie póżnym wieczołem... -Gadasz jak mój ojciec! – odpowiedziałam, nieco zirytowana. – Gdybyś trochę popracował nad polskimi spółgłoskami, można by was było z powodzeniem pomylić! -Dżękuję za komplement. Czuję się uhonorowany – odrzekł Ben, z nutą wyspiarskiej ironii. – Po płostu dbam o bezpieczeństwo mojej sąszadki – dodał, marszcząc oczy w przyjacielskim uśmiechu. – Ale jakby co, to dzwoń! - Jasne, dzięki za troskę – odpowiedziałam. To bardzo miło z twojej strony, że się o mnie martwisz, ale na pewno sobie poradzę. Kiedy napadnie mnie stado wampirów, na pewno zadzwonię! - Uważaj na szebie! – powtórzył Ben, po czym pomachał mi rękawiczkami i zniknął w drzwiach swego mieszkania. Zainspirowana wizją wieczornego spotkania, rzuciłam się w wir pisania dawno już zarzuconej powieści. Ani się obejrzałam, a była już dziewiętnasta. Byłam gotowa nawet zjawić się wcześniej w umówionym miejscu, tak ciekawiła i cieszyła mnie perspektywa rychłego spotkania z członkami Klubu Pisarzy Osobliwych. Już sama nazwa tego stowarzyszenia brzmiała niezwykle intrygująco. Gdy w oddali zamajaczyła upragniona „czwórka”, poczułam, że moje serce zaczęło bić nieco szybciej. Odruchowo wsunęłam rękę do kieszeni płaszcza i sprawdziłam, czy wzięłam ze sobą niezbędne zaproszenie. Gdy poczułam pod palcami gładką fakturę koperty, poczułam ulgę. - Jest! – pomyślałam. Z wnętrza wagonu biło mdłe, żółtawe światło. Tramwaj był prawie pusty. Na ostatnim siedzeniu drzemał pijany kloszard. Z przodu natomiast siedziała filigranowa, starsza pani ubrana całkowicie na czarno, w długiej, staromodnej sukni oraz ogromnym, lekko asymetrycznym kapeluszu z szykowną, czarną woalką szczelnie zakrywającą całą twarz. Kiedy wreszcie tramwaj dotarł do skrzyżowania ulicy Bronowickiej i Piastowskiej, zaczęło już się ściemniać. Starsza pani w czerni wysiadła na tym samym przystanku, co ja. Z początku ta drobna, choć dostojna dama ruszyła tą samą trasą, lecz szybko zniknęła mi z oczu, zupełnie tak, jakby jej eteryczna sylwetka nagle rozpłynęła się w wilgotnym, wiosennym powietrzu. Młynówka, która w sobotnie wieczory zwykła tryskać życiem, tego wieczoru opustoszała, jakby jej urokliwa sceneria została specjalnie zarezerwowana przez jakąś wyższą siłę na spotkanie Klubu Pisarzy Osobliwych. Przez ułamek sekundy zdawało mi się, że ponownie zobaczyłam damę w czerni, choć do dziś nie jestem pewna, czy nie był to wyłącznie jeden z omamów mojej budzącej się znów do życia wyobraźni. Na miejsce spotkania dotarłam punktualnie. Byłam nieco zaskoczona, gdy przed Spalonym Domem nie zastałam żywej duszy. Ogród spowiła już wieczorna mgła. W powietrzu czuć było woń spalenizny. Uznałam, że jest raczej niemożliwe, by wydobywała się ona z domu, który przecież spłonął kilkadziesiąt lat temu. -Jakiś idiota znów pali śmieci w ogródku! - pomyślałam. Nieprzyjemny, zgryźliwy zapach sprawił, że oczy zaszły mi łzami. Spojrzałam na zegarek. Była już dwudziesta z minutami. Spalony Dom sprawiał wrażenie równie opustoszałego, jak cała okolica. W gęsto zarośniętym chaszczami ogrodzie nie było ani jednej żywej duszy, nic też nie wskazywało na to, by ktoś znajdował się wewnątrz budynku. Sytuacja, którą zastałam, wzbudziła we mnie mieszankę niesmaku i zniecierpliwienia. - Czyżby ktoś sobie ze mnie zażartował? – pomyślałam – To niemożliwe, by spotkanie miało się odbyć o tej porze, bo tu przecież nikogo nie ma! Kiedy już upłynęło pół godziny i nabrałam mocnego przekonania, że padłam ofiarą jakiegoś, delikatnie mówiąc, niemądrego żartu, moim oczom ukazała się znajoma, eteryczna sylwetka starszej pani w czerni. Bez słowa doprowadziła do ogrodu, a następnie do wnętrza domu. Kiedy szłyśmy przez gęstwinę rozpanoszonych chwastów, doznałam dziwnego wrażenia, że nie słyszę kroków mojej towarzyszki, a jedynie swoje własne. Spojrzałam ukradkiem na damę w czerni, lecz spływająca z jej kapelusza woalka była zbyt gruba, bym mogła zobaczyć choćby fragment skrywanej przez nią twarzy. Kiedy przekroczyłyśmy próg Spalonego Domu, doznałam pewnej ulgi, gdyż w zrujnowanym holu ktoś niepostrzeżenie zapalił światło. Pierwszą rzeczą, jaka ukazała się moim oczom był właśnie ten piękny, kryształowy świecznik! Stał on na znajdujacym się pośrodku pomieszczenia przypalonym, drewnianym sole, przy którym siedział czterdziestoparoletni mężczyzna o śniadej cerze i melancholijnym spojrzeniu. Moją uwagę przykuły jego nadnaturalnie długie paznokcie. Przełamawszy naturalny wobec takiego widoku wstręt i opór, podeszłam do nieznajomego, by się przedstawić. -Witam, jestem Katarzyna. Bardzo mi miło się z Państwem spotkać. Wyciągnęłam rękę w stronę mężczyzny, ten jednak nie zareagował. Zauważyłam, że połowę jego twarzy pokrywają blizny po silnych poparzeniach. W tym samym momencie nieprzyjemne wrażenie, jakie wywarł na mnie przypuszczalny gospodarz domu na chwilę osłabło, gdy nagle zdałam sobie sprawę z popełnionego przez siebie faux pas. Nie zauważyłam bowiem wcześniej, że obok mężczyzny siedziała bowiem młoda dziewczyna o podobnym jak jego, melancholijnym spojrzeniu. Co ciekawe, ona również nosiła ślady poparzenia. Jej długie, ciemne warkocze były do połowy zwęglone. Podobnie, jak siedzący obok niej mężczyzna, dziewczyna była ubrana bardzo niemodnie. Oboje sprawiali wrażenie, jakby przywędrowali do naszego stulecia w kapsule czasowej z odległych już lat pięćdziesiątych lub sześćdziesiątych dwudziestego wieku. Starsza pani w czerni również odbiegała swą aparycją od swych równolatek. Jej wspaniała suknia sięgała samej ziemi, kapelusz zaś był niemal identyczny jak ten, w którym moja prababka została uwieczniona przez przedwojennego, lwowskiego fotografa. - Najmocniej panią przepraszam! Zupełnie pani nie zauważyłam! – zwróciłam się dziewczyny, tłumacząc się ze swego roztargnienia – To wszystko przez te emocje, z taką niecierpliwością czekałam na nasze spotkanie! Dziewczyna jednakże zdawała się mnie nie słyszeć tak, jakby myślami znajdowała się zupełnie gdzieś indziej. - Mam tylko nadzieję, że to nie pomyłka, że dobrze trafiłam... – dodałam po chwili. Cała trójka konsekwentnie milczała. Poczułam się bardzo nieprzyjemnie. Nie tak wyobrażałam sobie spotkanie, na które zostałam zaproszona... Dlaczego nikt nic nie mówił? Na wieczorze literackim powinna przecież panować zgoła inna atmosfera, uczestnicy powinni rozmawiać, a nawet walczyć o zostanie dopuszczonym do głosu, by podzielić się swymi spostrzeżeniami z innymi. A tymczasem w pomieszczeniu, w którym się znajdowałam, panowało ponure milczenie. Nagle zauważyłam, że na stole leży jakiś list, bardzo podobny to tego, który rano znalazłam w skrzynce pocztowej i który wciąż trzymałam w kieszeni. Przyjrzałam mu się dyskretnie i od razu rozpoznałam znajomy nagłówek, wykaligrafowany najwyraźniej przez tę samą rękę! Moją uwagę przykuła widniejąca na zaproszeniu data: 13 marca 1963. Powoli zaczął do mnie docierać fakt, że wokół mnie rozgrywa się jakiś dziwaczny, upiorny spektakl. Wsunęłam rękę do torebki i chwyciłam telefon, by zadzwonić do Bena, lecz okazało się, że jestem poza zasięgiem. Swąd spalenizny, który od początku unosił się w pomieszczeniu, stał się teraz bardzo mocny, wręcz nieznośny. Było mi niedobrze, znalazłam się na skraju ataku paniki. Gdy zaczęłam desperacko rozglądać się po pomieszczeniu, mój wzrok nagle zatrzymał się na szykownej sukni starej damy. Spostrzegłam, że była ona miejscami nadpalona! Choć z początku obezwładniona przez strach, nie zdawałam sobie sprawy, z kim mam do czynienia, teraz uświadomiłam sobie, że (choć zabrzmi to nieprawdopodobnie) ci ludzie od dawna nie żyją! Jeden rzut oka na nienaturalnie długie paznokcie mężczyzny oraz siedzącej obok niego dziewczyny rozwiał już wszystkie wątpliwości. Rosnące przerażenie oraz coraz bardziej dokuczliwy zapach spalenizny sprawiły, że zaczęłam się dusić. Ostatkiem sił zwróciłam się w stronę drzwi wejściowych, lecz gdy pociągnęłam za klamkę, okazało się, że są one zamknięte. -Muszę się stąd wydostać! - pomyślałam, nie tracąc nadziei, że jakimś uda mi się uciec ze Spalonego Domu. Nie tracąc ani chwili, zaczęłam z całej siły uderzać w drewniane drzwi i wołać o pomoc najgłośniej, jak tylko potrafiłam. Powoli jednak zaczęłam tracić siły. Gdy już wydawało mi się, że nigdy nie opuszczę tego strasznego miejsca, dobiegł mnie pisk opon samochodu. Usłyszałam trzask pośpiesznie zamykanych drzwiczek, a następnie szybkie kroki zbliżające się w stronę domu. Nie mogłam już krzyczeć przez gdyż gryzący swąd. Zebrałam w sobie jednak ostatnie siły i zaczęłam gwałtownie szarpać zardzewiałą klamkę. - Kasza, odsun szę od drzwi! – W tej chwili zabawna wymowa Bena zabrzmiała dla mnie jak najpiękniejsza muzyka. Ledwie zdążyłam odskoczyć od zmurszałych drzwi, a już rozpadły się one na kilka części i moim oczom ukazała się znajoma, zwalista sylwetka mojego sąsiada. - Co sze stało? - spytał Ben. - Gdże są wszyscy? Rozejrzałam się wkoło. Hol był pusty! Po przerażającym spotkaniu pozostał jedynie swąd spalenizny oraz czarna koperta z zaproszeniem. Dymiący jeszcze, kryształowy świecznik, który jeszcze chwilę wcześniej stał na stole, teraz leżał na podłodze. - Jak dobrze, że jesteś! Nawet nie wiem, jak ci dziękować! - wykrztusiłam z siebie, kaszląc i rzucając się na szyję Benowi, który również zaczął kasłać. - Ale tu szmiełdżi! – zawołał. – Popatrz na to zapłoszenie - jak twoje, ale stłasznie stałe! - dodał po chwili ze zdziwieniem. - Nie mam pojęcia, o co w tym wszystkim chodzi! – odparłam. – Nie myśl, że zwariowałam, ale jestem przekonana, że to były duchy! - Jakie duchy? O czym ty mówisz? – spytał Ben, ze zdziwieniem unosząc brwi do góry. - Chodźmy stąd, zaraz ci wszystko opowiem. W drodze do domu dokładnie zrelacjonowałam Benowi przebieg całego spotkania. Porównaliśmy nadpalone zaproszenie z 1962 roku z tym, które przyszło na mój adres – były niemal identyczne. Fakt, że zostały napisane tą samą ręką, nie budził żadnych wątpliwości. Kiedy dotarliśmy do naszej kamienicy, Ben zaprosił mnie do siebie. Zaparzył herbatę na rozgrzanie i włączył komputer. - Muszimy spławdżicz, co to za histołia! - powiedział. Wpisałam w okienko wyszukiwarki słowa: Spalony Dom Młynówka Królewska. Komputer długo szukał związanych treści, aż wreszcie naszym oczom ukazał się artykuł w Wikipedii na temat tragicznej historii związanej z opustoszałym domostwem. Oto fragment owej noty: 13 marca 1962 roku budynek doszczętnie spłonął. Przyczyną pożaru był prawdopodobnie świecznik, który upadł na drewniany parkiet. Znajdujący się wewnątrz domu właściciel, krakowski literat Piotr Ambrosini wraz z córką Anną zginęli na miejscu. W chwili, gdy wybuchł pożar, 75-letnia Maria Ambrosini, matka Piotra, przebywała na spotkaniu ze swą siostrą. Gdy wróciwszy zastała płonący dom, nie czekając na przybycie straży pożarnej, usiłowała ratować syna i wnuczkę. Nie udało jej się jednak ocalić swych bliskich i sama również zginęła w płomieniach. Zaplanowane na ten dzień spotkanie zapoznawcze nowo założonego przez Piotra Ambrosiniego Klubu Pisarzy Osobliwych nigdy nie doszło do skutku. Spojrzeliśmy z Benem po sobie. - Strasznie smutna historia! – powiedział Ben. Jego krzaczaste brwi ściągnęły się nad nosem. - I jaka niezwykła! - zawołałam. -Uwielbiam literaturę gotycką i niesamowite historie, ale nigdy nie traktowałam tego wszystkiego poważnie! Nawet przez myśl mi nie przeszło, że duchy mogą istnieć naprawdę! Ben milczał... Z niedowierzaniem obracał w palcach lewej ręki oba zaproszenia, prawą zaś powoli mieszał herbatę w filiżance, sprawiając wrażenie pogrążonego w zadumie... Po chwili jednak odłożył zaproszenia i z entuzjastycznym wyrazem twarzy zwrócił się w moją stronę. -A właszcziwie to dlaczego tego nie spiszesz? – zapytał. – Przeczeż to doskonały matełiał na opowiadanie! Przypominam czi, że nie dalej jak wczołaj narzekałaś na błak weny twółczej. Najwysza poła wziącz szę do łoboty! - Najwyższa pora! - powtórzyłam, popijając aromatycznego Earl Gray’a. Posłuchałam rady Bena. Owocem niezwykłego spotkania z duchami tragicznie zmarłej rodziny Ambrosinich jest ten oto tekst. Opisałam w nim całe zdarzenie tak dokładnie, jak tylko potrafiłam. Mam nadzieję, że Piotr, Anna i Maria wreszcie odnajdą spokój. Być może przyczyni się do tego fakt, że niedawno, wraz z grupą przyjaciół, ponownie powołaliśmy do życia Klub Pisarzy Osobliwych.



Płeć: kobieta
Ocena: 5.5
Liczba komentarzy: 2    
Data dodania: 06.02.2013r.

1     

Angelika596 Użytkownik WPMT 09 02 2013 (15:00:04)

Użytkownik ocenił pracę na 5

Gratuluję najwyższej noty od mojej poprzedniczki:) Podobnie jak ona uważam, że to bardzo dobry, wciągający i tajemniczy tekst. Masz bardzo dobry styl pisania, da się zauważyć, że jesteś bardzo oczytaną osobą. Zdarzały się drobne wpadki, literówki, zupełnie niepotrzebne, wystarczy raz przeczytać tekst skupiając się na poprawności, albo nawet wcisnąć "pisownia i gramatyka" w Wordzie:)

Trochę większa wpadki to:

okazało się, że nie jestem poza zasięgiem

No właśnie chyba była poza zasięgiem:) Poprawiłam, bo tak to jest bez sensu.

wyksztusiłam

Ortografia! Wykrztusiłam!

Na początku piszesz, że stare zaproszenie jest datowane na 1963, później pojawia si data 1962.

13 marca 1962 roku w budynek doszczętnie spłonął

Skreśliłam "w" z przyczyn oczywistych.

Poza tym, aby zbudować napięcie, czy wyrazić zawahanie używaj trzykropków ..., a nie dwóch kropek .. :)

Trochę też niedopracowany jest fakt, że dziewczyna dostała takie dziwne zaproszenie, a nawet nie zastanawia się skąd ktoś miał jej adres, dlaczego wlaśnie ona itd. Poza tym ciekawie, życzę powodzenia w dalszej pracy pisarskiej. Ode mnie -5.

szmella Użytkownik wpmt 08 02 2013 (16:35:29)

Użytkownik ocenił pracę na 6

Bardzo wciągające i mroczne opowiadanie, które przypadło mi do gustu. Ma klimat i wywołuje dreszczyk. ;) Dobrze i dokładnie napisane, widać, że się postarałaś. Intrygująca historia i ciekawa bohaterka :) Oby tak dalej, 6 jak najbardziej się należy. ;)


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9701 | Proza: 2330 | Publicystyka: 721 | Komentarze: 68305 | Użytkownicy: 12452
Online(48): 48 gości i 0 zarejestrowanych: